- Muszę wam coś powiedzieć. Rozstaliśmy się z Konradem.
- Jezus Maria!!! – widelec mamy upadł na talerz z głośnym brzękiem rozbryzgując przy okazji sos po śnieżnobiałym obrusie – Lula, co ty mówisz, dziecko?
- To, co słyszysz. Właściwie, to już nie jesteśmy razem od jakiegoś czasu – dodałam szybko, bo chciałam przekazać jak największą ilość informacji, zanim ktokolwiek przy stole otrząśnie się z pierwszego szoku, wywołanego moimi rewelacjami - nie powiedziałam wam wcześniej, bo nie chciałam robić afery, ale kiedyś musielibyście się i tak o tym dowiedzieć. Także to już oficjalnie. Nie jesteśmy razem.
Wiedziałam, że nie będzie łatwo zakomunikować familii najświeższe nowiny dotyczące mojego życia uczuciowego, ale spodziewałam się, naiwnie, przyznaję, trochę lżejszej przeprawy, niż to, na co się właśnie zanosiło. Każdy przy stole, poczynając od rodziców, brata Dawida i jego żony Natalii, a na ich dwóch nieletnich córkach kończąc, wlepił we mnie wzrok, jakbym nagle oznajmiła, że chciałabym wyjechać do Afryki i zamieszkać wśród ludów pierwotnych. No cóż, łatwo nie będzie. Powoli podniosłam do ust kawałek pieczeni i zaczęłam przeżuwać, czekając, która osoba z rodzinnego Sanhedrynu zacznie przepytywanie. Stawiałam na matkę, choć teraz jej uwaga była nieco rozproszona. Trochę rozbieganym wzrokiem wodziła od paskudnych plam z sosu, szpecących jej ukochany obrus, do mnie, swojej wyrodnej córki.
- Ja…ja naprawdę nie rozumiem. Tadeusz, czy ty to słyszysz? Rozstaliście się? No, to już jest szczyt wszystkiego, Lulka!
Kawałek mięsa w moich ustach zaczął niebezpiecznie się rozrastać. Przełknęłam z trudem, po czym napiłam się kompotu, żeby pozbyć się nie tylko resztek jedzenia, ale też paskudnie mdlącego smaku zawodu, jaki odczułam, słysząc reakcję matki i po raz kolejny wyrzucając sobie, dlaczego nie oznajmiłam im o wszystkim przez telefon. No, może dlatego, że to cholerne urządzenie ciągle wyzwalało we mnie najgorsze odczucia.
- Mamo, spokojnie, dobrze?
- Co ty mi tu za „spokojnie” proponujesz! Jak mam być spokojna? Moja córka właśnie oznajmia, że rozstaje się z mężczyzną jej życia! I to po tylu latach! Wiesz, jak nazywa się takie kobiety, które zwodzą w ten sposób mężczyzn, a potem ich rzucają?
- Mamo…
- O Boże, a ja taka byłam pewna...
- Czego, na litość boską?
- Że następnym razem dowiem się o waszym planowanym ślubie! O tym chciałam się dowiedzieć, nie o rozstaniu! Kiedy ty wreszcie dojrzejesz, Lulka? Ja naprawdę nie wiem, po kim ty taka jesteś. Kompletnie nie myśląca poważnie o życiu. Kiedy będziesz mieć czas na rodzinę i dzieci? Ja w twoim wieku już dawno byłam mężatką! A Konrad był takim dobrym kandydatem na męża...Idealny zięć!
Oczywiście, ukochany zięć pro futuro, duma i chluba dla przyszłej teściowej, musiał dostać swoją porcję współczucia i troski. Przecież, w przeciwieństwie do mnie, zasłużył. Byłam niemal pewna, że gdyby tu dzisiaj ze mną był, moja matka nie omieszkałaby rzucić się teraz na niego i przytuliłaby do łona zbolałą duszyczkę, pragnąć ulżyć mu w cierpieniu bycia porzuconym. Biedny, biedny Konradek…
Taaa, biedny, jak cholera. Szubrawiec jeden.
Powoli odłożyłam widelec, starając się, żeby nawet nie brzęknął, choć miałam ochotę prasnąć nim w taki sposób, żeby znacząco powiększyć rozmiar szkód na obrusie. Może to pomogłoby mi choć trochę opanować negatywne emocje, jakie mną w tej chwili targały.
- No cóż, muszę powiedzieć, że Konrad pewnie jest z tego powodu bardzo zadowolony. To znaczy z tego, że się rozstaliśmy. W końcu to on to zaproponował, nie ja. - Jak to, on zaproponował? Tadeusz! - mamę wreszcie odblokowało i walnęła ręką w stół, aż podskoczyły wszystkie sztućce – powiesz coś w końcu? Słyszysz, co ona wygaduje? O mój Boże, tak szkalować biednego chłopaka...
- Marysiu, uspokój się…
- Następny, który występuje z takimi, pożal się Boże, radami! Jak mam się uspokoić? Nasza córka właśnie sama, własnoręcznie, rujnuje sobie życie!
- Mamo, proszę cię, nie dramatyzuj. A co do rujnowania sobie życia, to jest wręcz odwrotnie. Więc naprawdę nie ma powodu do …
- Tadeusz!
Sztućce podskoczyły po raz kolejny. Matka patrzyła na ojca z taką pretensją, że aż zrobiło mi się go żal. Bardziej niż mnie samej w tej sytuacji. W końcu on musiał żyć z matką na co dzień. Wcale go nie potępiałam, że tak często wyjeżdżał na te swoje seminaria po całym świecie. To była oczywista samoobrona.
- Co, Marysiu?
- Naprawdę nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie? Zostaw już to mięso, do cholery i zareaguj jakoś! A ty, Dawidzie – matka zwróciła się do siedzącego jak trusia syna – bardzo się na tobie zawiodłam. Założę się, że byłeś doskonale poinformowany o tej całej chorej sytuacji i, jak zwykle, nic nie zrobiłeś, żeby pomóc siostrze!
- Mamo, przestań. Dawid o niczym nie wiedział.
- A nawet jakbym wiedział, to i tak nic bym nie zrobił, mamo. Lula już dawno nie jest dzieckiem. Myślę, że potrafi sama zadecydować o swoim życiu. Czy dziewczynki mogą już odejść od stołu? Zdaje się, że ta rozmowa ich nie dotyczy, prawda?
- Tak, tak, oczywiście, że mogą. Idźcie się pobawić, dzieci.
- Ale my chcemy posłuchać, dlaczego ciocia Lula i wujek Konrad już się nie kochają!
Natalia zgromiła wzrokiem swoje latorośle – dziewczynki, słyszałyście, co powiedział dziadek? Proszę iść na górę i grzecznie się tam bawić! To nie są rzeczy, które powinny was interesować! I nawet nie myślcie o podsłuchiwaniu na schodach. Zaraz tam do was przyjdę. No już, szybciutko.
Z ociąganiem, noga za nogą, moje kochane bratanice pomaszerowały na górę. Kiedy były na schodach, do wszystkich przy stole dotarł głos Julki, która pocieszała starszą siostrę słowami – Nie martw się, Mela, tatuś i tak nam później wszystko opowie.
Jak na komendę wszyscy przy stole zwrócili się w stronę czerwonego na twarzy Dawida.
- Nic im nie powiem!
- A ja się ciągle zastanawiam, jak one dowiadują się o rzeczach, które absolutnie nie powinny ich interesować.
- Nati, daj spokój, jak pytają, to odpowiadam. Ale rozmawiamy tylko o rzeczach odpowiednich, naprawdę...
- Słuchajcie, to teraz nie jest najważniejsze – matka znów spojrzała wymownie na tatę. Nie zareagował. Odważny, ja bym się już dawno poddała.
- Tadeuszu, czy ty naprawdę nie masz nic do powiedzenia swojej córce? Powiedziałam, żebyś w końcu zwrócił trochę większą uwagę na to, co się dzieje przy stole i zostawił w spokoju to mięso, do cholery! Zareaguj jakoś! Może twój autorytet wpłynie na tę pannicę!
- Myślę, że jedyną reakcją będzie przyjęcie całej sytuacji do wiadomości i pogodzenie się z nią. Lula na pewno nie zrobiła niczego pochopnie, prawda?
O bogowie! Nareszcie jakiś głos rozsądku w tym towarzystwie! Spojrzałam na tatę z wdzięcznością.
- Tak, tato.
- Co więcej – ojciec, wbrew temu, co zażądała mama, wcale nie przerywał szatkowania kawałka pieczeni na swoim talerzu – nie uważam, żeby to stanowiło powód do wielkiego wzburzenia. Tak, jak zauważył Dawid, Lula jest dorosła, ma świadomość tego, co robi, przecież wiesz, Marysiu, że nigdy nie działała pod wpływem chwili.
- Z tym ostatnim bym się kłóciła. Jak widać, nie znasz swojej córki tak dobrze, jak ja!
- Znam ją na tyle, że wiem, czego się mogę po niej spodziewać. I kiedy mam się o nią nie martwić.
- No to już jest szczyt wszystkiego! I teraz uważasz, że ta cała sytuacja nie wymaga jakiejś reakcji? Gdybym tylko wiedziała wcześniej. Czułam, że coś jest nie w porządku i że coś jest na rzeczy. Każdy zresztą by zauważył, że coś z nią jest nie tak, po tym, jak się ostatnio zachowywała. Żadnych telefonów, znaku życia, nawet w pracy, ile razy dzwoniłam, nigdy jej nie było, bo albo urlop, albo chorobowe. Na rocznicy ślubu Dawida nie wysiedziała nawet godziny! A tu masz, babo, placek...
Zaczęłam powoli tracić cierpliwość.
- Przepraszam, mamo, ale ja tu jestem. Chciałabym wyjaśnić ci…
- Gdzie jest teraz Konrad? Dlaczego oboje nam o tym nie powiedzieliście? Chyba po tym wszystkim, jak go niemal przyjęliśmy do rodziny, należy nam się choć tyle. Nie mów tylko, że zabroniłaś mu się tu pokazywać...
Odetchnęłam głęboko.
- Tym pytaniem, mamo, bardzo mi pomogłaś, bo odpowiedź z pewnością wyjaśni wszystkie twoje wątpliwości na temat tego, czy podjęłam słuszną decyzję. Otóż twój wymarzony przyszły zięć w tej chwili znajduje się prawdopodobnie w Krakowie, w mieszkaniu swojej kochanki. Gdzie obecnie mieszka. Wyprowadził się do niej z naszego mieszkania jakieś trzy tygodnie temu. Ostatecznie.
Matkę zamurowało, nawet tata przestał jeść. Dawid i Natalia wlepili we mnie wzrok, zszokowani następną partią nowości, jakie im zaserwowałam. Nie ma co, sensacja goni sensację. A to przecież tylko zwykły niedzielny obiad u rodziny Wierzbickich...
- Spotykał się z nią już od jakiegoś czasu – dodałam nieco ciszej, bo zaczęły mnie szczypać oczy i prędko pochyliłam się nad talerzem, żeby współbiesiadnicy nie zauważyli, że podejrzanie się zaszkliły – to jego koleżanka z pracy. Wiecie, wspólne nocne zmiany i takie tam. Także wyszło na to, że ostatnie miesiące mojego tak zwanego związku to jedna wielka ściema. Właśnie dlatego się rozstaliśmy. Konrad wybrał ją. Koniec historii. Po prostu…chciałam, żebyście wiedzieli, jak się sprawy mają. I czy możemy już o tym nie mówić?
Po raz kolejny okazałam się koncertowo naiwna, sądząc, że, pomimo mojego heroicznego wyznania, będzie mi oszczędzone dalsze przesłuchanie.
- O nie, dziecko…
- Marysiu, daj jej spokój. Chyba i tak zostało już powiedziane za dużo. Skończmy obiad, zanim wszystko wystygnie.
- Tato ma rację, ja naprawdę nie mam ochoty o tym rozmawiać. Proszę cię, mamo, zostawmy już ten temat. Po prostu przyjmij to do wiadomości, że ja i Konrad to przeszłość. Więc raczej powinnaś pozbyć się złudzeń, że zostanie twoim zięciem. Nie zostanie.
- Od kiedy wiesz o tym jego romansie?
- Od…jakiegoś czasu.
- Ale przyłapałaś ich? Masz jakieś dowody? Skąd wiesz, że to była zdrada?
- Mamo, proszę…
Widziałam, że tata rzuca mamie ostrzegawcze spojrzenie, by nie przeciągała struny mojej cierpliwości i po raz kolejny wzniosłam modły dziękczynne, że mam takiego domyślnego ojca. Znając matkę, nie popuściłaby, zanim nie wyciągnęłaby ze mnie wszystkich, niewątpliwie pikantnych szczegółów, a ja prędzej padnę trupem, niż poniżę się przed własną rodziną opowiadając o tej cholernej płytce w łazience. I tak już dzisiaj dużo mnie kosztowało przyjechanie tu i słuchanie, jaka to ze mnie niedorajda życiowa, która nie potrafi utrzymać przy sobie faceta.
- Poproszę jeszcze kompotu, tatku.
Ojciec pospieszył do mnie z dzbankiem jagodzianki. Natka również okazała mi wsparcie i zaczęła niemal natychmiast rozmowę o pogodzie, pragnąc odwrócić uwagę mamy ode mnie, wyrodnej i winnej wszelkiemu złu tego świata. Dawid pod niebiosa wychwalał obiad. Jak dla mnie smakował jak trociny, ale to może te nerwy. W końcu niecodziennie oznajmia się rodzinie takie rewelacje, ja ja dzisiaj.
- Przyłączam się do Dawida, mamo. Wszystko było pyszne – patrząc na minę mojej rodzicielki, trudno było nie zauważyć, że komplement pod kątem jej zdolności kulinarnych to trochę za mało, żeby uzyskać przebaczenie. Trzeba wyciągnąć cięższą artylerię. Powoli podniosłam się z krzesła – chyba już wszyscy skończyli jeść, pomogę ci w sprzątaniu.
- Nie, nie, Lula, ja to zrobię – Natalia poderwała się z miejsca prawie tak szybko, jak ja i odebrała mi pusty talerz – odpocznij sobie. A my z twoim bratem pomożemy pozmywać i posprzątać kuchnię. Prawda, kochanie?
- O rany, ja też muszę? - jęk Dawida został szybko spacyfikowany przez nie całkiem lekkie kopnięcie pod stołem – ała!!! No dobra, już idę.
- Lulka, ty siedź. Wiesz przecież, że mama jest bardzo przywiązana do tych swoich żółtych talerzy. Nie wybaczy ci, jak któryś z nich przez przypadek ci się wyślizgnie z ręki. A wiesz, że takie przypadki zdarzają się dosyć często, prawda? – ostatnie zdanie kochana bratowa niemal wyszeptała mi do ucha, pochylona nade mną niby w celu zabrania ze stołu pustego półmiska – chcesz jeszcze dodać coś takiego do listy minusów, jakie do tej pory u niej zarobiłaś?
Co fakt, to fakt. Może wybaczy mi kiedyś, że zerwałam z wyśnionym, według niej, chłopakiem, ale nie da mi żyć, jeśli stłukę jeden z jej drogocennych talerzy...Lepiej nie ryzykować. A Natalia z Dawidem mieli jeszcze czyste konta, przynajmniej na razie.
Ale czy mówiłam już, że udała mi się bratowa? Nie? No to teraz ogłaszam to wszem i wobec.
Matka wpłynęła majestatycznie do kuchni. Za nią poszli Natalia z Dawidem, oboje z rękami pełnymi brudnych naczyń.
- Uleczko…
- Wszystko mi się zawaliło, tato…
Skrzypnęło oparcie. Gorzkawa woń wody kolońskiej ojca przybrała na sile, kiedy przysunął swoje krzesło do mojego i pogłaskał mnie pocieszająco po mojej skołatanej głowinie, jakbym znów była małą dziewczynką, mającą swoje dziecięce problemy.
- Wyjdziesz z tego, kto, jak nie ty.
- No właśnie wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego to mnie spotkało. A Konrad…
- Konrad to podły drań, że zostawił taką mądrą, śliczną dziewczynę. I nie mówię tego tylko jako twój ojciec. Przecież wiem, że zawsze miałaś duże powodzenie. Po prostu uznaj to wszystko za pożyteczne doświadczenie życiowe. Bolesne, nie da się ukryć, ale pożyteczne. Będziesz mądrzejsza na przyszłość, żeby nie ufać takim gładkolicym młodzieńcom.
- Tato, daj spokój. Boże, czuję się jak totalna idiotka.
- Zupełnie niepotrzebnie.
- Mama zapewne bardziej by się przychyliła do mojego zdania.
- Matka…- tata zamyślił się na chwilę – po prostu bardzo się zawiodła w swoich marzeniach. Była taka dumna, kiedy zaczęłaś spotykać się z Konradem. Myślała, że złapałaś za nogi księcia z bajki, a ty nagle oznajmiasz jej, że to wszystko tylko mrzonki. Książę z bajki okazał się po prostu zwykłym, szarym człowiekiem, na dodatek dwulicowym. Nie martw się, przejdzie jej, kiedy już się z tym wszystkim prześpi. Matka cię kocha.
- Może i tak, ale coś czuję, że Konrada kochała bardziej.
- Bzdury opowiadasz. Mówiłem ci, kochała wymyśloną historię o księciu i tyle. Zamieszkaj z nami na parę tygodni, to się przekonasz. Strasznie tu pusto, odkąd się wyprowadziłaś. I może będzie ci trochę łatwiej zacząć sobie układać życie od nowa w znajomym otoczeniu, co?
Spojrzałam z totalnym niedowierzaniem na tatę. Żarty się go trzymają? Zamieszkać na powrót w domu rodzinnym i staczać ciągłe bitwy z matką? Tatuś stanowczo ma za dobre zdanie na temat mojej samokontroli...
- To chyba nie jest najlepszy pomysł, tatku. Ale dziękuję, że mi to zaproponowałeś.
Przytuliłam się do ciepłego, tak dobrze znanego rękawa.
- Udałeś mi się, wiesz? Jako najlepszy tata pod słońcem – faktycznie, jak tu nie cieszyć się z takiego rodzica? Choćby jednego, dla równowagi? - Myślę jednak, że byłoby nam dosyć ciężko razem. Przynajmniej mamie. Nie będę wam się pchać tutaj z moimi problemami.
- I bardzo dobrze! – usłyszeliśmy nad głowami. Mama stała w drzwiach, trzymając w rękach tacę z kawą. Nawet nie pytała, czy chcemy się napić. Zresztą, nie musiała, bo w tym domu nikt nigdy kawy nie odmawiał. Po całej jadalni niemal natychmiast rozeszły się upojne zapachy drożdżowego makowca i świeżo mielonej arabiki. Odkąd pamiętam, matka nie uznawała czegoś takiego, jak gotowa kawa rozpuszczalna. I nigdy nie splamiła się podaniem do stołu kupionego ciasta – Ktoś mi pomoże, czy mam jeszcze długo tak stać?
Westchnęłam słysząc ten oschły ton i podniosłam swoje zbolałe ciało z krzesła. Jak widać, przebaczenie jeszcze nie zostało mi udzielone. Biorąc z rąk matki tacę usłyszałam jeszcze coś, co dobiło mnie ostatecznie – powiedz coś o tej nowej dziewczynie Konrada. Widziałaś ją? Jaka jest? Ładniejsza od ciebie?
Boże!!!
Opuściwszy jakże gościnne progi mojego rodzinnego domu, doszłam do bardzo niemiłego wniosku, mianowicie, że w niektórych rzeczach moja rodzicielka miała, niestety, rację. Co ja mówię...We wszystkim!
Świadomość ta nie pomogła mi pozbyć się paskudnego bólu głowy, jakiego nabawiłam się po tym rodzinnym obiadku. Zjechałam na pobocze gdzieś w głębokich lasach pomiędzy Niepołomicami a Krakowem, włączyłam światła awaryjne i ukryłam twarz w dłoniach. Dzisiejszy dzień naprawdę dał mi mocno w kość. Nie sądziłam, co prawda, że będzie łatwo. Co to, to nie. Zbyt dobrze znałam kochaną rodzinkę, szczególnie podejście matki do pewnych spraw i jadąc do rodzinnego domu miałam pełną świadomość, że będę musiała mocno się trzymać, żeby przekazać najnowsze wieści i nie rozkleić się jakoś widowiskowo. Dopiero to dałoby matce podstawę do skopania leżącego, czyli mnie. Ale myślałam, że już mi trochę przeszło. W końcu minęły już prawie trzy tygodnie, od kiedy dowiedziałam się, że życie mi się zawaliło. Jak widać, oszukiwałam samą siebie, jeśli uważałam, że ten śmiesznie krótki czas wystarczy, żeby się pozbierać po czymś takim. Żeby było jasne - nigdy nie aspirowałam do miana herosa emocjonalnego. Choć po dzisiejszym dniu muszę chyba zmienić priorytety. A nawet na pewno. Jeszcze matka, widząc mnie zbolałą i zrozpaczoną po rozstaniu z facetem, w przypływie dobroci zwróci się do tegoż faceta i będzie go błagać, żeby wrócił do biednej, porzuconej córki. Znając ją, byłaby do tego zdolna. Aż złapałam się za głowę, kiedy to sobie uświadomiłam. Gdyby kochana mamusia wprowadziła coś takiego w życie, chybabym się zapadła pod ziemię ze wstydu. Już lepiej niech uważa mnie za zimną sukę, która niewiele sobie robi z tego, że po ośmiu latach związku pozwoliła po prostu odejść facetowi i przeszła na tym do porządku dziennego. Coś tego typu pokazałam dzisiaj i zamierzałam się trzymać tej wersji na użytek każdego, kogo to może obchodzić. Jakkolwiek mogło to okazać się bardzo trudne, cholera jasna...
Przyznaję, na początku byłam zbyt ogłuszona tym, co udało mi się odkryć w czeluściach pamięci znalezionego (przypadkowo) telefonu, żeby myśleć logicznie. Zszokowana, to chyba nawet lepsze określenie na mój ówczesny stan emocjonalny, i może dlatego zachowałam się jak ostatnia idiotka - złapałam tę nieszczęsną komórkę i poszłam z nią do (jeszcze) nieuświadomionego o niczym lubego. Stanęłam nad nim i aż za spokojnie, jak na zaistniałą sytuację, zapytałam, co to jest. Poprosiłam bardzo grzecznie (wrrrr) o wyjaśnienie. Naiwna, po stokroć naiwna ja...Jakby to wszystko nie było aż nadto oczywiste.
Co prawda, patrząc na to z perspektywy czasu, można uznać za śmieszny fakt, że Konrad widząc mnie z tą cholerną komórką w ręce spadł z hukiem z kanapy, a z jego twarzy również zeszła w tempie ekspresowym ta jego naburmuszona mina, którą pokazywał ostatnio niemal bez przerwy. Teraz wyglądał jak mający się zaraz rozbeczeć gówniarz, którego rodzice przyłapali na robieniu jakichś niedozwolonych rzeczy w piwnicy. I jak totalny gówniarz zaczął się tłumaczyć. To znaczy, oczywiście, twierdził, że to nie jego wina. Przecież to nie on kazał mi grzebać w jakichś dziurach i szukać dowodów jego zdrady, prawda? Zresztą, jakiej zdrady? Wedle jego słów to wszystko się stało tylko dlatego, że tak po prostu musiało być. Los tak chciał i tak nami pokierował, że postawił na jego drodze inną kobietę i to wszystko w tym temacie. Czy gdyby podobna sytuacja dotyczyła mnie i jakiegoś innego faceta, to byłoby mi miło, gdyby Konrad robił mi z tego powodu jakieś wyrzuty i awantury? Oczywiście, że nie! Wniosek z tego nasuwał się jeden - widocznie nie było nam pisane wspólne życie. Nie pasowaliśmy do siebie tak, jak do tej pory nam się wydawało. On, oczywiście, chciał, jakżeby inaczej, już dawno ze mną o tym porozmawiać, ale przecież ze mną nie da się porozmawiać na spokojnie, bo zaraz robię awanturę z niczego i nie potrafię zrozumieć najprostszych rzeczy. Że nigdy nie było odpowiedniego czasu, żeby przekazać mi, że to koniec. Finito. The end naszego związku. A trzymało nas ze sobą tylko coś na kształt przyzwyczajenia. Byłam tylko rutyną, którą Konrad odwalał dzień po dniu. Czy ktokolwiek mógł się zdziwić, że jemu to nie wystarczało? Że chciał więcej od życia? Jednym słowem, przestałam spełniać jego oczekiwania i potrzeby, w przeciwieństwie do blond Madzi.
Sytuacja przypominała trochę tą, kiedy na moim miejscu siedziała Anka, a Konrad mówił tym swoim wszystkowiedzącym tonem, że wiedział, że tak będzie. Anka wtedy płakała jak wariatka. Jak można się nie rozkleić, słysząc, że osoba, z którą planowało się wspólne życie, się tobą znudziła? No cóż, ja nie płakałam. Po prostu stałam jak słup soli. A powinnam, słuchając tych jego głupot, znokautować go czymś ciężkim. I to był mój błąd, że wtedy tego nie zrobiłam, a na dodatek po raz kolejny okazałam idiotyzm stulecia, bo zamiast się wkurzyć, poczułam coś na kształt wyrzutów sumienia. Może faktycznie. Moje wcześniejsze przemyślenia dopadły mnie jak hieny ranną gazelę i jak już złapały, to nie chciały puścić. To przecież moja wina. No, po części. Gdybym to ja była inna, Konrada nie ciągnęłoby do pewnych blond pań. Ona sam byłby inny. Gdybym tylko bardziej się postarała...Co mi szkodziło od czasu do czasu zrobić taki prawdziwie domowy obiad, nawet te cholerne pierogi, jeśli to miało uratować nasz związek?! Dlaczego nie potrafiłam się opanować i nie czepiać się o każdą pierdołę, jak na przykład obecność jego kolegów na meczach u nas na mieszkaniu? Dlaczego nie znalazłam sobie lepszej pracy, żeby poprawić nasz komfort życia, zamiast truć mu ciągle nad uchem, jaką to wypasioną sypialnię ma Anka i kiedy my też taką będziemy mieć? Przecież mogłam, prawda?
Opadłam na kanapę, niezdolna do jakiejkolwiek innej formy aktywności. Mój mózg, otoczony watą samooskarżeń, zdołał zarejestrować, że zostałam w salonie sama. Po chwili z naszej sypialni doszły mnie odgłosy otwieranej szafy i stukot wyciąganej stamtąd walizki. Napełnienie jej nie zajęło Konradowi zbyt dużo czasu. Po paru minutach stanął przede mną, już w narzuconej na siebie kurtce i w butach. Walizka stała dumnie w przedpokoju.
Podniosłam nieco otumaniony wzrok na to wszystko. Walizkę, opróżnioną w połowie szafę w sypialni, wreszcie na zadowoloną twarz mojego Konradka, patrzącego na mnie z góry. Ta właśnie zadowolona gęba, zupełnie nie pasująca do okoliczności, sprawiła, że ogarnęłam się trochę i powróciłam do świata żywych.
- Co ty robisz?
- Skoro już o wszystkim wiesz, nie ma sensu tego ciągnąć. Jadę do Magdy.
- Jak to, nie ma sensu? Ty sobie tak po prostu wychodzisz???
Rzeczywistość walnęła mnie niczym walec drogowy. A to słabo maskowane zadowolenie w końcu otworzyło mi oczy. Konrad wychodził. Tak po prostu. Jakby te osiem lat znajomości i bycia razem zostały po prostu przekreślone. Jakby to, co wspólnie przeżyliśmy i nasze wspólne plany nie miały racji bytu i nie miały dla niego absolutnie żadnego znaczenia. Puf, odleciały niczym kurz. A on, zadowolony niczym świnia w deszczu, po prostu jedzie sobie do swojej kochanki, bo „nie ma sensu tego ciągnąć”!!!
Serio, ta sytuacja zaczęła stawać się niezdrowa dla mojego zdrowia psychicznego...
Sekundę później Konrad wrzeszczał, trzymając się za głowę. Cholerny pozer, pomyślałam prostując się. Wcale nie dostał tak mocno. I nie celowałam w niego. Właściwie telefonik komórkowy, który był jakby katalizatorem dzisiejszej sytuacji, a który trzymałam ciągle w zaciśniętej dłoni, rzucony przeze mnie z największą siłą, na jaką mnie było stać w tym momencie, roztrzaskał się na ścianie, a nie na Konradzie. Wiarołomny były luby mógł dostać tylko jakimś odłamkiem, od czego z pewnością nie umrze. Jednak jego wrzaski słychać było jeszcze dosyć długo, kiedy wylatywał jak z procy z mieszkania, ciągnąc za sobą walizkę i rzucając mi przerażone spojrzenie za każdym razem, kiedy walizka blokowała się na rogach wykładziny albo na progach. Nawet nie zamknął za sobą drzwi. Dzięki temu miałam niezły widok na jego ucieczkę w stronę windy. Podobnie, jak nasi sąsiedzi, którzy, zwabieni hałasem, wylęgli na korytarz i teraz paśli wzrok tą całą niecodzienną sytuacją.
Konrad, rzuciwszy mi ostatnie spojrzenie tchórza, zniknął w drzwiach windy. Ja, kiedy już przeszedł mi atak histerii w postaci szaleńczego chichotu (nie mogłam się opanować, widok uciekającego Konrada to najlepszy kabaret, jaki udało mi się obejrzeć od bardzo dawna), pozbierałam się na tyle, że zdołałam wstać i, na przemian wycierając łzy płynące ciurkiem mi z oczu oraz uśmiechając się przepraszająco do ciągle zaciekawionych sąsiadów, zamknąć drzwi. Zapewne uznali mnie za wariatkę, oczywiście winną tej całej poronionej sytuacji, ale co mi tam. Miałam teraz ważniejsze zmartwienia niż moja blokowa opinia.
Odgrodzona drzwiami od ciekawskich i zgorszonych sąsiadów, dostałam kolejnego ataku. Zsunęłam się po ścianie w przedpokoju, chichocząc jak wariatka, w tle słuchając niezbyt pochlebnych komentarzy pod moim adresem. Jak widać, sąsiedzi polubili Konrada bardziej, niż mnie. Jakoś nie miałam siły, ani tym bardziej ochoty wychodzić do nich i prostować ich opinii na temat mojego byłego. Bo tak już chyba mogę zacząć o Konradzie mówić.
Mój były.
O Boże...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz