czwartek, 22 listopada 2018

Jak to w życiu bywa...

- Pani Wierzbicka!
- Tak, panie Januszu?
Stalowe oczy mojego szefa spoczęły na ekranie monitora, na którym widniał program do naliczeń. Uśmiechnęłam się pięknie do niego, obliczając szanse, że nie widział tego, co znajdowało się tam wcześniej. Raczej znikome. Zaraz dostanie mi się za marnowanie czasu w pracy na jakieś głupoty, na dodatek wykorzystując w tym celu służbowy komputer. Mówiłam już, że nienawidzę swojego szefa? Nie? No to teraz to mówię. Tylko nie wychylam się zbytnio z tą moją nienawiścią. W końcu to on podpisuje czeki z moją wypłatą.
- Dokumenty do skarbówki. I pozwolenie na nową trasę. Na moim biurku. Na wczoraj. Gdzie one są?
Panie Januszu, najwyższa pora wrócić do podstawówki i nauczyć się poprawnie konstruować zdania! Te bezładne równoważniki to może sobie pan wie, gdzie wsadzić? I stanowczo proszę sobie powtórzyć, jak należy odnosić się do podwładnych, kiedy się z nimi rozmawia.
- Położyłam je tam. To znaczy, na pana biurku, jeszcze wczoraj, zanim pan wyszedł. Rozmawiał pan wtedy przez telefon, więc nie chciałam przeszkadzać.
- Nie ma ich. Sugeruje pani, że jestem ślepy? Nie potrafię dostrzec, co się dzieje tuż obok mnie? Czy coś leży na moim biurku czy nie?
Uznałam to pytanie za retoryczne i postanowiłam nie odpowiadać, choć cięta riposta byłaby tu wręcz wskazana. Westchnęłam i zabrałam się za ratowanie mojej kariery zawodowej.
- Naprawdę oddałam wszystko w terminie, przecież wyraźnie pan o to prosił. Wydrukowałam i położyłam na pańskim biurku. W dwóch egzemplarzach. Nawet zostawiłam przypiętą karteczkę z prośbą o podpisanie i zwrot kopii. Proszę dobrze poszukać...
Naiwna ja. Kto miał niby szukać? Szef? Lepiej się przecież wyżyć na pracowniku. I w niby czym miał szukać? W tym bajzlu na jego biurku? Jassssne…
Jak zresztą śmiałam coś takiego zaproponować, pomyślałam ironicznie, widząc jak niebieska żyłka znajdująca się u nasady nosa mojego pracodawcy zaczyna niebezpiecznie pulsować. Nie zwiastowało to niczego dobrego. Westchnęłam w duchu, czując, że ten dzień nie zaczyna się zbyt wesoło.
– Proszę zaczekać, zaraz panu wydrukuję drugi egzemplarz, tylko zaloguję się do systemu.
Kliknęłam ikonę programu, by go uruchomić. Podaj hasło. Poczułam pustkę w mózgu. Z ciągle dyszącym szefem nad karkiem zabrałam się za poszukiwania hasła dostępu, które, zazwyczaj, wpisywałam automatycznie i niemal bez zatrzymywania. Że też akurat dzisiaj…Czary mojego upodlenia dopełniła drukarka, która znów odmówiła posłuszeństwa w najmniej oczekiwanej chwili. Zaczęła działać dopiero po restarcie oraz solidnym klepnięciu w jej obudowę. Wszyscy tak robili, kiedy się zacinała i jakoś nikogo to nie dziwiło. Cóż, nie doceniłam szefa pod tym względem. Kiedy z tryumfalnym uśmiechem podałam mu jeszcze ciepły wydruk, nawet na niego nie spojrzał. Patrzył raz na mnie, raz na nieszczęsną drukarkę, która teraz wydzielała niezbyt przyjemny zapaszek spalonego papieru. Uznałam, że trzeba coś powiedzieć, bo cisza, jaka zapadła, wydała mi się lekko niepokojąca.
- Szefie, ta drukarka to jakiś przeżytek. Nie można by kupić czegoś lepszego?
- Pani Urszulo, pani się kompletnie zapomina – syknął wyrywając mi papiery z ręki wściekłym ruchem – i to jeszcze pani ma czelność o coś takiego prosić? Właśnie widziałem, jak się pani zabiera za obsługę sprzętu biurowego.
- Inaczej nie działa…
- Na pewno działa! Chyba, że ktoś inny też tak ją motywuje.
Kaśka z kadr spuściła nieco głowę namiętnie wpatrując się w swoje pomalowane na krwiście czerwony kolor paznokcie. Nie odezwała się, ale tego to absolutnie można było się po niej spodziewać. Setki razy widziałam, jak również traktuje drukarkę niczym osobisty worek treningowy, zresztą, jak każdy w biurze. No cóż, jak widać z wyjątkiem szefa.
- Panie Januszu, Ula ma rację, przecież nie raz panu mówiłem, że ta drukarka to tykająca bomba z opóźnionym zapłonem. Czuje pan ten dym? Głowice się za bardzo nagrzewają przy drukowaniu i kiedyś to wszystko się…
- Wystarczy, Michał.
Michaś, nasz informatyk, na szczęście postanowił być twardy – tak wygląda rzeczywistość, szefie. Jeśli kiedyś wybuchnie w biurze pożar, to niech pan wie przynajmniej, od czego. Behapowcy też się już do tego przyczepiali podczas ostatniej kontroli...
- Powiedziałem, dosyć, nie będę słuchać takich bzdur. Nie mamy pieniędzy na zakup nowych urządzeń – jako główna księgowa mogłam powiedzieć coś wręcz przeciwnego, że spokojnie moglibyśmy sobie pozwolić na wymianę sprzętu nawet i w całej firmie bez jakiegoś strasznego uszczerbku na koncie firmowym, ale szef popatrzył tylko na mnie znacząco i wszelakie wynurzenia na ten temat wywietrzały mi z głowy – musicie jakoś sobie radzić na tym, co jest. Chyba, że ktoś chce być tak dobrym i zasponsorować firmie nowe urządzenie…Nie zabraniam.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, szef już by nie żył. I to trzykrotnie, bo Kaśka w końcu oderwała się od pasjonującego widoku własnych paznokci. Jak zwykle, gdy była mowa o poborach…
Nikt nie miał ochoty na takie obcięcie, co ja mówię, zawłaszczenie, swojej miesięcznej pensji, to było jasne. Tak samo zresztą, jak fakt, że nasz szef to największy dusigrosz, jakiego wydała ziemia. Jednak zanim doszło do scen drastycznych, do pokoju wpadła Dominika z przenośnym telefonem w ręce.
- Szefie, dzwonią z Wrocławia, coś jest nie tak z tym ostatnim transportem. Ich kierownik twierdzi, że wszystko przyjechało uszkodzone w drobny mak i pyta, co za bałwan jechał tym dostawczakiem, że zaliczył każdą dziurę w drodze na trasie. I nie daje się tknąć, chce rozmawiać tylko z panem – już chciała podać słuchawkę tyranowi, który nas zatrudniał, kiedy zobaczyła nasze miny – a wy co tak stoicie na baczność, jakieś zebranie pracownicze? Nie mówcie tylko, że znów jakieś powalone szkolenie. I dlaczego nikt mnie wcześniej nie uprzedził?
- Nie Dominisiu, to tylko problem drukarki – udzielił jej odpowiedzi Michaś - Wręcz palący…
Dwuznaczność tych słów dotarła do wszystkich. Szef, oczywiście, udał, że nie słyszy, co też nikogo nie zdziwiło.
- Która linia?
- Trzecia, szefie.
Serdelkowate paluchy wcisnęły trójkę na wyświetlaczu i tyran, który nas zatrudniał, zagłębił się w rozmowie telefonicznej, głuchy na jakiekolwiek sygnały z otoczenia. Świeżo wydrukowany przeze mnie raport wylądował za to na biurku Kaśki, niczym nieme przypomnienie, że nasz szef to idiota. Spojrzałyśmy z Kaśką na siebie w pełnym porozumieniu. Za chwilę ten stary cap będzie go znów szukał, to pewne. No, może nie do końca. Dominika zauważyła papiery i wzięła je do ręki marszcząc czoło.
- Po co to znowu drukowałaś? Przecież oryginał jest już u szefa. Spokojnie mogłabym z niego zrobić kopię u siebie, byłoby oszczędniej, niż na tym waszym pożeraczu tuszu.
Zapadła wielce wymowna cisza.
- Pani Dominiko, proszę za mną, robota czeka.
Ha! Wielkie, tłuste uszy szefa znikły za drzwiami, ale każdy z nas dostrzegł ich zastanawiającą czerwień. Jedna Dominika tylko spoglądała na nas, jakby nie bardzo ogarniała sytuację.
- Już idę, szefie – odkrzyknęła marszcząc czoło - Co ja takiego powiedziałam? Boże, i jak mam z nim pracować, kiedy on jest taki wściekły? Powinien bardziej wkurzać się na tych idiotów, którzy dowieźli towar w takim stanie, a nie na mnie. No i dzień zryty. Ludzie, ratujcie…
Ludzie, czyli my, nie mieliśmy jej zbytnio czym pocieszyć. Ani tym bardziej jak poratować. Nasze współczujące spojrzenia były wielce wymowne, bo biedny Domiś tylko westchnął – tak myślałam. No cóż, ostrzegaliście, kiedy tu przyszłam, że łatwo nie będzie. Trzymajcie kciuki, żeby ten telefon zawierał jeszcze jakieś dobre wiadomości, bo inaczej marnie ze mną.
Wymaszerowała niczym na ścięcie, pozostawiając nas ze zważonymi minami. Przynajmniej mnie, bo, no naprawdę, czym zawiniłam? No może troszkę podpadłam, kiedy przypomniałam sobie, na czym przyłapał mnie szef.
Jeszcze raz kliknęłam ikonkę Google i zapatrzyłam się w piękne widoki. Cypr, Tunezja, gorące plaże, drinki z palemką…Spokój i cisza ratująca zszargane nerwy...
Coś tak całkowicie innego od tego, co miałam na co dzień, że aż się wzdrygnęłam, kiedy moje spojrzenie padło na okno, za którym widać było smutną i ponurą aurę płaszowskich okolic. Wiosna w tym roku stanowczo nie czarowała swym urokiem tak, jak powinna. Nie mówiąc już o tym, jak negatywnie czarował mój własny szef.
Rany, co ja bym dała, żeby móc teraz położyć się na cieplutkim piasku, poczuć nad sobą delikatny wietrzyk niosący zapach morza i tej cudownej roślinności, od której może aż zakręcić się człowiekowi w głowie…Z dala od nabzdyczonego pana Janusza Gawlika, zasmrodzonego miasta i kłopotów wszelkiej maści…
Ciekawe, co by powiedział szef, jeśli bym teraz zażądała, nie, kulturalnie poprosiła, o kilka dni urlopu? Pewnie nic, bo związki by go rozszarpały za odmawianie pracownikowi świadczenia, ale z pewnością wkurzyłby się jak diabli.
Wizja wkurzonego szefa i bardzo korzystna oferta last minute przeważyły szalę.

Z racji pory, gdzie wyjeżdżanie samochodem na krakowskie ulice kończyło się odstaniem swojego w korkach, do baru, gdzie pracował Konrad, pojechałam tramwajem, zostawiając auto na parkingu pod firmą. Zapomniałam tylko, że w tej części Krakowa tramwaje jeżdżą z podziwu godną niepunktualnością, więc zanim pięćdziesiątka podjechała, ja już dygotałam w swojej cienkiej marynarce, klnąc w duchu, że nie ubrałam się dzisiaj jakoś cieplej.
Knajpa, w której pracował mój luby, była jedną z wielu znajdujących się na krakowskim Rynku. Jedyne, co ją odróżniało od pozostałych, to fakt, że człowiek ryzykował życiem, jeszcze zanim wypił tam pierwszego drinka.
Ja również zaryzykowałam, kiedy zaczęłam schodzić po tych cholernie stromych schodach, prowadzących do wejścia klubu. Pokonawszy połowę, przysięgłam sobie, że nigdy, ale to nigdy, nie przyjdę tu w tak nieodpowiednim obuwiu, jakim są szpilki. Przysięgę tę powtarzałam za każdym razem, kiedy obcas grzązł mi niemal na amen, raz, w kratce odpływowej, dwa, w dziurawym chodniku przy samych drzwiach. I mówić tu o szczęściu człowieka…
Wnętrze baru, mimo wczesnej pory, było oblężone. W lożach siedziała studencka brać, jak zwykle popijając powoli piwo, żeby starczyło na dłużej, jako że cena kufla nie należała do najniższych, a wiadomo, student groszem nie śmierdzi. Akurat ich obecność była czymś normalnym, szczególnie w okresie przedsesyjnym. Podobnie, jak obecność kilkorga biznesmenów, którzy wybrali sobie ten lokal jako miejsce do załatwiania swoich interesów.
Ani studenci, ani tym bardziej biznesmeni, nie byli osobami, dla których się tu zjawiłam. Zerknęłam w stronę baru, gdzie, jak mniemałam, powinien znajdować się Konrad, ale zamiast niego zobaczyłam Tomka. Niski, korpulentny młodzieniaszek uwijał się jak w ukropie, próbując ogarnąć całe to zgromadzenie, rzucając raz za razem coraz bardziej rozpaczliwe spojrzenia w kierunku zaplecza. Czyli Konrad najprawdopodobniej tam był, zostawiwszy biednego młodego na pastwę klienteli. Pokręciłam głową z niedowierzaniem i podeszłam do baru.
- Zostawili cię dziś samego na posterunku?
- Co? – młody poderwał głowę znad nalewanego właśnie drinka i o mało nie upuścił szklanki – o, cześć Lula, dawno cię nie widziałem.
- Co? – teraz ja wrzasnęłam, bo akurat z głośników poleciał jakiś ostrzejszy kawałek i nic nie usłyszałam – wiesz może, gdzie jest Konrad?
- Panie, co pan, na prywatne pogaduszki to po pracy, ja tu na zamówienie czekam – rozległ się zniecierpliwiony głos jegomościa z pokaźnym brzuszkiem, na którym ledwo się dopinał szary garnitur – nalewaj pan w końcu! A resztę chcę mieć zaraz doniesioną do stolika! Za co tu panu płacą, do cholery?
Tomek zaczerwieniony po czubki uszu, posłusznie zabrał się do roboty. Facet w garniaku spojrzał na mnie tryumfalnie i odszedł ze swoim drinkiem. Szkoda, że Tomek do niego nie napluł…
Zostawiłam biedaka z jego robotą, łącząc się z nim w bólu, jeśli chodzi o kontakt z nabzdyczonymi idiotami w swoim miejscu pracy i usiadłam przy końcu baru, tuż przy drzwiach prowadzących na zaplecze. Odczekałam napływ kilkunastu studentów, wymieniających się wrażeniami z jakiegoś piekielnie trudnego egzaminu (ani chybi byli z UJ-u), potem znów niewychowany brzuchaty facet zawołał Tomka do ich stolika, by rozwikłać zagadkę niedziałania wi-fi na sali. Kiedy wreszcie banda w garniakach pozwoliła mu odejść do jego barmańskich obowiązków, byłam już na granicy wytrzymałości. Na chamstwo tego faceta. Na chamstwo mojego szefa, którego brzuchaty przypominał mi, oraz całą dzisiejszą sytuację, aż za dokładnie. Może to nawet jakiś jego krewny, co naprawdę by mnie nie zdziwiło. Jakby co, wspólne geny zobowiązują.
A przede wszystkim miałam dość czekania na Konrada. Na niego też byłam coraz bardziej wkurzona. Jak mógł zostawić Tomka samego z tym całym majdanem? Sam pewnie drzemał na zapleczu, albo grał w jakieś durne gry. I na dodatek, wyłączył telefon, gad jeden!
Jeszcze minutkę, mamiłam samą siebie, poczekam jeszcze chwilkę, przecież w końcu wyjdzie.
Nie wyszedł. Po czwartej próbie, kiedy złapała mnie poczta głosowa, miałam już dosyć.
- Tomeczku – poprosiłam tak przymilnie, jak tylko potrafiłam, kiedy najgorsza fala klienteli przetoczyła się przez bar. Biedak, zasłużył sobie na to, żeby ktoś go dziś choć odrobinę dowartościował dobrym słowem – mógłbyś go zawołać? Jego telefon nie łapie tu chyba zasięgu, a nie chcę wam się kręcić sama po zapleczu.
- Jasne, Lula, nie ma sprawy – Tomek pospieszył do drzwi prowadzących na tyły, rzuciwszy ściereczkę, którą do tej pory pracowicie wycierał szklanki – pomógłbym ci wcześniej, ale sama widzisz, jaki mamy tu dziś młyn. Swoją drogą, powinni już dawno skończyć robić to zestawienie kosztów. A poza tym i tak już pora na moją przerwę.
- Dziękuję, kochany jesteś – obdarzyłam Tomka wdzięcznym uśmiechem i dopiero wtedy dotarło do mnie, co powiedział – jakie, skończyli? Od kiedy Konrad tak pcha się do papierkowej roboty?
- No, robią z Magdą zestawienie miesięczne. Szefowa kupiła jakiś nowy program do obliczania przychodów i rozchodów i próbują go rozgryźć od rana. Już go wołam – Tomek wsadził głowę za drzwi i po sekundzie dotarło do mnie gromkie wołanie – Koooonrad!!!! Pozwól tu na moment!
- Co tam? – usłyszałam i po chwili moim oczom ukazała się zguba. Rozluźniony, roześmiany wręcz, choć, kiedy mnie zobaczył, uśmiech trochę mu się jakby zmniejszył – Lula? Co ty tutaj robisz?
- Miałam kilka spraw do załatwienia na mieście i byłam w pobliżu, więc pomyślałam, że cię odwiedzę, ale widzę, że przyszłam nie w porę. Jeśli jesteś bardzo zajęty...
Cóż, moja wizyta nie była tylko i wyłącznie kurtuazyjna. Właściwie to miałam wielką nadzieję, że usiądziemy sobie gdzieś w kąciku, a ja przedstawię Konradowi moje wspaniałe plany urlopowe, nie będąc nagabywani przez nikogo obcego. Głównym powodem, dlaczego chciałam zrobić to tutaj i nie poczekałam do powrotu do naszego mieszkania był fakt, że Konrad miałby od razu świetne porównanie - atmosfera w pracy a wizja słonecznych wakacji, co, oczywiście, już na starcie odpowiednio by go nastawiło do moich planów. Ale jakoś nie uśmiechało mi się wykładać prawdziwego powodu mojej tu obecności przed Tomkiem i tą...Magdą? A kto zacz? Pierwsze słyszę o kimś takim. Szefowa Konrada miała na imię Krystyna...
- Nie, nie, właśnie skończyliśmy – podrapał się po głowie – nie cierpię tej papierkowej roboty, ale dziś wyszło dosyć bezboleśnie. Na szczęście Magda dobrze się na tym zna.
No właśnie…
Drzwi uchyliły się nieco szerzej, jakby coś, lub ktoś domagał się wyjścia na zewnątrz i walnęły lekko Konrada, który stał swoim cielskiem na ich drodze.
- O, przepraszam – słowa te wypłynęły z różanych usteczek blondyny, która właśnie objawiła się w przejściu – Kondzio, nic ci chyba nie zrobiłam, prawda?
Kondzio???
Co tutaj się wyrabia, do cholery???



- Jak poza tym w pracy? Dziś widziałam, że nie narzekacie na brak klientów. I nic też nie wspominałeś, że zacząłeś interesować się księgowością.
- Yhmmm...
Talerz z pierogami z mrożonki stuknął o blat stolika. Może nawet ciut za głośno. Konrad ze zdziwieniem uniósł brwi i podniósł widelec z nadzianym na niego pierogiem, jakby to był jakiś ciekawy obiekt naukowy.
- Nie mogłaś sama zrobić kilku pierogów, tylko kupujesz te śmieci…Już w naszej knajpie są lepsze.
- Nikt ci nie bronił, żebyś zjadł obiad tam!
Przyznaję, zabrzmiało to dużo ostrzej, niż sądziłam, że zabrzmi. Brwi Konrada powędrowały znów do góry.
- Pytałem, co na obiad. Powiedziałaś, że pierogi, więc byłem pewien, że zrobisz świeże, albo, że twoja matka przywiozła. Skoro nie miałaś czasu, to mogłaś zadzwonić, to bym wziął na wynos. Albo powiedzieć, jak tam dziś wstąpiłaś. I nie byłoby problemu.
- To nie ja mam problem, Konrad, jakbyś nie zauważył. Mnie te pierogi smakują.
Żeby udowodnić swoje racje, wpakowałam spory kawałek do ust. Chwilę przeżuwałam w ciszy, nie patrząc na Konrada, który ciągle siedział z widelcem w dłoni, nie mogąc się jakoś zabrać do konsumpcji. Złość przeszła mi zdecydowanie za szybko.
- Jeśli nie chcesz, to w lodówce jest jeszcze trochę wczorajszej zupy, zagrzej sobie.
Wiedziałam, że nie lubił pomidorowej, dlatego zostało jej całkiem sporo. Nic dziwnego, skoro tylko ja ją jadłam. Moja matka też ostatnio nie paliła się jakoś strasznie do tego, by zapewnić nam racje żywnościowe, choć dawniej robiła to nagminnie, wpadając niezapowiedziana o różnych porach, co mnie wkurzało, ale również zapewniając mi spokój ducha na co najmniej tydzień, jeśli chodzi o zapasy obiadowe, co już wkurzało mnie zdecydowanie mniej. Komu by nie było lżej na duszy ze świadomością, że lodówka i zamrażarka jest pełna przysmaków kuchni polskiej w ilościach hurtowych tak, że wystarczy tylko rozmrozić dzień wcześniej i spożyć ze smakiem w dniu następnym? No cóż, nie protestowałam zbytnio, kiedy mamusia zjawiała się w drzwiach mieszkania, oczywiście, w towarzystwie ojca objuczonego jak wielbłąd, bo ktoś musiał przecież przytaszczyć to wszystko na nasze czwarte piętro. Przyjmowałam te dary z pokorą, jednocześnie słuchając narzekań matki, jaka to kiepska ze mnie gospodyni i jak to dobrze się zdarzyło, że ona, jako dobra mateczka, może przyjść nam z pomocą od tym względem. I jak biedny jest Konrad, że wpadł w łapy takiego beztalencia kulinarnego jak ja. No z tym to się godziłam bez zastrzeżeń. Nieszczęśliwie dla mojego chłopaka nie odziedziczyłam po swojej rodzicielce jej talentu kulinarnego ani ekstazy podczas przebywania w kuchni i przygotowywania dań kuchni polskiej. Nasze posiłki stanowiły mało barwną mieszaninę standardowego schabowego (Konrad był zdeklarowanym mięsożercą), warzyw na patelnię (dla mnie – wiadomo, wieczna dieta) lub gotowców (dla obojga), jak dzisiaj. Jakoś do tej pory nie było to problemem. Konrad spożywał, co przed nim postawiłam, bez jakichś większych oporów i dąsów. Ale coś czułam, że moja dzisiejsza próba nakarmienia Konrada spali na panewce. Miałam rację, nie ruszył się z krzesła.
Westchnęłam znad swojego talerza z pierogami.
- Nie chcesz?
- Jakoś nie mam ochoty.
- A na co masz ochotę? Może zamów sobie pizzę, albo coś…
Zdusiłam w sobie poczucie, że za bardzo się z nim cackam. Zaledwie umilkło, usłyszałam cichy głosik wewnątrz mnie, że Konrad zachowuje się jak mały, rozpuszczony gówniarz. I po raz kolejny potwierdzenie, że się z nim cackam. Kazałam obu tym głosikom się zamknąć. Na szczęście, jeszcze nad tym mogłam zapanować. Miałam dziwną pewność, że jeżeli głosiki nie umilkną, dzisiejszy wieczór może zakończyć się nie bardzo przyjemnie.
- A wiesz, że zjadłbym taką z podwójnym serem? Chcesz też?
- Nie, dokończę pierogi.
Gryząc kolejnego, słyszałam, jak Konrad za ścianą zamawia swoją ulubioną pizzę z pobliskiej pizzerii. Po chwili do moich uszu dobiegł ryk telewizora. Miałam wielką ochotę wrzasnąć, żeby go ściszył, albo najlepiej wyłączył i wrócił do kuchni, żeby nie zostawiał mnie samej, porozmawiał ze mną.
Nie zrobiłam nic z tych rzeczy. Odsunęłam od siebie talerz z zimnymi już pierogami i zaczęłam sprzątać. Po chwili do kuchni zajrzał Konrad.
- Mamy jakieś piwko?
- Chyba zostało pół zgrzewki w szafce, zresztą, zobacz – podstawiłam pod kran kolejny płukany właśnie talerz – piwo i pizza? Dogadzasz sobie…
- To nie tylko dla mnie, Kamil i Maciek zaraz tu będą. Mówiłem ci, że dziś są finały – głowa Konrada zniknęła w szafce, a po chwili doszedł mnie stłumiony jęk zawodu – cholera, tylko trzy puszki...Głowę dałbym, że gdzieś tu wcisnąłem ostatnio całą zgrzewkę Tyskiego.
Ostrożnie, może nawet z pietyzmem odłożyłam talerz na suszarkę. Prosta czynność, ale jakże skuteczna, żeby zmniejszyć poziom złego ciśnienia, które niemal natychmiast osiągnęło u mnie poziom wrzenia, ale także żeby pozbyć się wielkiej chęci zasadzenia solidnego kopa w czyjąś tylną część ciała, wystającą teraz, jakże malowniczo, niczym idealny cel, z kuchennej szafki.
- A kiedy mi o tym mówiłeś? Jakoś musiało wylecieć mi to z głowy, ach, ta moja dziurawa pamięć…
Przyznaję, moja wina. Mogłam to inaczej powiedzieć. Ironia działała na Konrada jak płachta na byka. Albo zmilczeć. No cóż, nie zmilczałam. I oczywiście łatwo było przewidzieć, co będzie dalej.
Twarz mojego lubego, z doskonale mi znanym wkurzeniem na przystojnym obliczu, wyłoniła się z szafki.
- Lula, błagam cię, skończ z tym twoim dramatyzowaniem, dobrze? - no właśnie, wykrakałam.
- Ja dramatyzuję???
- A kto? Może ja? Od czasu, kiedy wróciliśmy do domu, pokazujesz tylko, jak bardzo jesteś nie w humorze. Albo powiedz, o co chodzi, bo za jasnego gwinta nie wiem, albo przestań się tak zachowywać, jakbym zrobił ci jakąś wielką krzywdę. To dlatego, że nie chciałem jeść tych przeklętych pierogów?
- Daj mi spokój, wcale się tak nie zachowuję.
- O widzisz, i to jest twoja odpowiedź na wszystko. No to dobrze, dam ci spokój, skoro tak bardzo go potrzebujesz – drzwi do szafki trzasnęły z dużo większą siłą, niż potrzeba było, żeby je zamknąć - Jeśli ci się poprawi, to daj mi znać. Chyba, że znów będziesz mieć ochotę zrobić awanturę z niczego, to sobie daruj. Boże, nawet w spokoju meczu nie można obejrzeć, bo ciągle coś ci nie pasuje!
- Jasne, Kondziu. Moja wina, jak zawsze...
Jeśli mnie usłyszał, to nie zareagował. Może to i lepiej. Nienawidziłam się kłócić, a dziś…
Może rzeczywiście byłam zbyt…nerwowa. Może ostatnie przeboje z Anką, ta durna dzisiejsza sytuacja w pracy, a potem jeszcze dziwniejsza w klubie rozstroiły mnie za bardzo.
Już, już miałam iść do Konrada, przytulić się, byłam gotowa nawet przeprosić. Przecież nic się nie stało. Owszem, Anka dalej przeżywała rozstanie z Robercikiem, ja mam szefa idiotę i Konrad pracuje z atrakcyjną, nawet bardzo, dziewczyną, ale czy to koniec świata? Czy muszę z tego powodu robić awantury? Gdzie coś takiego, jak oddzielanie życia prywatnego od zawodowego, i gdzie moje zaufanie do Konrada?
Nie zdążyłam nawet porozmawiać z nim o planach wakacyjnych. W pracy Konrad od razu zmienił Tomka przy barze, więc upadła moja wizja spokojnego przekazania wakacyjnej oferty tak, jak sobie to naiwnie wymarzyłam. Skoro nie w pracy, to pozostało mieszkanie. Dzisiejszy wieczór miał nam przyjemnie minąć właśnie nad wyborem miejsca, gdzie się wybierzemy. A tak pewnie upłynie, przynajmniej dla mnie, na słuchaniu przez ścianę komentatora sportowego w telewizji i trzech innych znawców piłki nożnej tu na miejscu. A potem, jak Kamil z Maćkiem sobie pójdą, czekało mnie pokajanie się przed moim chłopakiem za sytuację przy obiedzie. To przecież ja się czepiałam o pierdoły, prawda? A Konrad nie był jasnowidzem, czytanie z kobiecego umysłu nie było jego najmocniejszą stroną, jak się niejednokrotnie przekonałam, więc skąd mógł wiedzieć, co mi chodziło po głowie i skąd brał się mój dzisiejszy, nie oszukujmy się, kiepski nastrój? Choć pewnie, gdybym mu opowiedziała, co odwalił dziś mój szef, pewnie by po prostu wzruszył ramionami i kazał by mi się przestać przejmować głupotami. No cóż, głupota, czy nie, cała ta sytuacja w pracy, podsycona na dodatek szczyptą zazdrości, jaką odczułam widząc nową, na dodatek bardzo atrakcyjną, koleżankę z pracy Konrada, o której się do tej pory nawet nie zająknął, oraz głupia scysja podczas obiadu elementarnie złożyły się na mój dzisiejszy kiepski nastrój, który na dodatek okazałam trochę zbyt dosadnie. Okej, sama miałam świadomość, że powyższe powody były dziecinne i powinnam je, spektakularnie mówiąc, olać, a nie zadręczać się nimi, a już na pewno nie powinnam ich wprowadzać do naszego mieszania. Niestety, głupia ja, zrobiłam to i teraz dopiero miałam prawdziwy problem, bo kłótni ze sfochanym obecnie ukochanym głupotą już nazwać nie mogłam.
Siedząc w sypialni z laptopem rozłożonym na kolanach i udając, że pracuję, a w rzeczywistości nasłuchując, co robi Konrad, doszłam do wniosku, że naprawdę potrzebne nam są wakacje. Gdzieś daleko, gdzie jest ładnie, ciepło i brak kłopotów dnia codziennego. Gdzie nie ma szefów idiotów i atrakcyjnych blondynek w miejscu pracy, o których mój chłopak jakoś zapomniał mnie poinformować. Gdzieś, gdzie będziemy mogli w końcu porozmawiać jak dawniej, o wszystkim i o niczym, ciesząc się swoją obecnością, jak na początku naszej znajomości, a nie warczeć na siebie o byle pierdołę. Tęskniłam za tym, za tymi wszystkimi miłymi chwilami. Przez te osiem lat nazbierało się ich trochę, tak że można by z tego zbioru obdzielić pomysłami scenariusze kilku komedii romantycznych. Najważniejsze, że i ja i Konrad byliśmy wtedy szczęśliwi. Nie to, co teraz. Było nam ze sobą naprawdę wspaniale. Co się więc stało, że teraz nie potrafimy ze sobą nawet normalnie porozmawiać? Gdzie to uczucie z początków naszej znajomości? Zacisnęłam palce na ulotce reklamowej z biura podróży, niczym na ostatniej desce ratunku, jaka mi pozostała. To chyba żadna zbrodnia, że chciałam wrócić do tego, co było najlepsze w naszym związku, prawda?
Usłyszałam dzwonek do drzwi, a po chwili głosy Maćka i Kamila dotarły do mnie z przedpokoju.
Z przyklejonym do twarzy uśmiechem wyszłam się przywitać.
To Kamil pierwszy zobaczył folder w mojej ręce.
- Wybieracie się na wakacje? Konrad, czemu się nie pochwaliłeś? Macie jakąś fajną ofertę, czy jedziecie sami, bez biura podróży?
- Co? – Konrad też zobaczył folder i twarz mu pociemniała. Niemal wyrwał mi z ręki broszurkę – skąd to masz?
Wzruszyłam ramionami – po prostu robiłam porządki w torebce i to znalazłam. Faktycznie, niezła oferta, może się wybierzemy?
Przyznaję, skłamałam, ale mina Konrada jakoś nie nastrajała do tego, by uświadamiać go o moich planach, które, jak miałam nadzieję, miały stać się naszymi. Na dodatek z niepokojem usłyszałam w swoim głosie zdecydowanie niepożądaną nutę pokory. Błaganie Konrada nie było moim zamysłem. Raczej on sam powinien czuć, że potrzeba nam czegoś takiego jak wakacje. Niestety, chyba nie czuł.
- Lula, co ci strzeliło do głowy? Niezła oferta? Ta drożyzna? Zresztą, żadne wakacje teraz nie wchodzą w grę. Mam huk roboty, ty chyba też nie narzekasz na brak zajęć. Szczególnie ty
– dodał ironicznie i podał mi z łaską folder, drugą ręką biorąc reklamówkę z prowiantem, którą przyniósł Maciek. Kątem oka zobaczyłam kilka opakowań chipsów i w duchu przygotowałam się już na kolejne czyszczenie dywanu, który ledwo wrócił do swojego pierwotnego wyglądu po ostatnim spotkaniu z lekko przetrawionym winem – dawajcie, co macie i idziemy na mecz. Za chwilę powinni przywieźć pizzę.
- Lula, idziesz z nami? Dziś grają Hiszpanie, a mówiłaś kiedyś, że ich bramkarz jest przystojny. No chodź, obejrzysz sobie kogoś z ładniejszą gębą niż Konrad.
Uśmiechnęłam się przepraszająco do Maćka.
- Mam co robić, ale dzięki.
Zostałam sama w przedpokoju, ściskając w ręce kolorową broszurkę.
Kilka dni później stało się dla mnie jasne, że, albo mój cykl menstruacyjny zwariował i okres, który dopiero co się u mnie zakończył, powrócił z nową falą rozszalałych hormonów, atakujących mój system nerwowy i robiących ze mnie totalną zołzę, albo coś rzeczywiście się działo. Bardzo niedobrego. Oczywiście, stawiałam na hormony.
I naprawdę, starałam się je jakoś powstrzymać. Żłopałam melisę na zmianę z naparem z dziurawca litrami i zaciskałam zęby za każdym razem, kiedy jakiś, nieważne, malutki, czy wielki czynnik podnosił mi temperaturę wrzenia, co zazwyczaj dawało pozytywne rezultaty i ilość awantur o jakieś głupoty (w sumie jedna, ale konkretna, w tym tygodniu), powinien napawać mnie czymś, co mogę nazwać dumą.
Tego wieczoru stałam sobie właśnie pełna dumy przed lustrem w łazience, starając się zmusić moje nieposłuszne włosy, żeby opadały miękką, romantyczną falą na jedno ramię, jednocześnie kusząco odsłaniając drugie. Te dwa słowa miały być motywem przewodnim dzisiejszego wieczoru. Ja sama miałam być dziś tak romantyczna i kusząca, jak tylko potrafię. Konrad, siedzący obecnie z chmurną miną przed telewizorem, odpowiadający półgębkiem na jakiekolwiek zdanie kierowane do niego, miał zostać oczarowany i skuszony do grzechu. Ten aspekt naszego związku zawsze stanowił jego mocny punkt. Seks dawał mi, i Konradowi również, jak się domyślam, wszystko to, co seks dawać powinien. I, co najważniejsze, dawał gwarancję spokoju od kłótni i awantur na co najmniej kilka dni. Już samo to sprawiało, że warto było włożyć trochę wysiłku z mojej strony. Naprawdę, miałam totalnie dosyć tych naszych cichych dni. A przede wszystkim tego bardzo niefajnego poczucia, że to ja jestem za nie odpowiedzialna. Że to ja nie staram się dostatecznie. Że to ja jestem tą złą, wredną babą, która niewątpliwie unieszczęśliwia tego chmurnego przystojniaka leżącego obecnie z naburmuszoną miną na kanapie w naszym salonie.
No to dzisiaj zobaczy, co to znaczy prawdziwe szczęście. Przynajmniej łóżkowe. A jednocześnie planowałam ponowić batalię o te nasze wspólne wakacje. Po dzisiejszym grzesznym wieczorze Konrad powinien zgodzić się na wszystko, co mu zaproponuję. Już moja w tym głowa, żeby tak było!
Włosy leżały perfekcyjnie. Dla wzmocnienia całości doznań spryskałam je również ulubionymi perfumami Konrada, czując przyjemny dreszczyk emocji, kiedy uświadomiłam sobie, co mnie, nie, co nas za chwilę czeka. Zsunęłam jeszcze niżej dekolt. Efektu z pewnością nie musiałam się wstydzić. Zadowolona, posłałam w stronę swojego odbicia w lustrze słodkiego buziaka niczym Marylin Monroe i wtedy to się stało.
Jakiś leciutki błysk z podłogi, a raczej poświata, odbijała się od pastelowych płytek, którymi obita była łazienka. Zaciekawiona, pochyliłam się niżej i wtedy usłyszałam cichutkie brzęczenie.
Brzęczenie wydawał mały aparat komórkowy, ukryty sprytnie za obluzowaną płytką, która, jak byłam do tej pory przekonana, została już dawno zaklejona przez Konrada. Owszem, parę tygodni temu wspominał, że chyba jest jakiś wyciek pod kabiną prysznica i że sprowadzi fachowca, żeby to sprawdził. Fachowiec był, usterkę naprawił, a Konrad ofiarował się, że dziurę załata na cacy tak, że nic nie będzie widać. No i rzeczywiście, gdyby nie to, że telefonik zaczął świecić i dzwonić, nic bym nie wiedziała, że dziura zawiera coś jeszcze, oprócz zaprawy i kleju do płytek.
A oprócz tego nie wiedziałabym, co się dzieje tuż pod moim nosem. Telefonik ujawnił mi bowiem swoją interesującą zawartość bardzo szybko.
Jeden kontakt. Setki smsów. I jedno skądinąd doskonale mi znane imię. Madzia. Nie Magda, Magdalena, tylko Madzia...
A ja byłam taka pewna, że długie posiedzenia Konrada w toalecie mają charakter gastryczny...















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz