niedziela, 25 listopada 2018

Nawiedzenie byłego to nie jest coś, co Lula lubi

Miauczenie brzmiało coraz bardziej rozpaczliwie. Zanim zdążyłam wygrzebać z torebki klucze, odgłosy, jakie do mnie docierały zza zamkniętych drzwi, coraz bardziej zaczęły przypominać walenie się stosu kamieni. Gdzie te klucze, do cholery?...
- Dara! Nawet się nie waż…
Za późno, wyprysła niczym pocisk, kiedy tylko zdołałam uchylić drzwi, zrobiła sobie slalom gigant pomiędzy moimi łydkami i dała dyla, zanim zdążyłam się połapać w jej zamiarach i je skutecznie udaremnić – wracaj tu natychmiast, ty niewdzięczny kocie!
Mogłam sobie wrzeszczeć do woli. Podniesiony wysoko ogon zniknął właśnie za zakrętem schodów, co dobitnie pokazywało, co mój własny futrzak o mnie myśli. Bo Lula poszła w końcu po rozum do głowy i przyprowadziła sobie do domu kochane, puchate zwierzątko, żeby nie czuć się za bardzo samotną, skoro nie ma chłopaka. Puchata kuleczka miała zapewnić działanie terapeutyczne i poprawiające nastrój. Szkoda tylko, że coś w schronisku poszło nie tak i Luleczka wybrała najgorzej, jak tylko mogła. Albo wszystkie koty na świecie przypominają istoty z piekła rodem. Gdzie się podziały miłe, kocie stworzonka, które można oglądać w internetach, mruczące ze szczęścia i ocierające się o nogi ukochanej pańci, kiedy tylko pańcia wraca styrana po całodziennej harówce? Chyba w realu wyginęły niczym dinozaury. Na dodatek razem z genem posłuszeństwa wobec właścicielki. I nikt mnie nie przekona, że to naturalna potrzeba chadzania własnymi ścieżkami, a nie czysta złośliwość z ich strony. A przynajmniej Dary. Przeklęty sierściuch...
Zrezygnowana zrobiłam krok w ciemną czeluść mieszkania. Coś chrupnęło mi pod stopą.
- Co do…?
Paskudne przekleństwo skalało mi usta. Sięgnęłam na oślep i po chwili rozbłysło światło w przedpokoju, ukazując ponurą rzeczywistość. Patrzyłam strasznym wzrokiem na pobojowisko, jakim uraczyła mnie Dara, zapewne chcąc pokazać w ten jakże twórczy sposób swoje niezadowolenie za to, że później dziś wróciłam do domu. Mój kot najwyraźniej nie potrafił zrozumieć, że pańcia też czasami musi odreagować i wydać trochę kasy na własne przyjemności. Niewiele, bo na koncie tylko mała nadwyżka, ale po prostu musi i tyle.
Ryzykując skręcenie dolnych kończyn, przeszłam pomiędzy stertami butów i kocich zabawek, lawirując torbami i obijając się o kąty własnego mieszkania. Zagrzechotały puszki z kocim jedzeniem. Zazwyczaj, kiedy Dara była w domu, ten dźwięk nieodmiennie sprowadzał ją do kuchni. Może tym razem uda się ją w ten sposób zmusić do powrotu? Za chwilę będzie ciemno. Przecież nie będę łazić za tym kotem po całym blokowisku błąkając się w ciemnościach jak jakaś nawiedzona kocia matka!
Wpadłam na szatański pomysł i niezwłocznie wcieliłam go w życie.
- Kici, kici, kici – zaszemrałam, wychodząc na mój mikroskopijny balkon i jednocześnie stukając o siebie dwiema puszkami z whiskasem – chodź tu, koteczku. Chodź, bo pani nie ma zamiaru, ani chęci łazić za tobą w tym zimnie…
Na pewno znów wylazła oknem w piwnicy, choć tyle razy prosiłam, żeby je zamykać. Ale kto posłucha głosu błagania panny z kotem. A teraz kocia matka musi się wysilać, żeby jej maleństwo wróciło szczęśliwie do domciu. Maleństwo, akurat. Rozwydrzony potwór!
Wyjrzałam zza barierki od strony wejścia przeciwpożarowego, kuląc się w porywach jesiennego wiatru, hulającego sobie dość żwawo na wysokości mojego czwartego piętra, starając się dostrzec charakterystyczną stalowo-brązową barwę kociego futerka. Ani śladu. Jednocześnie czułam się jak totalna idiotka, ciągle stukając tymi cholernymi puszkami. Sąsiedzi, jeśli mnie widzą, po raz kolejny pewnie utwierdzają się w przekonaniu, że mieszkają drzwi w drzwi z wariatką…
Coś miękkiego i puszystego otarło mi się o nogi, a na wysokości łydki zabrzmiało ciche „miau”. Aż podskoczyłam.
- Dara, ty potworze!!! - zawyłam, upuszczając jedną z puszek na płytki. Dobrze, że nie na własną stopę. Rozejrzałam się w poszukiwaniu zguby i bingo. Królowa Dara w pełnej krasie zniżyła się do powrotu do swojego ludzkiego niewolnika. Stała sobie teraz, nieruchoma jak posąg, mając za tło doniczki zawierające moje ogrodnicze próby, obecnie przypominające plantację kaktusów, bo tylko one zdołały przetrwać. Od czasu odejścia Konrada straciłam całe serce do jakichkolwiek form upiększeń.
- Łaska Boska, że ja cię jeszcze toleruję, koci terrorysto – mruknęłam, starając się uspokoić szaleńczo bijące serce – chodź wreszcie do domu.
A płytki obejrzę jutro, bo coś czuję, że kontakt jednej z metalową puszką nie wyszedł jej zbytnio na dobre. Ale to przy dziennym świetle, kiedy będę już opanowana i w pełni spokojna.
- Kici, kici, no właź do domu, uparty kocie!
Oczywiście, Dara nie raczyła mnie posłuchać. Z jej pozy można było wywnioskować, że to ja powinnam raczej zacząć bić jej pokłony wdzięczności, że dała się ubłagać i łaskawie wróciła. Pokłony to ja mogę bić administracji osiedla, że zamontowali schody przeciwpożarowe i że ten koci pomiot miał jak wrócić.
- Nie chcesz? No to siedź na zewnątrz, mnie to nie rusza – naprawdę, straciłam cierpliwość – wystarczy, że chłopak puścił mnie w trąbę, nie będę czegoś takiego tolerować jeszcze u kota!
Weszłam do mieszkania, zostawiając jednak drzwi na balkon uchylone.
Tym razem byłam już przygotowana, kiedy szare futerko zaczęło łasić się do moich nóg. Porzuciłam gotowanie porcji makaronu dla jednej osoby ( doprawdy, żałosne, ale serca do gotowania też już nie miałam i szłam po tak zwanej najmniejszej linii oporu) i wzięłam na ręce mruczącą Darę.
- Przeprosiłaś się już? – mruczenie przybrało na sile, więc uznałam, że tak. Kotka pozwoliła się chwilę głaskać, ale taki stan rzeczy nie trwał długo.
- Dobrze, już, dobrze, zaraz cię nakarmię – zerknęłam jednym okiem na gotujący się makaron, jednocześnie mocując się z opornym wieczkiem puszki – nie wiem, jak ci coś takiego może smakować, ale proszę bardzo. Podano do stołu. Pańcia musi jeszcze chwilę poczekać, bo nie lubi surowizny.
Dara już zdążyła wylizać swoją miseczkę do czysta, a mój makaron dalej nie chciał się ugotować. Podkręciłam gaz. Woda zawrzała lekko, ale makaron ani drgnął. Za to dzwonek u drzwi zaczął wygrywać tę swoją denerwującą melodyjkę. Tyle razy przymierzałam się, żeby ją zmienić, ale Konradowi się bardzo podobała i skutecznie mnie pacyfikował za każdym razem, kiedy chciałam wgrać coś innego. Ale teraz zapamiętać – zamontować nowy dzwonek.
- Cholera, zapomniałam posprzątać! – pamiątka szału Dary ciągle walała się po całym przedpokoju, niczym nieme przypomnienie, jak bardzo kiepska ze mnie gospodyni. Odsunęłam nogą co większe przeszkody i dotarłam w końcu do drzwi. Dzwonek właśnie wygrywał swoją melodyjkę po raz drugi – już idę!
- Dłużej nie można? Na tym korytarzu jest duszno jak w jakiejś pieprzonej łaźni!
Głos, płynący z zewnątrz był mi zdecydowanie znajomy. Co do osoby, też była znajoma, ale raczej mile widziana już nie. Zerknęłam przez wizjer, żeby ocenić sytuację. Przystojna (niestety, ciągle na mnie działająca, sądząc po tym, jak rozpikało mi się serce na jego widok) twarz mojego byłego była doskonale widoczna – przepraszam, co ty tu robisz?
- Nie wygłupiaj się, Lulka, wpuść mnie. Sam bym sobie otworzył, ale zapomniałem kluczy.
- Podaj mi choć jeden powód, dlaczego mam to zrobić. Już tu przecież nie mieszkasz. A, jeszcze jedno, stare klucze nie pasują, zmieniłam zamki w drzwiach. Wiesz, wolę czuć się bezpiecznie, mieszkając tu sama. Jeszcze by mnie ktoś napadł, albo okradł. Albo niewierny chłopak chciałby tu wejść nieproszony...
- Otwieraj, do cholery! - słowa te zostały poparte nie całkiem delikatnym pukaniem do drzwi. Jak nic moi sąsiedzi mieli dziś ze mną niewesoło. Przeanalizowałam sytuację, czy wściekłość sąsiadów za korytarzowe hałasy jest warta tego, żeby jednak poddać się i otworzyć. Z drugiej strony, przez tego idiotę, który stał teraz i wrzeszczał za moimi drzwiami, zmarnowałam prawie osiem lat mego cennego życia. Nie sądzę, żeby miał teraz prawo wyrażać się w taki sposób, a tym bardziej domagać się, żebym go wpuściła do środka. Tym bardziej, że to on zostawił mnie dla jakiejś dobrze rozwiniętej w okolicach klatki piersiowej blond loli. Ku mojemu niewątpliwemu rozgoryczeniu i upokorzeniu.
Już miałam uświadomić mojego byłego o tych przemyśleniach, oczywiście, przez zamknięte drzwi, ale zacisnęłam zęby. Nie dam się wyprowadzić z równowagi. Trening psychiczny, jakiemu się oddawałam ostatnimi czasy, z pewnością nie pójdzie na marne. Nie będzie były chłopak pluł mi w twarz, że nie potrafię zapanować nad frustracją po zakończonym związku. Ani ja nie będę sobie później wyrzucać, że, no cóż, nie zachowałam się jak oaza spokoju i opanowania. I, co również było dosyć istotne, zachowam pozytywne stosunki z sąsiadami.
Z takim oto podejściem zwolniłam zamki.
Konrad nawet nie poczekał na zaproszenie, tylko wparował do środka, omal mnie nie przewracając, kiedy tylko drzwi stanęły otworem. Jak widać, przebywanie z pewną panią pozbawiło go podstawowych zasad grzeczności. Albo zawsze był nadętym gburowatym chamem, tylko ja do tej pory tego nie dostrzegałam. Patrząc na zadufaną minę mojego byłego, skłaniałabym się ku tej drugiej opcji. A świadomość, że nie ja jestem tą osobą, która teraz musi się przejmować jego humorami znacząco poprawiła mi nastrój.
- No w końcu. Jak mogłaś zmienić zamki, Lulka? Doskonale wiesz, że moje nazwisko też figuruje na umowie najmu. Boczenie się jeszcze ci nie przeszło? Myślałem, że możemy się rozstać jak dwoje dorosłych ludzi. I odnosić się do siebie jak normalni ludzie. Normalni! A ty co odwalasz? Każesz mi płaszczyć się pod drzwiami jak jakiemuś kundlowi!
- Wcale się nie boczę. A co do umowy, to ją też zmieniłam, więc nie musisz się martwić. Ja teraz figuruję jako jedyny najemca, więc dostałam pozwolenie na wymianę zamków. Proste. Pytam po raz kolejny, po co przyszedłeś?
- Jak to, po co?…do ciężkiej cholery!
Nie uznałam za stosowne uprzedzić, że przedpokój jest nieco…zabałaganiony. W rezultacie Konrad o mało nie wyrżnąłby orła stulecia, którego powodem był jeden z moich butów, leżący sobie beztrosko na samym środku pomieszczenia. W porę uratowała go ściana. Konrada, nie buta. Buta mi było jednak bardziej szkoda.
- To ty zrobiłaś tu taki chlew? A więc w końcu pokazałaś, na co cię stać, co? Odstresowanie na całego, jak widzę. Zawsze wiedziałem, że masz trudności w panowaniu nad gniewem. Dowód miałem ostatnio i teraz tak samo. Aż zrobię zdjęcie.
Oparłam się plecami o ścianę i założyłam ręce na piersiach, żeby faktycznie nie pokazać tego gniewu i nie odbić pięciu palców, lub od razu całej pięści na czyimś obliczu. Rany boskie, ten idiota zachowywał się tak, jakbym miała go pogłaskać po główce za to, co zrobił, i jeszcze powiedzieć „Brawo, Konradku”! Niedoczekanie! Ale spokojnie, Lulka. Tylko bez żadnych nerwowych ruchów. Opanuj emocje. Potrafisz. Technika relaksacyjna wdech, wydech. Weź się w garść i nie pozwól, żeby ten zadufany w sobie gnojek powziął jakieś mylne wrażenie, że za nim tęsknisz. A już, nie daj Boże, żeby pomyślał, że chcesz, żeby do ciebie wrócił.
- Proszę bardzo, dokumentuj, co tylko chcesz. A swoje głębokie przemyślenia zachowaj dla innej... pani, bo mnie one raczej już nie interesują. Oczywiście, nie będę cię też zatrzymywać. Bierz, po co przyszedłeś, i wynoś się.
- I ty śmiesz twierdzić, że już się nie boczysz? Zachowujesz się jak dziecko, słowo daję.
- Ja zachowuję się jak dziecko? A kto przed chwilą walił w drzwi jak rasowy goryl w cyrku? Komu chciałeś udowodnić, jaki to z ciebie rasowy macho, co? Sąsiadom? Jestem pewna, że byli wręcz zachwyceni twoim pokazem. Kultura powiedziała adios, Konradku? Teraz to już mnie rozbawiłeś. Naprawdę dobry żart, ale się uśmiałam...Hahahaha...
Ten śmiech miał zabrzmieć do bólu ironicznie i wrednie. Niestety, w kulminacyjnym momencie do moich uszu dotarł bardzo niepokojący odgłos z kuchni. Z zamierającym sercem popędziłam w tamtą stronę, akurat w porę, by zakręcić gaz. Woda zdążyła się już przelać przez brzegi garnka i właśnie zalewała palniki. Fragmenty rozgotowanego makaronu, który miał stanowić mój posiłek, wyglądały tak, że czym prędzej zakryłam garnek pokrywką. Niestety, moja kompromitacja została ujawniona.
- Pyszna kolacyjka – usłyszałam szyderczy głos za plecami – Okrasą w spódnicy to ty nigdy nie byłaś, i, jak widzę, raczej prędko nie zostaniesz. Zastanawiałaś się na wzięciem jakichś dodatkowych lekcji gotowania? Już dawno chciałem ci to delikatnie zasugerować, bo serio, przydały by ci się. Takie marnotrawstwo gazu i produktów spożywczych...Dzieci w Afryce mrą z głodu!
- Uważaj, bo uwierzę, że cię interesuje los biednych, głodnych dzieci afrykańskich. I nie prosiłam cię o zdanie, a z tego, co sobie przypominam, jakoś wcześniej nie narzekałeś na moją kuchnię – warknęłam i zabrałam się za ratowanie makaronu. Najwyżej zrobię jakąś zapiekankę, czy coś – nie zapraszałam cię też, byś tu wchodził. Naprawdę, Konrad, bierz, co miałeś brać i wynoś się w końcu! Twoje rzeczy nadal zajmują niemal połowę szafy. I nie myśl, że będę mieć jakiekolwiek opory przed oddaniem wszystkiego bezdomnym. Jestem pewna, że okoliczni kloszardzi będą bardzo zadowoleni buszując po śmietnikach w tych twoich wymuskanych koszulach.
- Słaba zemsta, Lulka.
- Wierz mi, to nie zemsta. Jesteś obecnie za małym fragmentem mojego życia, żebym miała się na tobie mścić. Szkoda mi na to energii.
- Taaak, bo zużywasz ją na same twórcze rzeczy, prawda? Dalej siedzisz w tych swoich ukochanych rozliczeniach? O, i widzę, że było niedawno jakieś większe wyjście. Życie towarzyskie kwitnie, i to na elegancko, jak widać – podbiegłam i wyszarpałam Konradowi z rąk sukienkę, którą miałam na obiedzie u rodziców, a która wciąż leżała sobie powieszona nonszalancko przez oparcie krzesła – spokojnie, nie dostaniesz przez to choroby, jeśli tylko dotknę twoich rzeczy, kochanie. Ładna kiecka, nawiasem mówiąc. Nowa? Chyba nigdy cię w niej wcześniej nie widziałem. Zawsze miałaś dobry gust do ubrań. Widzisz, ja potrafię powiedzieć ci coś miłego.
- Jeszcze raz nazwij mnie „kochanie”, to nie ręczę za siebie! A chorobę już złapałam i nazywa się alergia na twoją głupotę! Rany, po co ja cię w ogóle wpuściłam? Chyba tylko po to, żebyś swoim nędznym poczuciem humoru podniósł mi ciśnienie...
- Kochanie, to tylko takie pieszczotliwe słowo, nie musisz się od razu unosić. A ja naprawdę się cieszę, że mogę jeszcze raz zobaczyć to mieszkanko. Wierz mi lub nie, ale mam z nim trochę dobrych wspomnień. I z tobą też.
- Oby te wspomnienia wyparowały ci z głowy i to czym prędzej...
- Lulka, no nie bądź taka niedobra. Wiesz, właściwie to chciałem też zobaczyć, jak sobie radzisz. Magda twierdziła, że pewnie zalewasz się łzami i rozpaczasz obżerając się czekoladą. Powiedziałem jej, że jesteś typem raczej ofensywnym i że na pewno dajesz sobie radę, ale chyba cię przeceniłem – Konrad wręcz ostentacyjnie rozejrzał się dokoła z taką miną, że mnie aż zagotowało od środka - No cóż, jak widać, przejęłaś sporo z tych negatywnych zachowań, jakie tu ostatnio odstawiała Anka. Magda chyba niewiele się pomyliła. Jednak coś jest w tym, że kobieta pozna drugą kobietę lepiej, niż mężczyzna...
- Naprawdę omawiasz moją kondycję psychiczną lub to, co robię lub nie robię, z twoją nową…panią? - serio, imię tej nowej pani nie za bardzo chciało przejść przez moje usta. Ale nie to, że nie poznałam swojej następczyni. Powodowana nieposkromioną kobiecą i masochistyczną ciekawością, zdołałam poznać nową wybrankę Konrada dosyć dokładnie. Z peselem włącznie. Proszę nie pytać, w jaki sposób mi się to udało, bo zapadnę się ze wstydu, że coś podobnego przyszło mi do głowy. Oczywiście, Konrad też nie musiał o tym wiedzieć. Gdyby jakimś cudem coś do niego doszło na ten temat, chyba bym musiała go zabić, bo nie zdzierżyłabym tego jego uśmieszku samouwielbienia, jaki niewątpliwie by się pojawił na jego wiarołomnej twarzyczce.
- Ta pani ma na imię Magda i radzę ci to zapamiętać. Nie zasłużyła, żeby ją obrażać. To dobra dziewczyna.
- Oczyyyywiście, Konradzie, jasne, najlepsza pod słońcem. Tak dobra, że rozbiła w tej swojej dobroci nasz związek wpychając ci się do łóżka, albo wskakując z rozłożonymi nogami na bar, lub zmywak na zapleczu, czy gdzie tam doszło u was do pierwszego razu. A ty, jak sądzę, nie za bardzo miałeś chęć zaprotestować w jakikolwiek sposób. Jak to nazwałeś? Aha, ta żądza podboju, polowanie, adrenalina – tego ci chyba teraz nie brakuje, prawda?
- Nie waż się dalej…
- Co? Nie powiedziałam nic, co nie byłoby zgodne z prawdą. Widocznie ty też przejąłeś od tych twoich światowych klientów więcej, niż sądziłam. A skoro nie chcesz, żebym wyrażała się o twojej nowej damie, to nie powinieneś o niej wspominać. Proste - chciałam wyminąć mojego byłego, ale zaszedł mi drogę – przepuść mnie.
- Kiepsko udajesz, że nic cię nie rusza, Lula. Rusza cię, i to bardzo. A wiesz, skąd o tym wiem? Bo akurat pod tym względem cię znam. Nie potrafisz udawać. Zawsze można było poznać, że chcesz coś ukryć, albo, że masz coś na sumieniu. W pokera nie wygrałabyś złamanego grosza.
- Nie udaję – syknęłam przez zaciśnięte zęby – ale nawet święty by się wkurzył, gdyby jego były nachodził go w jego mieszkaniu, i opowiadał, że rozmawia na jego temat ze swoją kochanką! Nie jestem świętym, jak doskonale wiesz! Puść mnie i wynoś się w końcu!
Co mi przyszło do głowy, żeby patrzeć mu w oczy? Chyba sam diabeł maczał w tym palce, bo żaden anioł nie byłby taki okrutny. Pamiętam, jak zachwycałam się tymi ciemnymi tęczówkami na początku naszej znajomości, jeszcze w liceum. Już wtedy były piękne i pełne cynizmu. I nic się nie zmieniły. Z takim samym cynizmem, doskonale mi znanym, Konrad przyciągnął mnie teraz do siebie jednym, płynnym ruchem i, zanim zdążyłam zareagować, musnął wargami moje wargi.
- Ty skończony sukinsynu! Zabieraj dziób!
Odskoczyłam jak oparzona, byle dalej od tego czegoś, będącego kiedyś moim chłopakiem – nie waż się tego robić nigdy więcej, bo cię zabiję. Zabiję, rozumiesz? A teraz wynocha!
- Oj, naprawdę zrobiłaś się niebezpieczna – wbrew temu, co mówił, wcale się nie przejął moim wybuchem, drań jeden – przecież to nic złego, że dwoje ludzi, tak sobie kiedyś bliskich, okaże sobie jeszcze od czasu do czasu trochę czułości, prawda? Nie przypomniały ci się te nasze stare, dobre czasy? Chyba nie było tak źle. Prawda?
- Ja zaraz napiszę nową, ulepszoną historię – sięgnęłam na oślep i moja dłoń zacisnęła się na puszce kociego żarcia, na szczęście jeszcze w połowie pełnej – żeby nie było, ostrzegałam.
Zawartość puszki wykonała wspaniały lob i wylądowała tam, gdzie ją skierowałam. Za to dziwny odgłos, niby jęk, niby wrzask, jaki wydał z siebie Konrad, sprawił mi naprawdę wielką przyjemność.
- Proszę bardzo – powiedziałam zimno – to by było wszystko, co ci się należy. A teraz wynoś się w końcu, zanim naprawdę stracę cierpliwość.
- Ty wariatko!
- Może i jestem wariatką, ale dobrze mi z tym. Przez te wszystkie lata chyba już zdążyłeś się o tym przekonać. Poza tym zasłużyłeś sobie. A teraz WON!!! Jeśli się jeszcze nie nauczyłeś, że za każdym razem rzucam czymś w ciebie, to ryzykuj dalej. Może się skuszę i zostawię gdzieś pod ręką tasak, albo siekierę!
Na wszelki wypadek eskortowałam wiarołomnego byłego aż do drzwi. Naszą małą procesję zamykała Dara, zjadająca ze smakiem kawałki kurczaka w galaretce, spadające z koszuli mojej ofiary. Choć ona jedna była szczęśliwa w wyniku tej całej poronionej sytuacji.
- Przekaż serdeczne pozdrowienia od wariatki dla swojej nowej pani serca i rozporka – dodałam złośliwie, kopniakami torując sobie drogę do drzwi pośród morza obuwia i kocich zabawek przywleczonych przez Darę. Jeden z butów, potraktowany nieco ostrzej, uderzył z głuchym łoskotem o ścianę. Cholera, jak nic sąsiedzi wezmą mnie dziś jednak za niespełna rozumu, ale co mi tam. Teraz miałam większy, mierzący metr osiemdziesiąt ciemnowłosy problem, który nagle zaparł się, ciągle paskudząc mi podłogę kawałkami kociego jedzenia. - Przez ciebie nie będę mógł zabrać dziś swoich rzeczy. Nie waż się ich nikomu oddawać, bo cię zaskarżę. I dobrze wiesz, że mogę to zrobić! – zaśmiałam się drwiąco słysząc ten apodyktyczny ton. Niezbyt odpowiedni u osoby ubabranej kocim jedzeniem.
- Uuuuu, ale się boję, Kondziu. Do nie do widzenia. Żeby ci nie przyszło do głowy przyłazić tu znowu, bo twoje święte ubrania naprawdę będziesz zbierał ze śmietnika. Zresztą, a co mnie obchodzi, że dziś nie jesteś w nastroju do zabrania swoich maneli? Jak chcesz, to zaraz się odpowiedni nastrój znajdzie...
Niesiona gniewem, pognałam do sypialni i wytaszczyłam stamtąd sporej wielkości pudło po środkach czystości, które wyprosiłam w osiedlowym markecie, i w które spakowałam walający się po mieszkaniu dobytek wiarołomnego byłego. Nie moja wina, że teraz jego wychuchane ubranka woniały Domestosem. Mógł zabrać je od razu, jak się wyprowadził. Aha, nie mógł. Przecież wiał wtedy z mieszkania gdzie pieprz rośnie, przerażony, że rozbiję mu na głowie coś większego, niż ten cholerny aparat telefoniczny. Boże, jak można być tak żałośnie tchórzliwym facetem…Do kogo teraz powinien mieć pretensje? Chyba tylko i wyłącznie do siebie. Ale niech zna moje dobre serce.
- Proszę bardzo – pudełko trochę ważyło, więc nie zawracałam sobie głowy tym, żeby je nieść, po prostu wykopałam je do przedpokoju, prosto pod nogi Konrada – to wszystko, co cię tu jeszcze trzyma. I naprawdę, ostrzegam lojalnie, nie przychodź tu już, bo dostaniesz dużo więcej, niż tylko kocie żarcie na koszuli.
- To capi jakimiś chemikaliami!
- I tak to ładniejszy zapach, niż twoja woda po goleniu. Zabieraj się z tym.
Konrad ani drgnął. Westchnęłam. Czy on zawsze był taki tępy? Rany, z kim ja żyłam...
- Z drogi, bo możesz też zarobić z buta – dwa solidne kopy później pudło znajdowało się za drzwiami. Podobnie Konrad, który, zbyt zaskoczony całą akcją z mojej strony, nie stawiał zbytnio oporu. Albo po prostu bał się, że też dostanie kopa z półobrotu. Odblokowało go dopiero po czasie, kiedy zatrzasnęłam mu drzwi za plecami. I sobie wtedy usłyszałam. Że zapłacę, za to, co mu zrobiłam. To znaczy, za co? Za ofajdaną koszulę? A co ja mam powiedzieć? Człowieku, jak ja ci zacznę grozić, to naprawdę się nie pozbierasz. Widać, że nigdy wcześniej nie poczułeś w pełni, co to znaczy zemsta zdradzonej kobiety!
- Nie puszczę ci tego płazem, a ty nie będziesz znała dnia ani godziny. Jeszcze zapłaczesz, a wtedy…
Nie dowiedziałam się, co się stanie, jak zapłaczę. Zamiast tego usłyszałam gromki głos pani Paściakowej spod trójki, wzywającej do „zamknięcia się w końcu, bo zadzwoni na policję”. Chwała nadgorliwym sąsiadom! A potem wreszcie zapadła błogosławiona cisza.
Zerknęłam przez wizjer. Nikogo na widoku, tylko przez korytarz prowadzący do klatki schodowej biegł ślad przypominający brązowe gluty. Pudło też, na szczęście, zniknęło.
Oparłam się o drzwi, oddychając głęboko. Raz, potem drugi. I trzeci - wdech, wydech.
- Dobrze – powiedziałam do siebie. Mój głos wydał mi się jakiś nieswój, więc odchrząknęłam lekko i powtórzyłam nieco głośniej – dobrze, nic się przecież nie stało, Lulka. Bierz się do jakiejś twórczej pracy. Nie ma co się nad sobą roztkliwiać.
Posprzątałam przedpokój. Potem wyleciałam z mopem na korytarz, bo czułam się niejako winna tym plackom kociej karmy, które znaczyły posadzkę. Jeszcze któryś z kochanych wścibskich sąsiadów zrobi sobie krzywdę, kiedy nadepnie na to świństwo i dopiero wtedy mi się dostanie. A powinnam naprawdę zadbać o poprawę moich relacji z współmieszkańcami. Mając na uwadze powyższe względy, zmyłam wszystko. Sukienkę włożyłam do pokrowca, wcześniej wygładzając każdą najmniejszą nawet fałdkę. Ciągle w tym samym bojowym nastroju pomaszerowałam do kuchni, gdzie stanęłam nad rozgotowanymi nitkami, wciąż pływającymi w zmętniałej osolonej wodzie. Pomysł z zapiekanką odpadał z musu. Makaron nasiąkł już tak bardzo, że teraz nadawał się już tylko do wyrzucenia.
- Niech cię szlag, Konrad. Jak mogłeś? Niech cię szlag…- wyszeptałam. Zsunęłam się po śliskiej obudowie lodówki i schowałam twarz w dłoniach – niech cię, cholera jasna, trafi najprawdziwszy szlag za to, co mi zrobiłeś!
I w końcu się rozpłakałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz