niedziela, 25 listopada 2018

Lulka agent specjalny - czyli jak upaść jeszcze niżej w życiu

Jako, że wróciłyśmy gdzieś koło dziesiątej wieczorem, nie fatygowałam się, żeby jechać o tej porze do Niepołomic po koteczka. Ani tym bardziej nie byłam chętna na poznanie ostatnich pomysłów mamy. Dlatego też, niczym Scarlett, uznałam, że pomartwię się tym całym bałaganem jutro, kiedy będę świeża, pachnąca i wyspana, żeby z mężnie wypiętą klatą znieść niewątpliwe upokorzenie, jakie mnie czekało. Zapomniałam jednak, że nie tylko od członków własnej rodziny mogłam spodziewać się niezbyt miłych niespodzianek.
Telefon rozdzwonił się o drugiej nad ranem. Wiedziałam, która jest godzina, bo zegarek z podświetlaną tarczą był jedynym jasnym punktem w pokoju. Kładąc się spać, pozasuwałam story tak, że nawet najmniejszy promień latarni nie śmiał się przecisnąć do środka mieszkania. Teraz dwie wskazówki, ustawione na dwunastce i na dwójce, patrzyły na mnie szyderczo, potęgując moje wkurzenie na tego, kto ośmiela się dzwonić o takiej barbarzyńskiej porze.
Serio, dlaczego coś takiego spotyka właśnie mnie? Dlaczego nie mogę się nawet spokojnie wyspać?
- Halo…
- Jakże miło z twojej strony, że w końcu odebrałaś!
- Byłam na wakacjach…
Usłyszałam, jak ktoś po drugiej stronie wciąga głośno powietrze przez zaciśnięte wargi.
- Czy jest jakiś szczególny powód twojego telefonu o tak późnej porze, panie policjancie? Bo naprawdę ja nie nadaję się w tym momencie do rozmowy.
- Nic ci się nie stało?
- A czemu miałoby mi się coś stać? Jestem tylko zmęczona – na dowód moich słów ziewnęłam i to tak spektakularnie, że z pewnością nie miał powodów, żeby mi nie uwierzyć w to zmęczenie – jeśli chciałeś tylko dowiedzieć się, czy jestem cała i zdrowa, melduję, że tak. Z innymi rzeczami musisz poczekać do rana. Dobranoc.
- Czekaj, Ula…
No cóż, nie poczekałam. Zamiast tego nacisnęłam czerwoną słuchawkę i schowałam telefon pod poduszką, mając cichą nadzieję, że już tej nocy nie zadzwoni.
Pan policjant czekał cały weekend na zemstę, może poczekać jeszcze kilka godzin, korona mu za to z głowy nie spadnie.
Ach, jaka miękka jest podusia…

Zemsta policjanta Mirka dosięgła mnie prędzej, niż się tego spodziewałam. Naprawdę wredna zemsta. Ale czego innego mogłam się spodziewać?
Jadąc rano do pracy, zobaczyłam w tylnym lusterku światła policyjnych kogutów. Razem z innymi porannymi kierowcami szybko zjechałam na prawy pas, zostawiając środkowy dla radiowozów. Jeśli z samego rana policjanci tak gorliwie zabrali się do pracy, wyłapując piratów drogowych i innych wykolejeńców, to mogłam im tylko przyklasnąć takiej gotowości do czynu. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy policyjne koguty zatrzymały się tuż obok mnie. Na dodatek z jednego z radiowozów popłynęło zaproszenie nie do odrzucenia do zjechania na pobocze. Bardziej zaskoczona, niż cokolwiek innego, posłusznie zajęłam najbliższy wolny kawałek trawy. Po chwili moje małe autko zostało zastawione z przodu i z tyłu przez dwa radiowozy.
Jedno było pewne - dzisiejszy dzień nie zaczynał się dobrze. I tej świadomości też nie poprawiał fakt, że pozostali kierowcy, ostrożnie wymijając tę dziwaczną policyjną blokadę, patrzyli z ciekawością w moim kierunku, jakby spodziewali się ujrzeć jakiegoś poszukiwanego listem gończym po całym świecie przestępcę. No cóż, to nie zobaczą nikogo takiego. Co najwyżej dziewczynę, największego pechowca ostatnich miesięcy, wpatrującą się zbolałym wzrokiem w swojego prześladowcę, który właśnie wysiadał z jednego z radiowozów, na dodatek z obrzydliwie zadowoloną miną, zapewne wynikającą z faktu, że widzi moje nie najkorzystniejsze położenie.
Jak widać, ktoś tu poczuł się bardzo urażony w swojej dumie. I nie zna się na żartach.
- Możesz mi powiedzieć, co ma znaczyć ta cała obstawa? - zapytałam jedwabiście miłym tonem, bo wolałam nie drażnić bardziej lwa – tylko mi nie mów, że mam tak zajechać pod firmę. Może pracuję z przemytnikami, ale nie z idiotami, więc chyba się zorientują, że coś jest nie tak, kiedy przyjadę z asystą policyjną.
Jakby zupełnie mnie nie słysząc, policjant Mirosław uchylił czapki tym ruchem, który zdążyłam już znienawidzić. Nie miał na sobie munduru, co niewiele mnie pocieszyło. W tym niby zwykłym stroju, to jest jeansach i koszulce, z przewieszoną na smyczy odznaką, wcale nie sprawiał wrażenia bardziej przyjaznego. O minie nie wspomnę...
- Dziś po cywilnemu?
- Dzień dobry, kontrola drogowa, podkomisarz Gabriel. Wie pani, z jaką prędkością pani jechała?
- Co ty bredzisz? - zaśmiałam się, ale nawet ja słyszałam, że głos mi zadrżał - żarty się ciebie z samego rana trzymają...
- Poproszę dokumenty.
Zagapiłam się na niego w ciężkim szoku.
- Co proszę?
- Dokumenty, proszę pani. Ma je pani przy sobie?
- Dobrze, to już przestało być zabawne…Jechałam przepisowo...
- DOKUMENTY!!!
Zgrzytając ze złości zębami, podałam mu dowód rejestracyjny i prawo jazdy. Mój błąd. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.
- A teraz, droga pani, proszę wysiąść z samochodu...
Co tu się wyprawia, do cholery???
- ...i zapraszam do tamtego radiowozu.
No dobra, zaczęłam się coraz bardziej martwić, że ziółka miały większą moc, niż sądziłam. A ja będę mieć z tego powodu poważniejsze kłopoty, niż kiedykolwiek przyszłoby mi do głowy.
Podejrzenie o kłopotach zmieniło się w pewność, kiedy wsiadłam na tylne siedzenie jednego z podstawionych radiowozów, a pan Mirek, uprzednio zamknąwszy za mną drzwi, zajął miejsce z przodu. Hmmm, miałam przed oczami kratki...Niefajne uczucie.
- Proszę ściągnąć żakiet.
Roześmiałam się panu policjantowi w twarz, słysząc tę bzdurną prośbę. Czy rozkaz. Nieważne, i tak nie miałam zamiaru się mu poddawać.
Uśmiech jednak zamarł mi dosyć szybko na twarzy, kiedy do radiowozu wsiadła następna osoba, tym razem jakaś policjantka, która, przywitawszy się chłodno, usadowiła się obok mnie i powtórzyła stanowczym głosem prośbo-rozkaz o ściągnięcie żakietu.
- Rany boskie, wy naprawdę nie żartujecie!
Wycelowałam oskarżycielsko palec w Mirka – nie mogłeś mi powiedzieć wcześniej, że moja niby pomoc będzie opierać się na jakichś przebierankach? Jeśli natychmiast nie usłyszę wyjaśnienia, dlaczego niby mam świecić biustem w policyjnym radiowozie…I jeśli ta cała dzisiejsza akcja ma coś wspólnego z twoją zemstą, to...Co ja mówię, na pewno ma! I na takie bzdety idą pieniądze podatników, tak? Bo jakiś pan ważniak policjant nie zna się na żartach!
Przyznaję, nakręciłam się. No bo, dajcie spokój! Co to ma być?
Już nabierałam powietrza, żeby kontynuować swoją tyradę, kiedy policjantka zamajtała mi jakimś cieniutkim drucikiem przed oczami.
- A to co za ustrojstwo?
- Musimy założyć pani podsłuch. Tak na wszelki wypadek. Najlepiej, żeby był schowany pod ubraniem, więc proszę wreszcie zacząć współpracować i pozwolić sobie go założyć. Skoro tak pani się troszczy o to, żeby pieniądze podatników nie poszły na marne.
- Och…
- Podkomisarz Gabriel chyba wyjaśnił pani, na czym będzie polegać pani praca?
Uśmiechnęłam się złośliwie, przypomniawszy sobie pośpiech, z jakim pan Mirek opuszczał moje skromne progi.
- Nie za bardzo. Zresztą nie miał zbyt wiele czasu, bo bardzo się spieszył. Pewna sprawa wydawała się być niecierpiąca zwłoki...
Policjantka uniosła ze zdziwieniem brew, a siedzący z przodu Mirek dostał nagłego ataku kaszlu.
- No dobrze, proszę uważnie słuchać. I proszę się odwrócić w moją stronę, bo inaczej cała okolica będzie rzeczywiście miała doskonały podgląd na pani biust. Proszę rozsunąć żakiet, tylko trochę, o tak. I proszę tak go trzymać. Ma pani jakieś obawy przed dotykaniem przez inną osobę? Chyba, że pani chce, żeby to podkomisarz Gabriel zamontował nadajnik?
- Dziękuję za taką uprzejmość ze strony pana komisarza! Jeszcze by mnie przebił pan na wylot tym kabelkiem. Zresztą -zwróciłam się do pana siedzącego z przodu - może byś się tak odwrócił? I nie waż się zerkać w lusterko! Rany boskie, i czy możemy się trochę pospieszyć? Proszę mi w końcu powiedzieć, tylko tak w dwóch prostych słowach, co mam robić, bo za chwilę spóźnię się do pracy! Skoro twierdzicie, że ta cała akcja nie była przyszykowana dla mnie…
- Mogę zapewnić, że nie – policjantka zabrała się fachowo do pracy. Drucik, wsunięty zgrabnie za szelkę od stanika nie tylko był całkowicie niewidoczny, ale również zupełnie niewyczuwalny. I dobrze, bo już miałam obawy, że to ustrojstwo będzie mnie dźgać przez cały czas, kiedy będę go miała na sobie - radiowozy po prostu jadą na przegląd. Mamy serwis na tej trasie. A że i tak musieliśmy jakoś panią zatrzymać, więc zarządziliśmy małą kontrolę. Tak się złożyło, że pan podkomisarz jechał w jednym samochodzie, a ja i cała ta elektronika w drugim, dlatego nas tu tak dużo. Gotowe. I wy w końcu jesteście na „ty”, czy „pan”?
- Zależy, czy ten facet z przodu odpowiednio się zachowuje, czy bawi się w terrorystę. Mogę się już zapiąć? - z fotela przede mną dobiegł mnie cichy śmiech, który zignorowałam - I proszę powiedzieć w końcu, co mam robić jako ta wasza wtyka. Naprawdę w kilku słowach! O Boże, wiecie, która jest już godzina?
Skupiłam się na zapięciu żakietu tak, żeby nie uszkodzić aparatury pod nim i na tym, co przekazywała mi policjantka. Niby prosta robota. Mam po prostu chodzić niby żywy magnetofon i nagrywać wszystko, co tylko mogę. Mam mieć oczy i uszy szeroko otwarte na cokolwiek, co byłoby dla mnie dziwne lub nietypowe. Każde, nawet najmniejsze odstępstwo od normy miało być przeze mnie skrzętnie notowane i przekazane policji. I, oczywiście, miałam być przy tym tak naturalna, jak zawsze. Łatwizna, prawda?
- Po prostu rób to, co zazwyczaj. Nic więcej nie oczekujemy. Gdyby coś się działo, informuj mnie telefonicznie, zrozumiałaś?
Załapałam sprawę. I, trzeba przyznać, że troszkę zrobiło mi się wstyd, że oskarżyłam pana podkomisarza o chęć zemsty na mnie za tę nieszczęsną kawę z dodatkiem, nie mówiąc już o tym ignorowaniu jego telefonów. Widocznie postanowił mi odpuścić dla dobra sprawy. Miło z jego strony. Może pan policjant rzeczywiście nie jest taki zły. Może...
Pięć minut później zostałam ponownie zatrzymana. Tym razem przez taką prawdziwą kontrolę drogową, która prawdziwie zażądała dokumentów potwierdzających moje uprawnienia do kierowania samochodem. Zaprawdę, policji to ja już dziś miałam pod dostatkiem. Sięgnęłam do torebki, żeby okazać te przeklęte dokumenty, kiedy uświadomiłam sobie, że może być z tym mały problem, jako że wspomnianych dokumentów nie było. Prawdopodobnie leżały sobie gdzieś w okolicy pana podkomisarza Mirka. Któremu osobiście te dokumenty wręczyłam, idiotka i nie zażądałam ich zwrotu, kiedy odjeżdżałam. A teraz pan policjant Mirek, jak można było się spodziewać, nie odbierał moich telefonów. Więc jednak udało mu się odpowiednio mi podziękować za moje ostatnie zagrywki!
Nie miałam innej możliwości, żeby się nim skontaktować. Do głowy przyszło mi jeszcze, żeby wykorzystać podsłuch, ale tu nie byłam pewna, kto siedzi po drugiej stronie, a to, co miałam do powiedzenia panu Mirkowi, nie nadawało się dla postronnych uszu. Wolałam więc nie ryzykować. Jednym słowem, byłam zdana na łaskę i niełaskę policjantów, którzy z uśmiechem niemal od razu zabrali się za wypisywanie mandatu. I, co było równie oczywiste, nie pozwolili mi kontynuować jazdy do pracy. Siedziałam więc w ich radiowozie wściekła jak osa, patrząc, jak mandat uzyskuje moc prawną, nawet nie próbując wyjaśnić, gdzie się naprawdę podziały moje prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Jakoś wątpiłam, żeby uwierzyli, że jeden wredny pan, ich kolega, zabrał mi papiery. Na dodatek, żeby dokonać zemsty za głupi kawał z mojej strony.
Przyjechałam spóźniona do pracy o prawie godzinę. Tyle musiałam czekać, żeby pewien policjant, którego imienia nie będę nawet wymawiać, okazał łaskę i w końcu, po pierwsze, odebrał telefon, po drugie, przywiózł mi te cholerne dokumenty, bo inaczej jego koledzy, zapewne działając z nim w zmowie, nie pozwoliliby mi jechać dalej. Ale mandatu nie skasowali. Tak ku przestrodze, jak obłudnie powiedział mi Mirek, żebym nie zostawiała dokumentów byle gdzie. Bo ktoś może ich użyć przeciwko mnie. Na dodatek bezczelnie pogratulował kolegom z drogówki, że mnie zatrzymali! W mojej obecności!
Nie ma się więc co dziwić, że wpadłam do biura wkurzona jak nigdy. Na moje nieszczęście (jakby ten poniedziałkowy poranek nie był już wystarczająco kiepski), kiedy tylko zawitałam w biurowe pielesze, wpadłam centralnie na szefa, który nie omieszkał mi wypomnieć, o której to się powinno rozpoczynać pracę. I dołożył do tego jeszcze opiernicz za raport za trzeci kwartał, który, według niego, nie był kompletny.
Gdyby pan, szefie, umiał się odnaleźć w tym bajzlu, który ma pan na biurku, na pewno odnalazłby pan brakujące strony, to pewne! Albo, gdyby był pan milszy dla pracowników, to nie odchodziliby tak szybko (Dominika odeszła w zeszłym tygodniu, cała we łzach i frustracji, czemu, naprawdę, trudno się dziwić) i miałby kto zrobić w końcu porządek w dokumentacji w pańskim gabinecie!
Zgrzytając zębami, zabrałam się za codzienną robotę. Akurat był dzień zbiórki, chłopaki powracali z tras, więc zostałam niemal zawalona kwitami do tego stopnia, że nie było mnie prawie spoza nich widać. Patrzyłam zbolałym wzrokiem na to wszystko i jęknęłam w duchu. Jeśli policja myśli, że będę mieć czas, żeby odwalać swoją papierkową robotę i jeszcze do tego szpiegować, to stanowczo muszą sobie znaleźć jakiegoś innego jelenia do tego zadania. Ja po prostu nie dawałam rady.
Około południa rozćwierkała się moja komórka.
- Możesz mi powiedzieć, co ty wyprawiasz? Co miałaś robić? Od rana jedynym dźwiękiem, jaki mamy nagrany, to odgłos twojego siorbania kawy i tłuczenia w klawiaturę! Ulka, nie mamy czasu na coś takiego!
Z jakże wielką chęcią uświadomiłabym temu padalcowi, co sobie może zrobić ze swoim „nie mamy czasu”. Ja też go nie miałam! Ktoś musiał ogarnąć ten papierowy chlew i tym kimś byłam, niestety, ja.
Wymyślając sobie od idiotek, że zgodziłam się na tę całą akcję, a pewnemu policjantowi od najgorszych, zwlokłam się z krzesła i poszłam na zwiady. To znaczy udałam, że kilka rachunków mi gdzieś się zapodziało i przyszłam sprawdzić, czy aby przypadkiem chłopcy nie zostawili ich gdzieś u siebie. Naprawdę, bardzo marna wymówka, więc pewnie się zdziwią, kiedy naglę objawię się w garażach, ale nie miałam żadnego innego pomysłu, żeby nie powzięli od razu jakichś podejrzeń co do moich intencji. No co, nigdy nie twierdziłam, że będę dobrym podwójnym agentem. Teraz ci, którzy znajdowali się po drugiej stronie podsłuchu, mieli już pewność, że byłam najgorszym, jakiego tylko mogli zwerbować.
Pokręciłam się trochę między kierowcami, ale, jak dla mnie, wszystko tam było w porządku. Chłopaki, w liczbie dwunastu, bo pięciu jeszcze nie zjechało do bazy, na szczęście dla mnie niewiele sobie robili z mojej obecności, opowiadając sobie szczegóły z trasy, nie szczędząc przy tym takich perełek, jak na przykład gdzie i na którym odcinku można spotkać najlepsze, no wiecie, panie uprawiające najstarszy zawód świata. Wyszłam stamtąd bogatsza o wiedzę, która z pewnością nie będzie mi przydatna w życiu. Natomiast policji, jak widać, była potrzebna jak najbardziej. Nie zdążyłam nawet usiąść, kiedy dostałam smsa o bardzo nieuprzejmej treści, nakazującego mi w tej sekundzie podnieść tyłek z krzesła i wracać na posterunek przy kierowcach. Zignorowałam go. Naprawdę nie miałam powodu, żeby tam znów iść. Dopiero by się zdziwili, jakby mnie tam zobaczyli ponownie, czy to nie było oczywiste? Jak widać, nie dla policji. Drugi sms był jeszcze bardziej nieuprzejmy, jak pierwszy. Westchnęłam. Tym bardziej, że niemal w tym samym momencie dostałam wezwanie od szefa. Kwestia niepełnego raportu była ciągle nierozwiązana.
Boże, co za dzień!
Wydrukowałam szefowi drugi egzemplarz, ale to go nie uspokoiło. Przez kwadrans grzmiał mi nad głową na temat mojej niekompetencji (jakby to była moja wina, że część raportu nagle dostała nóg) i olewającego stosunku do obowiązków. W sumie, nic nowego, bo szef nigdy nie doceniał niczyjej pracy, ale jakoś nie było mi miło, że dzisiejszej pogadance na mój temat przysłuchiwały się osoby trzecie. Tym bardziej, że szef okazał dziś chamstwo większe, niż zazwyczaj, bo rzucił mi tym świeżo wydrukowanym raportem w twarz i kazał go poprawić, bo jego zdaniem, jest nadal niekompletny, ale również błędny. Ponoć nie uwzględniłam wszystkich kosztów, bo u niego znalazły się jakieś niepopłacone rachunki. A skąd ja mogłam wiedzieć, że u tego tyrana są jeszcze jakieś rachunki do zapłacenia? Co ja, wróżka?
Ot, codzienne uroki pracy w naszej kochanej firmie…
A jeśli mam uniknąć kolejnej pogadanki z szefem i stworzyć mu ten poprawiony raport, a przy tym bawić się jeszcze w obserwatora incognito, to chyba wymagają ode mnie trochę za dużo.
I tak napisałam panu Mirkowi. Że kończę współpracę. Natychmiast. Nawet dodałam, że jest mi przykro. Nie było w moim interesie szkodzić polskiej policji, ale chyba mieli jeszcze jakieś inne sposoby na złapanie tej całej narkotykowej szajki, niż tylko przy pomocy mojej skromnej osoby. Zresztą sami widzieli, że nie było ze mnie zbyt wielkiego pożytku. Więc po prostu napisałam rezygnację. Oficjalnej umowy nie było, więc forma esemesowa chyba też powinna ich zadowolić. I naprawdę myślałam, że to wystarczy. Byłam już nawet pogodzona z myślą, że rzeczywiście policjant Mirek nie odgrażał się bezpodstawnie i faktycznie będę mieć jeszcze na głowę tę całą blondynkę z baru, ale było mi już wszystko jedno.
Od teraz myślę o sobie. O spokoju. O nowym mieszkaniu i o nowej pracy, jak się uda znaleźć coś podobnego. Bo ja naprawdę lubiłam te wszystkie twórcze rozliczenia, jak to nazywał Konrad. Tylko nie z takim szefem, oczywiście.
Muszę jeszcze tylko oddać to całe elektroniczne cudo, wpięte w stanik, nagrywające sobie w najlepsze. I będę wolna…
Nie przewidziałam tylko, że ktoś tu był bardzo uparty.
Ta potwornie uparta osoba stała sobie nonszalancko oparta o mój samochód, kiedy o zwykłej porze wyszłam z biura, na dodatek dźwigając cały miesięczny kosztorys do ponownego sprawdzenia razem z tymi cudownie odnalezionymi rachunkami od szefa. Wiem, wygodniej byłoby mi zostać po godzinach. Niestety szef nawet nie chciał o tym słyszeć, a robota musiała być wykonana, więc byłam zmuszona wziąć pracę do domu. Jakże miło, nieprawdaż?
- Jak chcesz, naślę na tego twojego przyjemniaczka szefa kontrolę z inspekcji pracy. Naprawdę by mu się przydała.
Zignorowałam pana policjanta i otworzyłam drzwi samochodu, żeby wrzucić na tylne siedzenie dokumenty. Teczka, w której je niosłam, tym razem nie wytrzymała i papiery rozsypały się na wszystkie strony, niczym biały deszcz. Zaklęłam.
- Mówię poważnie. Podobnie jak ZUS, kontrola skarbowa, co tylko chcesz. Będziesz mieć frajdę, jak twój szef będzie się motał, próbując sam to wszystko ogarnąć. Fajna perspektywa, nie?
Zatrzasnęłam drzwi i spojrzałam w końcu na tego policyjnego dręczyciela.
- Nie potrzebuję takiej dobroci z twojej strony. I mówiłam, że rezygnuję. Gdzie jest ta policjantka, która rano zakładała to urządzenie do podsłuchu? Wolę go sama nie wyciągać, bo jeszcze coś popsuję.
Znając moje szczęście, na pewno popsuję. A potem policja jeszcze mnie oskarży o niszczenie mienia państwowego...
Szarpnęłam klamką, żeby otworzyć drzwi od strony kierowcy, ale Mirek był szybszy. Jego wielki bucior skutecznie mi uniemożliwił realizację moich placów.
- Puść.
- Nie, póki nie powiesz, że nadal będziesz dla nas pracować.
- Już wszystko napisałam i nie zmienię zdania. Puść te drzwi! Mam ci to bardziej dosadnie wytłumaczyć?
Równie dobrze mogłam się wydzierać na drzewo, żeby samo się przesunęło. O matko, co za uparciuch!!!
- Miej na uwadze, że jeśli zrobisz teraz scenę, to nie pomoże to ani tobie, ani nam. Więc uspokój się, zanim wszyscy dokoła cię usłyszą, co? Udawaj przez moment, że nie chcesz mnie zabić, tyko że rozmawiamy jak para dorosłych ludzi…
- Skończyłeś? - ponownie szarpnęłam klamką, ale ani drgnęła, przytrzymana potężną policyjną stopą. Zgrzytnęłam zębami – Naprawdę nie mam czasu na te twoje gierki. Śpieszę się.
- Wiedziałem, że będziesz chciała mi stąd zwiać najszybciej, jak się tylko da i potem będę szukał wiatru w polu i się, cholera, niewiele pomyliłem, jak widać.
No cóż, miał rację. Prosto z pracy miałam plan, żeby pojechać do Anki i tam przeczekać policyjne zainteresowanie moją osobą. Ale przecież nie przyznam się panu podkomisarzowi, bo wtedy w życiu mnie nie spuści z oczu, zanim się nie zgodzę dalej kontynuować współpracy.
- Dobra, chodź, zrobimy niedźwiadka. Żeby pokazać tym wszystkim zainteresowanym, którzy nas teraz podglądają...
- Chyba śnisz!
Pokręcił głową z tym uśmieszkiem, który tak mnie denerwował.
- Tak myślałem, że się nie zgodzisz. Szkoda…Jeśli nie niedźwiadek, to wsiądź do samochodu, Ula. Proszę cię. Porozmawiamy gdzieś, gdzie nie będziemy obserwowani z każdej strony. Więc bądź grzeczną dziewczynką i choć raz nie protestuj. Zobacz, nawet zabawię się w dobrze wychowanego człowieka…
- Jasneee…
- ...i otworzę ci drzwi. Nie rozumiem, dlaczego wątpisz w moje umiejętności dostosowania się do sytuacji. Gdyby było to konieczne, to zrobiłbym dużo więcej, szczególnie z tobą, żeby przekonać tych, którzy nas tak wnikliwie obserwują, że…
- Dobrze, proszę cię, nie kończ. Wsiądę do tego samochodu!
Ok, i tak musieliśmy jakoś się stąd wynieść. Jako, że Mirek zjawił się tu chyba na piechotę, jak mniemałam, jasne było, że musi jechać ze mną. Westchnęłam i usiadłam na fotelu pasażera, oddając niechętnie kluczyki w policyjne ręce. Pod tym względem byłam podobna do Anki - nienawidziłam, kiedy ktoś inny jeździł moim autkiem. Nawet Konradowi rzadko na to pozwalałam. Tym razem musiałam jednak poddać się wyższej konieczności.
- Gdzie masz swój samochód? - zapytałam, kiedy tylko ruszyliśmy. W oknach biura odbijały się postacie, wpatrujące się w mój oddalający się samochód. Poczułam lekki skurcz w sercu. Rację miał pan policjant, że mieliśmy niezłą widownię. A ja miałam pełną świadomość, że jutro będę musiała jakoś się wyłgać z obecności faceta czekającego na mnie po pracy. Głupia ja w przypływie szczerości powiedziałam współpracownikom, że rozstałam się z Konradem, co zostało puszczone w obieg niemal błyskawicznie i omówione bardzo szeroko w naszym firmowym gronie. Nie ma opcji, że mi jutro darują i przejdą do porządku dziennego nad obecnością jakiegoś nowego faceta przy moim boku.
- Nie słyszałaś, jak ta policjantka mówiła rano, że radiowozy pojechały na serwis? Mój też. A prywatny został pod mieszkaniem. Koledzy z drogówki byli tak mili, że mnie tu podrzucili i zostawili na pastwę twojego dobrego serca. Dlatego będziesz musiała być też miła i mnie odwieźć. Rany boskie, jak tu mało miejsca. Musisz jeździć z kolanami pod brodą?
Widok takiego wielkiego faceta w mojej karocy był, co tu dużo mówić, nietypowy. Biedak próbował się jakoś zmieścić za kierownicą, z marnym rezultatem.
- Masz ochotę na kawę? Naprawdę musimy pogadać.
- Kawa nie jest potrzebna…
- A ja myślę, że jak najbardziej. Tylko nie taka, którą doprawisz jakimś paskudztwem.
Poziom wstydu za moje szczeniackie zachowanie niepokojąco się pogłębił.
- Przepraszam za to. Nie wiem, co mnie wtedy podkusiło. Ale kawy i tak nie chcę.
- No to herbata.
Westchnęłam ze słabo maskowanym zniecierpliwieniem.
- Mówił ci już ktoś, że jesteś najbardziej wkurzającym przedstawicielem rodzaju męskiego, jaki stąpa po ziemi? Jeśli nie, to ja ci to mówię. Nie zmienię zdania. Zresztą, sam widzisz, że na niewiele się wam dziś przydałam. Nie mam doświadczenia ani czasu na zabawę w podwójnego agenta.
- Właśnie dziś, dzięki tobie, potwierdziliśmy, że jeden z waszych kierowców znajdował się w miejscu, gdzie doszło do przekazania towaru. A to jest, między innymi, coś, co bardzo nam pomoże namierzyć resztę. Więc nie byłaś wcale tak bezużyteczna, jak sądzisz.
Gdyby powiedział, że mój szef jest miłą osobą, mniej bym się zdziwiła. I przeraziła też.
- Który? Który z nich?
- Przecież wiesz, że nie mogę ci powiedzieć. Tajemnica śledztwa. Poza tym zdążyłem cię poznać wystarczająco, żeby być pewnym, że gdy tylko byś usłyszała jego nazwisko, nie umiałabyś się powstrzymać i nawrzucałabyś mu co nieco za taką działalność. A tego na tym etapie wolelibyśmy uniknąć.
Zmilczałam tę ewidentnie niemiłą szpilkę skierowaną w moją stronę, ale inna rzecz bardziej mnie ciekawiła.
- Jak wam się udało cokolwiek ustalić, skoro oni rozmawiali tylko o prostytutkach? Przynajmniej ja tyle z tego zrozumiałam, że o nich rozmawiali. Ku mojemu zażenowaniu. Czy tego też nie możesz mi powiedzieć?
- Nie mogę, ale powiem ci jedno. Panie uprawiające najstarszy zawód świata również pracują zmianowo i rutynowo.
- Och...Już rozumiem. Prześledziliście ich drogę po grafikach dziwek, tak? No cóż, faktycznie.
- Chwytasz istotę rzeczy. I co, nadal uważasz, że nie przysłużyłaś się sprawie?
- Nie.
Kłóciliśmy się całą drogę. To znaczy, Mirek próbował mnie namówić, używając różnych argumentów, a ja warczałam na niego, żeby się w końcu zamknął i dał mi spokój. Słowo daję, napalił się na tę naszą współpracę jak dzik na szyszki i teraz ciężko było go od tego odwieźć.
- A tak z innej beczki. Kiedy mam się spodziewać pisma oskarżającego o pobicie? Możesz przekazać tej blondi serdeczne pozdrowienia ode mnie z zapewnieniem, że niedługo się zobaczymy. W sądzie.
Mirek popatrzył na mnie dziwnie.
- Naprawdę uwierzyłaś, że byłbym takim skurczysynem, który cię wplącze w coś takiego? A nawet, jakbyś musiała się stawić w sądzie, to każdy sędzia by cię uniewinnił, na dodatek z palcem w nosie!
- No cóż, nie byłam tego taka pewna, szczególnie, kiedy przedstawiłeś sprawę w tak sugestywny sposób. Gdybym wtedy choć podejrzewała, że to kawał, to w życiu bym się nie zgodziła na tę całą akcję wywiadowczą. Także możesz sobie pogratulować, że tak dobrze podziałałeś na moją wyobraźnię. Zapewniam, że bardzo realistycznie wyobraziłam sobie siebie oskarżoną o bardzo niefajne rzeczy! I tylko dzięki temu macie dzisiejszy sukces. Pierwszy i ostatni, o ile będę mieć w tej sprawie coś do powiedzenia!
Nie odezwałam się więcej. Nie było wspólnej herbaty. Zamiast tego Mirek odwiózł mnie na parking na najbliższy Orlen, gdzie czekała już znajoma policjantka, która pozbawiła mnie tego całego podsłuchu.
I na tym powinien się zakończyć ten pechowy rozdział mojego życia. A ja powinnam wreszcie odetchnąć od takich przygód i skupić się na sprawach naprawdę ważnych, szczególnie dla mnie. Przede wszystkim na skończeniu raportu dla szefa.
- Ula, no proszę cię…
Zostawiłam Mirka z bardzo proszącym wyrazem twarzy, za to w towarzystwie znajomej policjantki i ruszyłam z piskiem opon spod tego Orlenu, tak szybko, jak no to pozwalały przepisy, oczywiście. Jakoś nie miałam ochoty, żeby powtórzyła się sytuacja z dzisiejszego poranka. Czy to naprawdę było dziś rano? Wydawało mi się, że całe wieki temu.
Jechałam obwodnicą i starałam się zdusić jakieś dziwne, wręcz niepokojące uczucie gdzieś wewnątrz mnie. Coś jak wyrzuty sumienia. Kazałam im się zamknąć. Akurat wyrzuty sumienia były czymś, czego miałam do tej pory w takim nadmiarze, że wystarczy mi ich do końca życia.


Kiedy następnego ranka jechałam do pracy, niewyspana jak chyba jeszcze nigdy w życiu, bo do drugiej nad ranem siedziałam nad tymi diabelskimi papierami, znów zostałam zatrzymana. Sytuacja była tak absurdalna, a ja tak zmęczona, że po prostu roześmiałam się, kiedy zobaczyłam Mirka wyłaniającego się z jednego z dwóch radiowozów i zmierzającego w moim kierunku.
- Czy mi się zdaje, czy coś takiego już nie miało miejsca? Nie dalej jak wczoraj? Ty naprawdę nie umiesz przyjąć do wiadomości pewnych rzeczy, panie władzo.
Trochę mało elegancko ziewnęłam mu prosto w twarz.
- Słuchaj, naprawdę nie mam ochoty się z tobą kłócić z samego rana…Ej!
Nie czekał na zaproszenie, tylko wparował do mojego samochodziku i ulokował się na siedzeniu pasażera. Nie miałam czasu na jakiś gorętszy protest, bo w tym samym momencie spłynął na mnie deszcz papierów.
- Co to ma niby być?
- Te pierwsze, to mieszkania do wynajęcia. Do wyboru, do koloru, małe i większe, jakie sobie tylko zamarzysz. I, co najlepsze, na wszystkie z pewnością będzie cię stać. Nie zapominaj, że znam wysokość twojej pensji.
- Czyś ty oszalał?
- Nie, ale muszę znaleźć jakieś bardziej przekonywujące argumenty, żebyś dalej z nami pracowała. Pomyślałem, że zacznę od mieszkania.
Przyznaję, zatkało mnie. I, prawdę powiedziawszy, z trudem się powstrzymałam, żeby nie otworzyć pierwszej z brzegu oferty. Zobaczyłam tylko kawałek zdjęcia, na którym było widać balkon. Dwa razy większy, niż mój obecny. Znałam mniej więcej rynek mieszkaniowy w Krakowie i wiedziałam, jakie ceny mają mieszkania z balkonem. I niby na coś takiego było mnie stać?
- To bardzo...miło z twojej strony, że się tak trudziłeś, ale…
- A pod spodem, w tej drugiej teczce, masz propozycje pracy. Lepiej płatnej, a na pewno z lepszym szefem. Na podobne stanowisko, jak to, które teraz zajmujesz. Gdybyś chciała coś innego, myślę, że też dałoby się załatwić, tylko nie od razu.
Zagapiłam się w ciężkim szoku na faceta, który siedział obok mnie z bardzo poważnym wyrazem twarzy. Czego, jak czego, ale tego to się nie spodziewałam. Ale pan policjant nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Na całą tę stertę dobroci z jego strony spłynęło jeszcze jedno małe pisemko, w którym rozpoznałam wczorajszy mandat. Chyba on nie zamierza…?
O tak, zamierzał. Po prostu złapał w dwa palce ten świstek i patrząc mi prosto w oczy, dokonał na nim aktu dewastacji, drąc go na pół, a potem jeszcze na pół i potem znów na pół, aż w końcu mandat zaczął przypominać sieczkę.
- Wow…
Tyle tylko udało mi się powiedzieć. Przyznaję, byłam w szoku.
- Czy teraz przynajmniej rozważysz naszą dalszą współpracę?
- To niesprawiedliwe – powiedziałam dziwnie piskliwym tonem – doskonale wiedziałeś, że nie oprę się nawet jednej z tych rzeczy. A tu są aż trzy! Boże drogi, naprawdę nie wiem, czy mam ci podziękować, czy cię ochrzanić za takie próby manipulacji.
- Ochrzaniać albo dziękować możesz później, teraz tylko powiedz, że się zgadzasz. Oderwałam zachwycony wzrok od tych skarbów, leżących na moich kolanach i zerknęłam na Mirka podejrzliwie.
- Wiesz, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nie każdy potencjalny policyjny pomagier może się szczycić tym, że znajdują mu mieszkanie i pracę. O kasacji niewygodnych mandatów nie wspomnę. Mogę wiedzieć, czemu ja jestem tak nietypowo traktowana?
- Nie. Zgadzasz się?
Ta odpowiedź bardziej mi już przypominała Mirka wredotę. Westchnęłam.
- Już mówiłam, za choć jedną z tych rzeczy dałabym się pokroić. Naprawdę marzyłam o znalezieniu nowego mieszkania i nowej pracy. Tylko jakoś ciężko mi się było do tego zabrać.
- Jak już się zdecydujesz na jakieś mieszkanie, to pomogę ci w przeprowadzce. Daj tylko znać, kiedy.
- Jezu, Mirek, wariacie…
- Naprawdę mi na tym zależy. Zresztą, chyba już zdążyłaś to zauważyć. Czyli co, mogę powiedzieć szefowi, że wracasz do gry, tak?
Skinęłam powoli głową. No dobra, takie zacięcie jest warte nagrody. Wolałam się nawet nie zastanawiać, co musiał zrobić i jak się natrudzić, żeby zdobyć dla mnie te dane, które teraz ściskałam kurczowo w ramionach. Musiał spać jeszcze mniej, niż ja.
Powiedział, że mu na tym zależy. Niespodziewanie, zaciekawiło mnie to. Czemu aż tak chce, żebym im pomagała? Czy po prostu faktycznie widzi w tej naszej współpracy jedyną formę załatwienia sprawy przemytu narkotyków? Jakoś w to wątpiłam. Więc, dlaczego?
- Dobrze mi się z tobą gawędzi, Ula, ale czy przypadkiem nie musisz jechać do pracy? Zobacz, która godzina.
- O rany, rzeczywiście – otrząsnęłam się z nieco dziwacznych rozmyślań i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Nagle coś mi się przypomniało – a nadajnik? Gdzie ta policjantka?
- Dziś ja pobawię się w speca od efektów dźwiękowych. Nie ruszaj się.
Pisnęłam, kiedy Mirek pochylił się nade mną i, zanim zdążyłam się zastanowić nad tym, co robię, już dostał po łapach.
- Hola, gdzie te ręce?
- Chciałem tylko przypiąć ci mikrofon. Co ty sobie wyobrażasz?
Co sobie wyobraziłam, to moje, ale na pewno nie podzielę się tymi wyobrażeniami z panem policjantem! Rany boskie, chyba naprawdę musiałam być wyposzczona! Tym bardziej, kiedy okazało się, że pan policjant wcale nie zamierzał mnie jakoś napastować na siedzeniu mojego własnego samochodu.
W jego wielkiej dłoni dostrzegłam coś świecącego. Mała, w kształcie biedronki, błyskotka rozbłysła jak żywa, kiedy padły na nią promienie porannego słońca. Zachwyciłam się. No co, byłam tylko kobietą!
- Jaka śliczna! Nie mów, że to maleństwo to właśnie mikrofon.
Mirek odwrócił biedronkę tak, że teraz zobaczyłam maleńkie nadajniki, niby czułki, wystające z malutkiego owadziego tułowia.
- To maleństwo, jak go nazywasz, ma dużo większy zakres działania, niż ten mikrofon z wczoraj. Teraz wystarczy, że staniesz przy otwartym oknie, a nasi panowie będą na przykład siedzieli pod nim i rozmawiali. Usłyszymy wszystko.
Mirek delikatnie przyczepił uroczą biedroneczkę do klapy marynarki, którą miałam dziś na sobie.
- Mogę to robić sama.
- Nie ruszaj się, bo cię dźgnę!
Zaniechałam protestów, żeby uniknąć dziury w ciele, ale także, żeby nieco uspokoić serce, które nagle zaczęło pikać w rytmie, który nie bardzo mi się podobał. Na szczęście Mirek chyba tego nie słyszał, co więcej, chyba dla niego nic specjalnego się nie działo, bo dokonawszy przypięcia, odsunął się ode mnie z zadowolonym wyrazem twarzy.
- No, gotowe. Tylko nie zgub, bo za ten sprzęt odpowiadam własną głową. Niby to ustrojstwo ma GPS-a, ale nigdy nie szukałem czegoś, co ma tylko kilka centymetrów długości i wolę tego nie robić dzisiaj.
- Postaram się…
Z biedroneczką na piersiach pojechałam do pracy, zostawiając Mirka na drodze. Obiecał, że przynajmniej dziś powstrzyma się od pisania tych wkurzających smsów, ale kto go tam wie…
Zgodnie z ustaleniami, zaraz po przyjeździe, otworzyłam okno od strony magazynów, symulując od samego rana napady duszności przed zdziwionymi kolegami. Zazwyczaj byłam największym zmarzluchem w biurze.
- Duszno ci, Ulka? Trochę za wcześnie na menopauzę u ciebie. Choć mówią, że teraz dotyka coraz młodszych.
Uśmiechnęłam się słodko do naszej kadrowej.
- Nie, po prostu chcę wywietrzyć twoje perfumy. Trochę za ciężkie do biura, nie uważasz? Chyba, że chciałaś się tak bardzo pochwalić ostatnim prezentem od przyjaciela...Powiedz mu, żeby następnym razem wybierał nieco lżejsze kompozycje zapachowe.
- Ktoś tu jest zazdrosny?
- Błagam, Kasiu, nie rozśmieszaj mnie. Że niby ja?
- Tak, ty, Ulka. Na przykład o to, że ja przynajmniej mam jakieś życie prywatne, w przeciwieństwie do ciebie. I tak zwanego przyjaciela. Serio, Ulka, czepiasz się. Odkąd rozstałaś się z Konradem, zdziwaczałaś do reszty. Stanowczo trzeba ci faceta.
- No co ty nie powiesz...
- Kaśka, to ty niedoinformowana jesteś – do mojego biurka podszedł Michał i z zadowoloną miną usiadł na blacie, w bezczelny sposób robiąc mi groch z kapustą w papierach – oj, bardzo się zdziwisz, jak usłyszysz najnowsze wieści...
- Zabieraj mi stąd tyłek, Misiek! Ile razy prosiłam, żebyś się tak nie sadowił mi na biurku!
Kaśka momentalnie podniosła głowę znad swojego kubka z kawą, kiedy dotarło do niej to, co powiedział nasz informatyk, a ja jęknęłam w duchu.
- Czekaj, czekaj, Michał, czyżby nasza biurowa zakonnica kogoś poznała? Skąd wiesz?
- Gdybyś wychodziła z pracy o tej porze, o której powinnaś, to teraz nie wytrzeszczałabyś z ciekawości tych twoich ślepaków – drań roześmiał się z miny Kaśki, niepomny na to, że ode mnie dostał kopa pod stołem. Na pewno go poczuł, ale zignorował. Zaprawdę, a mówią, że to kobiety są większymi plotkarkami… - wczoraj ten królewicz podjechał po naszą Ulę po pracy. Każdy go widział. Oczywiście, poza tobą, Kasiu. Jak mówiłem, peszek, że nie poczekałaś do końca zmiany. Jaką tym razem ściemę wcisnęłaś szefowi? Że zalało ci mieszkanie?
Ha! Musiała być nadzwyczaj przekonująca, skoro szef się nabrał na coś takiego. Wolałam się nie zastanawiać, jak bardzo. Ani jakich sfer mogło to przekonywanie dotyczyć. Każdy zresztą w biurze widział, że pan Janusz jakoś nigdy na Kasię nie wrzeszczy. Konkluzja nasuwała się sama i była zbyt odrażająca, żebym mogła ją kiedykolwiek powiedzieć na głos. Ale każdy sobie rzepkę skrobie i jak sobie pościele, tak się wyśpi. Skoro Kaśka lubi leżeć na szefowskim materacu…
- Nie twój interes, co powiedziałam szefowi. Miałam sytuację kryzysową, jasne?
- Oczywiście, Kasiu, jasne jak słońce. Współczuję ci serdecznie. A tobie, Uleczko, gratuluję, mówię ci, ten facet jest pierwsza klasa! Gdzie przygruchałaś sobie takiego przystojniaka?
Cholera, a myślałam, że jednak mi odpuści...
- Kaśka dobrze ci powiedziała, nie twój interes! I won mi tym zadem z mojego biurka!
- No nie bądź taka, pochwal się. Skąd go znasz? Zobacz, jak Kasi świecą się oczka, bo jest tego też ciekawa...
- Zdaje mi się, że to indywidualna sprawa, co kto robi po pracy, więc, że tak powiem, gówno wam do tego, kto to był i gdzie go poznałam.
- Oooo, czyli to ktoś na poważnie. Nie nakręcałabyś się tak, gdyby to była tylko jakaś przygodna znajomość…
Nie miałam zamiaru wdawać się w jakieś dywagacje na temat moich potencjalnych poważnych, lub niepoważnych związków. Tym bardziej nie przed kolegami z pracy.
- Dajcie wy mi święty spokój! Mówiłam, figę wam powiem, więc mnie nie męczcie. I wypad stąd, bo mam robotę!
Zakopałam się w papierach, starając się zignorować dwoje ciekawskich, boleśnie świadoma, że Mirek również musiał wszystko słyszeć. I jakoś nie byłam z tego powodu zbyt szczęśliwa. No dobra, brzydkim go nazwać nie mogłam. Ale znając go, lepiej nie utwierdzać go za bardzo w przekonaniu, że stanowił taki łakomy kąsek. Jeszcze go wbije to w dumę, czy coś…
Mirek dotrzymał słowa i przez cały dzień nie dostałam ani jednego wkurzającego smsa. Żeby się mu odwdzięczyć za tę niespotykaną uprzejmość z jego strony, często robiłam sobie przerwy i kursowałam po całym biurze i dolnych kondygnacjach. Jeśli to malutkie coś wpięte w klapę mojej marynarki miało faktycznie taki zasięg, to dzisiaj żadna przeprowadzona w budynku rozmowa nie była odpuszczona. Podobnie jak inne odgłosy, na przykład toaletowe. Ugh…
Czasami nie zazdrościłam im tej policyjnej roboty.
- I jak? Dowiedzieliście się czegoś nowego?
To było już po pracy. Zajechałam na znajomy mi Orlen, gdzie już oczekiwał na mnie komitet powitalny, złożony z podkomisarza Gabriela i również znajomej mi policjantki. Chyba dzisiejszy dzień był więcej, niż udany. Gdyby nie uszy, uśmiechy mieliby dokoła głowy.
- Nie możemy powiedzieć…
- Oj, nie bądźcie tacy! Nie wygadam się, obiecuję. Choć widzę, że było dobrze, bo macie podejrzanie dobre humory. To jak, sukces?
Mirek podsunął mi styropianowy kubeczek z kawą.
- Skoro widzisz, że dobry humor jest, to ta wiedza powinna ci wystarczyć do szczęścia. Nic więcej się nie dowiesz. Ale, żebyś nie była taka rozczarowana, to powiem ci, że szef jest z ciebie bardzo zadowolony. A jak szef jest zadowolony, to znaczy, że sukces był jak najbardziej.
- No powiedz!!! Szczegóły, Mirek!
- Nie.
A to menda! Spojrzałam prosząco na policjantkę, majstrującą zapamiętale przy nadajniku, który chwilę wcześniej odpięła od mojej marynarki.
- Pani też nie uchyli rąbka tajemnicy?
Policjantka uśmiechnęła się lekko i wskazała na Mirka.
- Niestety, on tu rządzi. Jeśli mówi, że nie wolno, to nie wolno.
Ok, nie, to nie. Nieco urażona, bo w końcu przecież chodziło o coś, w czym tkwiłam dość głęboko, a ci nieużyci policjanci nie chcieli mi nic powiedzieć, upiłam łyk kawy i zapatrzyłam się w okno. Moja mina musiała być bardzo wymowna, bo Mirek westchnął.
- Przestań, Ulka. Naprawdę, im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. I dla nas też. Po prostu rób dalej to, co do tej pory. Z tego wywiązujesz się wręcz koncertowo. A resztę roboty zostaw tym, którzy się na tym znają lepiej. I nawet nie próbuj prowadzić jakichś akcji na własną rękę. Mam wystarczająco na głowie, żeby jeszcze martwić się o twoje bezpieczeństwo, jasne?
- Dobra, dobra, rozumiem.
Rozumiałam aż za dobrze. Ale nie znaczyło to, że mi się to podobało.
I pan policjant tak bardzo się o mnie martwił, tak? Ciekawe…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz