Właściwie, można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od tych cholernych telefonów.
Nie jest na pewno szczytem mądrości obwiniać o rozpad mojego życia zwykły aparat telefoniczny. Przecież nie zrobił nic złego, tylko zadzwonił. Po to są telefony. Żeby dzwonić. Ale nie o drugiej w nocy i to akurat wtedy, kiedy Konrad właśnie wrócił z pracy w barze i zdradzał ochotę na tak zwane niecne uczynki.
Nie to, że miałam coś przeciwko takiej niecnocie. Bycie obudzonym w środku nocy przez pachnącego świeżością po wcześniejszej wizycie pod prysznicem oraz miętową pastą do zębów faceta, z którym planowałam wspólne życie nie było niczym nieprzyjemnym. Wręcz odwrotnie. I właśnie wtedy rozdzwonił się telefon.
Według Konrada melodia w naszym stacjonarnym telefonie ( Konrad skusił się na niego, prawdę powiedziawszy nie wiem, po co, w pakiecie z telewizją i internetem, że niby wychodziło taniej) przypominała marsza żałobnego. Teraz ten marsz przeszkodził nam w bardzo, ale to bardzo intymnym momencie i wcale mnie nie zdziwiło, że mój luby wysyczał przez zęby wyjątkowo brzydkie słowo. Niewątpliwie właśnie przeklinał swoje sknerstwo, które skłoniło go do zainstalowania tej piekielnej maszyny w naszym mieszkaniu.
- Nie odbieramy – wydyszał gdzieś w okolice mojego ucha, któremu od dłuższej chwili poświęcał sporo uwagi – gówniarze oszołomy, pewnie się bawią po nocy, albo to znowu Tomek, nie może znaleźć kluczy, albo nie ma podwózki. A ja nie jestem takim łosiem, żeby robić za jego prywatnego kierowcę. Po cholerę zresztą podawałem mu ten numer, jak rany...
I na tym sprawa chwilowo znalazła swój finał. Telefon umilkł po piątym sygnale, a my wróciliśmy do swoich, niewątpliwie przyjemnych, działań łóżkowych.
Po dwóch minutach telefon zadzwonił znowu.
- A jeśli coś się naprawdę stało? No wiesz, nikt bez powodu nie dzwoni o takiej porze. Konrad, odbierz.
- Nie.
- No to ja odbiorę – trochę już rozzłoszczona jego uporem, sama wygrzebałam się z pościeli i sięgnęłam po słuchawkę – nawet jeśli to Tomek, to chyba warto choć posłuchać, o co chodzi.
- Ma komórkę i numer do taxi, do cholery! Musisz się nad nim tak litować? To duży chłopiec, Lulka, poradzi sobie.
Znów usłyszałam brzydkie słowo i dłoń Konrada wystrzeliła w stronę nocnej szafki, skutecznie wyprzedzając moją w wyścigu do aparatu.
- Nie cierpię, kiedy zachowujesz się jak jakiś mały, rozpuszczony bachor – mruknęłam, kiedy przeklął po raz trzeci, tym razem z powodu strącenia szklanki z wodą, stojącej na nocnym stoliku. Chlupot wody i brzęk tłuczonego szkła rozbrzmiał wyjątkowo głośno, szczególnie, że telefon zamilkł niemal w tej samej sekundzie.
Wiedziałam, co teraz będzie. Na pewno koniec z pieszczotami. Patrząc na naburmuszoną minę mojego chłopaka, straciłam całkowicie ochotę na jakiekolwiek tetatety. Konrad chyba tak samo, sądząc po jego postawie. Leżał, z założonymi rękami, i z wyżej wspomnianym naburmuszeniem na twarzy, na dodatek wcale się nie paląc do tego, żeby posprzątać ten bałagan na podłodze, który uczyniła stłuczona szklanka. Westchnęłam i ostrożnie, żeby nie stanąć bosą stopą na szkło, zaczęłam szukać kapci, które, według mej wiedzy, powinny znajdować się przy łóżku, gdyż osobiście je tam umieściłam. Właśnie, powinny. Pomacałam głębiej. Hmmm, dalej pustka. Zgrzytnęłam zębami. Brak kapci na swoim miejscu o drugiej nad ranem, po niespełnionym akcie seksualnym może też wywołać atak frustracji. Albo przynajmniej rozdrażnić człowieka, bez względu na to, czy jest to kobieta, czy mężczyzna.
Ja właśnie byłam taką rozdrażnioną kobietą. Sięgnęłam ręką, najdalej jak tylko mogłam, pod łóżko. Klapek nadal ani śladu. Za to natrafiłam na starą skarpetkę. A to podobno ja jestem większą fleją w tym związku, pomyślałam mściwie, powstrzymując się od rękoczynów, to jest rzucenia wspomnianą skarpetką w jej właściciela, który nadal zachowywał dessinteressant wobec moich działań.
Klapki zlokalizowałam klęcząc z głową wciśniętą pod łóżkiem tak, że bliżej mi było wyjść spod niego od strony Konrada. Spiorunowałam go wzrokiem.
- Ile razy prosiłam cię, żebyś choć starał się nie wkopywać mi butów pod łóżko? Czy ja proszę o tak wiele?
- Ja też wiele razy prosiłem cię o coś, a ty tego nie spełniałaś. Jesteśmy kwita.
Jakby uważając rozmowę za zakończoną, odwrócił się plecami naciągając kołdrę prawie na głowę. Zgrzytnęłam zębami i postanowiłam nie dać się sprowokować. Nie o drugiej w nocy. Nie, kiedy będę mieć w ręce coś bardzo ostrego, a szkło może takie być. Powstrzymałam się więc od pytania, jakież to jego prośby nie zostały wysłuchane. Po prostu poszłam po śmietniczkę. Ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzyłam rano, to zalać się krwią ze zranionej stopy.
Śmietniczki nie było na jej zwykłym miejscu przy kuble na śmieci. Zlokalizowałam ją w końcu w łazience, na dodatek pełną włosów. Przeprowadziwszy małe śledztwo odkryłam, że mój luby nie tylko zostawił śmietniczkę ze swoimi kłakami w innym miejscu niż jej przeznaczenie, a na dodatek…
Akt oskarżenia, który formował mi się w głowie został przerwany przez, jakżeby inaczej, kolejny dzwonek telefonu. Słyszałam, jak łóżko w sypialni trzeszczy, a po chwili rozlega się wściekły głos Konrada.
- Lula!!!
Pobiegłam do sypialni, pewna, że jego wrzask obudził wszystkich sąsiadów w całym bloku.
- Kto to? – spytałam szeptem, ale nie raczył mi odpowiedzieć. Oddał mi słuchawkę pańskim ruchem ręki i znów zniknął w czeluściach pościeli.
Telefony w środku nocy naprawdę nie zwiastują niczego dobrego. Pomyślałam o rodzicach, o bracie i serce mi na moment stanęło. A jeśli coś się rzeczywiście stało?
Ale przecież Konrad by mi powiedział…Nawet on w chwilach swojego złego humoru nie zrobiłby mi tego, że nie poinformował by mnie o jakimś nieszczęściu. Czyli nie jest źle.
Moje rachuby wzięły totalnie w łeb, kiedy w słuchawce usłyszałam zabeczany i drżący jak kisiel głos Anki.
- Luuulaaaa…
- Matko święta, co się stało, Anka?!!!
- On…mnie…zdradził…
- Czekaj, czekaj, mów wyraźniej, bo cię nie rozumiem.
- Mówię, że Robert mnie zdradził, do cholery!!!
- Ale jak to, zdradził? – zerknęłam na swojego lubego, niepewna, jak zareaguje na to, co mówię. Ciągle leżał pod kołdrą odwrócony plecami. Byłam pewna, że nie spał, szczególnie, kiedy zobaczyłam linię jego pleców, osiągającą olbrzymie podobieństwo do deski do prasowania.
- No normalnie, przespał się z jakąś lafiryndąąąąą…
W słuchawce znów rozległ się bliżej niezrozumiały bełkot.
- Anka – przywołałam ją w końcu do porządku – podaj fakty, z łaski swojej i przestań się mazać. Kiedy to się stało? I skąd ty się dowiedziałaś? Przyznał ci się?
- Nie!!! Wróciłam dziś wcześniej do domu, bo klient odwołał w ostatniej chwili spotkanie, a oni tam byli! Razem! Razem, rozumiesz? W moim łóżku, na dodatek gzili się jak popaprani seksomaniacy na mojej ukochanej jedwabnej pościeli. Wiesz, tej, którą przywiozłam sobie z Tunezji.
- I co?
- Jak to co? Wyobraźnię ci odjęło, że nie domyślasz się, jak to mogło wyglądać?
- No i co zrobiłaś?
- Wywlokłam zdzirę za kłaki i wywaliłam ją z mieszkania – kolejne chlipnięcie - a pościel spaliłam. W kominku.
- A Robert?
Usłyszałam po drugiej stronie nową falę szlochów.
- Przepraszał mnie, na kolanach za mną łaził po całym mieszkaniu. Robert! Na kolanach, rozumiesz? Mówił, że to tylko jednorazowy wyskok, że to mnie kocha i chce się ze mną ożenić. Że to ona go uwiodła…
Pomasowałam sobie skronie, żeby się nieco uspokoić. Rany, faceci! Oni naprawdę myślą, że wcisną nam, kobietom, każdy kit i że my w to uwierzymy, zachwycone użyciem przez nich w następnym zdaniu słowa na „ś”! Zaiste, wspaniała linia obrony, gdy jest się przyłapanym na zdradzie. Przeprosić i się oświadczyć, kiedy kwadrans wcześniej wpychał w nieodpowiednie miejsce swój...męski atrybut, że tak to nazwę. Robert podchodził, jak widać, z podziwu godną nonszalancją do rozwiązywania tego typu spraw.
Nie to, że ja sama miałam cokolwiek przeciwko czemuś takiemu, jak zalegalizowanie związku poprzez małżeństwo. Normalna kolej rzeczy. Osobiście miałam zamiar rozpocząć niedługo cichą kampanię na ten temat. Ale Anka stanowiła pod tym względem całkowicie beznadziejny przypadek ostatnimi czasy. Twierdziła, że jej zegar biologiczny tyka jak szalony, i że nie ma na co czekać. I faktycznie, nie czekała. Z jej relacji wynikało, że ma już wszystko obmyślone, od modelu sukni ślubnej po przystawki na przyjęciu weselnym. Pozostała jeszcze kwestia pana młodego, ale Anka wysyłała lubemu Robercikowi sygnały już od tak dawna, że średnio inteligentny przedstawiciel rodzaju męskiego już dawno by się połapał na jego miejscu. Jak widać, sygnały były za mało subtelne i trzeba było załatwić sprawę bardziej łopatologicznie, albo Robert ma iloraz inteligencji i wrażliwości na poziomie ameby. Po wysłuchaniu relacji Anki widać, że to drugie. I ciężko szkalować tutaj amebę, bo żaden organizm, nawet pospolity pantofelek, nie byłby aż takim hipokrytą, jak Robert. Rany boskie, przespać się z inną, a potem wyskakiwać z oświadczynami?
- Anka, błagam, powiedz, że mu nie uwierzyłaś...
- Prawie.. - znów usłyszałam żałosne chlipnięcie - Wiem, wiem, że nie powinnam nawet go słuchać. Ale on mówił przecież o ślubie...Nigdy wcześniej nie wspominał o czymś takim.
No cóż, potęga słowa na „ś”, jak widać, miała u mojej przyjaciółki jednak pewną moc sprawczą...
- Anka, ty ciemna maso! Wiesz doskonale, że on by ci teraz obiecał złote góry i gwiazdkę z nieba, bylebyś go nie potraktowała jak tę wywłokę, z którą go nakryłaś!
- Powiedziałam, że PRAWIE uwierzyłam – przerwała mi z godnością – mam trochę rozumu i ambicji, żeby nie brać do łóżka, a już na pewno do życia, jakichś ochłapów po innych kobietach.
- Jestem z ciebie dumna. I co teraz?
- Teraz? Nie mam, cholera jasna, pojęcia.
- Ale wywaliłaś go z domu?
- Tak... – nowa fala szlochów – a teraz siedzę sama, bo tu jest tak strasznie pusto. Po co wynajmowaliśmy taki wielki dom? Wszystko tu wygląda jak w pieprzonym mauzoleum.
Uświadomiłam jej delikatnie, że to ona sama nalegała na lokum, które swoją powierzchnią przypominało stodołę na setkę bydła. Że niby odpowiedni standard życia.
- No, może, ale nie zmienia to faktu, że tu jest teraz okropnie. Czuję się jak jakiś więzień w klatce. Dlaczego nigdy nie pomyślałam o żadnym kocie albo psie? Jakiś ładny kanapowiec też by podniósł ten standard, nie?
Znów musiałam jej przypomnieć, że przecież jest uczulona na sierść wszelkiego rodzaju.
- Nie martw się, kupię ci rybki, będziesz mieć w końcu towarzystwo – powiedziałam pokrzepiająco – albo malutkiego jadowitego pająka, przy najbliższej okazji wpuścisz go Robertowi do spodni.
Z satysfakcją odnotowałam spore poruszenie pod kołdrą. Konrad spojrzał na mnie jak na wariatkę i znacząco popukał w czoło. Nie przejęłam się tym. W końcu chyba znał mnie na tyle, że wiedział, kiedy żartuję. A teraz sytuacja wręcz rozpaczliwie potrzebowała żartów. A Anka pocieszenia.
Byłam niemal pewna, że biedna siedzi teraz w swojej wielkiej wypasionej sypialni (o podobną nieustannie zadręczałam Konrada, ale ten zbywał mnie skutecznie skądinąd bardzo słusznym argumentem w postaci ciągłego debetu na naszych kontach. Oraz ograniczonego metrażu naszego wynajmowanego mieszkanka. (Słowa „wynajmowane” oraz „mieszkanko” są tutaj kluczowe. Jak nic upłynie jeszcze sporo wody w Wiśle, zanim będzie nas stać na jakieś poważniejsze lokum, gdzie będę mogła oddać się orgii urządzania wnętrz tak, jak bym tego chciała ) otoczona wianuszkiem chusteczek jednorazowych oraz jeszcze większym złożonym z jej tajnych zapasów słodyczy. Od kiedy ją znałam, Anka każde niepowodzenie zajadała słodyczami. Na jej szczęście kiedy Bozia rozdawała pracujący w przyspieszonym tempie metabolizm Anka ustawiła się na samym przedzie kolejki i otrzymała ów dar w ilości od razu hurtowej. Na dodatek wszystko szło u niej jak po sznurku głównie w oczy i biust. Nie to, co u mnie, zmuszonej do liczenia każdego kęsa kalorii, by pan i władca mógł się mną pochwalić przed kolegami z pracy…
Do moich uszu dotarł niemożliwy do pomylenia odgłos otwierania sreberka zawierającego czekoladową rozkosz. Westchnęłam.
- Ile ci jeszcze zostało tabliczek? I ile już zjadłaś? Dobrze ci radzę, przygotuj sobie od razu coś na zaparcie, bo za chwilę zatka cię tak, że przez miesiąc nie wyjdziesz z kibelka...
- Pięć – przynajmniej dosłyszałam w jej głosie leciutką skruchę – a zjadłam tylko czekoladki. Te z toffi. Rany boskie, musiałam, bo bym chyba nie wytrzymała! Lula, jak on mógł mi to zrobić??? Nie mogę uwierzyć, że jego już nie maaaa…
Tym razem rozklejenie było ostateczne. Seria szlochów zaczęła coraz bardziej przybierać na sile, aż osiągnęła punkt kulminacyjny w postaci potężnego ryku rozpaczy.
Ryk ten słyszalny był chyba w całym naszym mieszkaniu, nie zdziwiłam się więc, kiedy Konrad znów wylazł ze swojego kokonu z wściekłością na swym przystojnym obliczu.
- Słuchaj, ja wszystko rozumiem – zaczął nawet spokojnie – naprawdę wszystko. Twoja walnięta przyjaciółka zastała swojego chłopaka w jednoznacznej sytuacji i teraz trochę to przeżywa. Ale czy nie mogłaby przeżywać trochę ciszej? Inni ludzie chcą spać!
- Wiesz Anka, Konrad przesyła ci pozdrowienia i uściski – powiedziałam szybko, zanim zdążył wyskoczyć z jakimiś innymi pretensjami, albo podnieść głos tak, żeby dosłyszała go wyjąca koncertowo ofiara losu po drugiej stronie telefonu – pyta, czy może ci jakoś pomóc.
- Ja o nic takiego nie pytałem! Ona ma się po prostu uciszyć i dać normalnym ludziom spać!
-…i mówi, że jeśli chcesz, możesz pomieszkać z nami parę dni, zanim się trochę, no wiesz…nie otrząśniesz.
W słuchawce popłynęły gromkie wyrazy wdzięczności dla mnie, Konrada i dla naszego małego mieszkanka, które chciało przygarnąć zbolałą duszyczkę. Specjalnie dałam na głośnik, żeby mój luby słyszał, jak moja „walnięta przyjaciółka” wychwala go pod niebiosa. Z każdym słowem padającym z głośnika jego twarz robiła się bardziej czerwona. Nie powiem, żeby było mi go szkoda. Sam sobie nagrabił, to niech ma.
Wcale nie miałam walniętej przyjaciółki. Anka może i była trochę szalona, ale miała naprawdę złote serce. Poza tym, ktoś o mentalności szaleńca z pewnością nie zrobiłby takiej kariery w reklamie, jak Anka i, przede wszystkim, nie trzepałby na tym takiej kasy. I Konradowi jakoś też nie przeszkadzało to szaleństwo, kiedy zapraszała nas na jej działkę nad polskim morzem, wręcz przeciwnie, korzystał z takich darmowych wakacji wręcz z nieprzyzwoicie wielkim entuzjazmem. A jeśli Anka miała coś nie tak z głową, to jak ja mogę nazwać jego kumpli, którzy zwalali się do naszego saloniku za każdym razem, kiedy w telewizji puszczali mecze (od kiedy kupiliśmy rozszerzony pakiet sportowy, zdarzało się to nieraz kilka razy w tygodniu, jeśli Konrad nie miał nocnej zmiany), chlali piwsko i zadeptywali dywan za każdym razem paluszkami i chipsami?
Wspomnienie dywanu i tortur podczas jego czyszczenia przechyliło szalę. Patrząc na coraz bardziej wkurzoną minę Konrada, wypuściłam ostatnią zatrutą strzałę.
- Anka, to może ja teraz do ciebie przyjadę, co? Nie byłabyś już sama, choć dziś w nocy. A jutro przeprowadzisz się do nas, co ty na to?
Zignorowałam w totalnie bezczelny sposób coraz gwałtowniejsze gesty Konrada, odwracając się do niego plecami.
- Konrad? Co on na to? Oczywiście się zgadza, przecież go znasz, nie odmówiłby pomocy potrzebującemu, tym bardziej, że ten potrzebujący to moja najlepsza przyjaciółka, prawda? – uśmiechnęłam się słodko - to na razie, będę za piętnaście minut.
Odłożyłam słuchawkę, czekając na nieuniknione. Nie trwało to długo.
- Nigdzie nie pojedziesz.
- Pojadę.
- Nie pojedziesz.
- Pojadę!
- Lula, do ciężkiej jasnej, co ty mi tu chcesz udowodnić? – walnął ręką w pościel, aż zadudniło – że możesz sobie działać po swojemu i masz całkowicie, totalnie w dupie, co ja myślę?
- Nie. Po prostu chcę pomóc swojej walniętej przyjaciółce – ze złością wyszarpałam z szafy małą torbę podróżną i na chybił trafił zaczęłam upychać do nich ubrania, nie przejmując się zupełnie ich składaniem. W końcu u Anki istnieje coś takiego, jak żelazko – to nie ma nic do rzeczy z udowadnianiem czegokolwiek. Konrad, ona mnie potrzebuje, nie rozumiesz? Sam słyszałeś, w jakim jest stanie.
- Niech łyknie jakieś prochy, jeśli boi się spać w tym wielkim domiszczu, które sama sobie wybrała, a nie wzywa ciebie w roli jakiegoś ostatecznego pocieszyciela! Na dodatek w środku nocy! Czemu nie zadzwoniła do Matyldy? Mogła jej trochę pozawracać głowę, a nie ciągle tobie, przynajmniej tej lodowej dziewicy by w niczym nie przeszkodziła…
Nie miałam siły ani zbytnio czasu, żeby po raz kolejny wikłać się w dyskusję na temat moich znajomych i ich trybu życia. A zdanie Konrada o Matyldzie, podobnie jak jego zdanie o Ance słyszałam już tyle razy, że już mi obrzydło. Na szczęście wygłaszał je zazwyczaj poza zasięgiem uszu samych zainteresowanych, więc to była jakaś pociecha.
- Prosiłam cię, żebyś tak Matyldy nie nazywał! Poza tym to nie Anka mnie wezwała, tylko sama chciałam, nie pamiętasz? Jakbyś nie wiedział, tak robią przyjaciele. Pomagają sobie w trudnych chwilach. Jadę.
- Lula…
- JADĘ! – warknęłam, choć serce nieco mi zmiękło, kiedy zobaczyłam jego proszący wzrok – to moja przyjaciółka.
- A ja jestem twoim chłopakiem. Kto ma większe prawa?
- Oboje macie po równo. Ale dziś Anka niestety wygrywa tę rywalizację o moje względy – pochyliłam się i szybko cmoknęłam go w usta – wrócę jutro…
Może od początku miałam przeczucie, że nie z tego nie będzie. Może w głębi serca wiedziałam. Ale wygodniej było mi udawać, że nic się nie dzieje, że wszystko jest dobrze, a wątpliwości? Kto ich nie ma w dzisiejszym świecie?
Tego wieczoru, a właściwie nocy, jadąc do Anki, doznałam Naprawdę Dużej Wątpliwości Numer Jeden. Nie z tego powodu, że pokłóciliśmy się jakoś spektakularnie z Konradem. Bardziej dlatego, że właściwie jakoś niewiele mnie to obeszło, że zostawiłam go samego w domu, na dodatek naburmuszonego niczym małe rozkapryszone dziecko. Dawniej już pewnie ryczałabym jak idiotka, bo naprawdę, nienawidziłam się kłócić. Ani oglądać humorów Konrada, które nieodmiennie trwały jeszcze długo, nawet po tym, jak dochodziło zazwyczaj z mojej strony do aktu pokajania się i wzięcia winy za kłótnię na moje kobiece barki. A dzisiaj nic. Wręcz byłam z siebie dumna. Tak dumna, że, zamiast zastanawiać się, co zastanę jutro we własnym mieszkaniu, zachwyciłam się tym, co mnie w tym momencie otaczało. Uwielbiałam Kraków nocą. Właściwie kochałam to miasto o każdej porze, ale widok rozświetlonych blaskiem latarni ulic, zdumiewająco pustych z uwagi na późną godzinę, nadający mu niemal zaczarowaną poświatę niezmiennie działał na mnie kojąco. A coś na kształt ukojenia było mi w tym momencie bardzo, bardzo potrzebne.
Ankę zastałam w stanie, jaki można tylko określić jako chandrę gigant. Oparłam się pokusie, by zaordynować jej na dzień dobry końską dawkę leków na uspokojenie, jak poradził mi życzliwie Konrad. Zamiast tego przesiedziałyśmy do świtu nad albumami ze zdjęciami, popijając hektolitry wina, zajadając to czekoladą (a co tam, chrzanić diety, przyjaciółka jest w potrzebie) i drąc na maleńkie kawalątka każde zdjęcie, na którym widać było choć niewielki fragment twórczości Robercika, a które udało nam się znaleźć w mieszkaniu. Obecnie wzięty fotograf miał otrzymać za parę godzin przesyłkę zawierającą jego wypieszczone fotografie, wszystkie, co do jednej poszatkowane w drobny mak.
Dokonawszy dzieła zniszczenia, zawinęłyśmy się w koce w salonie i poszłyśmy spać, przy czym ja uprzednio wykonałam telefon do mojego miejsca pracy i przewidująco wzięłam sobie urlop na cały dzień, nagrawszy się na automatyczną sekretarkę. Oczami wyobraźni widziałam wkurzenie szefa, kiedy się dziś nie zjawię, ale coś czułam, że po takiej dawce alkoholowo-czekoladowej raczej ciężko byłoby mi się skupić na cyferkach w sprawozdaniach. Anka, która i tak zjawiała się w tej swojej agencji reklamowej o różnych porach, nie musiała być aż tak skrupulatna. Po czym padłyśmy obie jak ścięte lilie i obudziłyśmy się dopiero głębokim południem, skacowane do niemożliwości.
Anka pierwsza pognała do łazienki. Po chwili w mój otępiały mózg zaczęły wdzierać się jej gromkie okrzyki. Wygramoliłam się z wyrka i z kocem plączącym mi się między nogami poleciałam za nią, pewna, że biedna znów przeżywa. Tym bardziej, że musiała zobaczyć się w lustrze, a wczoraj zapomniała zmyć makijaż. Nic tak nie dołuje z samego rana jak przypomnienie o zdradzie faceta i smugi tuszu pod oczami…
Kiedy wleciałam do łazienki, zastałam ją wpatrującą się w swoje odbicie z wyrazem twarzy, który nie bardzo mi się spodobał.
- Jezu, Anka, co się dzieje? Mdli cię?
- Nie, po prostu się zastanawiam, jak mogę się jeszcze bardziej zemścić na tym padalcu.
- Miej litość, naprawdę – jęknęłam – mało ci jeszcze tej zemsty? Ten facet to palant i tyle. Idiota. Imbecyl. Szkoda czasu nawet na rozmyślanie nad takim frajerem. Właściwie wyświadczył ci przysługę, że zmył się z twojego życia. Co prawda, mógł to zrobić nieco bardziej subtelnie, ale…
- Nigdy mi nie będzie mało – spojrzała na mnie tak, że aż się cofnęłam – zresztą, co to za zemsta? Te parę fotografii? Na pewno ma kopie. A nawet, gdyby nie miał, to by tu nie zostawił tego paskudztwa, tylko trzymałby je w biurze. Jak zobaczy te ścinki, to go to tylko rozbawi. A ja chcę, żeby naprawdę zapłakał za to, co mi zrobił. Lulka, to musi być coś, co go porządnie wkurzy. Podepce jego męskie ego. Coś…- urwała nagle wpatrzona natchnionym wzrokiem w czarno-białe płytki pod jej stopami.
- Anka, nie podoba mi się, cokolwiek wymyśliłaś…
- Ubieraj się, mamy mało czasu.
- Mało czasu na co?
- Potem ci powiem, tylko się pospiesz!
- Ale co…?
- Pokażę mu, co stracił – zaczęłam się przychylać do zdania Konrada, widząc, jak Anka zapamiętale biega od szafy z ubraniami do tej z butami (mówiłam, że też jej tego zazdroszczę?) wyciągając stamtąd jakieś obłędne kreacje.
- Co sądzisz o tej? Czy lepiej ta? Zresztą, nieważne – odrzuciła obydwie sukienki na łóżko - najwyżej pójdziemy na zakupy. A teraz do kosmetyczki. I do fryzjera. Lulka, mówiłam ci, żebyś się pospieszyła!
Specjalnie wzięłyśmy mój samochód, bo rzucał się w oczy zdecydowanie mniej, niż srebrny Garbus Anki. Poza tym Robert widział mojego złomka może ze dwa razy w życiu, na dodatek podobnych aut jeździło po Krakowie tyle, że z pewnością nie zauważy, jak jeden z nich zaparkuje w pobliżu jego miejsca pracy.
Trochę dziwnie się czułam, siedząc w samochodzie na prawie pustym parkingu tuż pod budynkiem, gdzie mieściła się pracownia Roberta. Nie powiem, bardzo ładnym i nowoczesnym budynkiem, takim z windą i odźwiernym, który anonsował przybyłych. Poza pracownią Roberta w budynku znajdowały się jeszcze dwie kancelarie adwokackie i restauracja na samym dole. Wszystko w najlepszym gatunku i niewątpliwie bardzo drogie. Jak widać Robercik trzepał niezłą kasę na tej swojej fotografice.
- Po raz kolejny mówię, że nie podoba mi się ten pomysł – mruknęłam, kiedy któraś już osoba mijająca nas zmierzyła moje autko zdziwionym spojrzeniem – chodź, zaparkujemy gdzieś dalej.
- Ale stamtąd nic nie zobaczymy, a musimy wiedzieć, kiedy Robert wyjdzie z pracy!
- Poświęcę się i będę spacerować przy wejściu udając, że na kogoś czekam. Nie, to zły pomysł, przecież Robert mnie zna. Ale może znajdźmy jakieś inne miejsce do obserwacji, co? Trochę dalej, gdzieś, gdzie nie będziemy się tak bardzo rzucać w oczy. Jakbyś nie zauważyła, tu raczej nie parkują samochody poniżej stu tysięcy. I nie mówię teraz o przebiegu.
Anka nie bardzo zważała na moje błagania. Nagłym ruchem poderwała się na siedzeniu niemal rozpłaszczając nos na przedniej szybie.
- Idzie – pisnęła – widzisz? Mówiłam, że to najlepsze miejsce do obserwacji!
Faktycznie, w drzwiach budynku widać było wysportowaną sylwetkę byłego mojej przyjaciółki. Zerknęłam na Ankę i serce mi się ścisnęło, widząc, jak ona na niego patrzy. To już nie była zemsta. Kobieta nie mści się na mężczyźnie, rzucając mu takie tęskne, powłóczyste spojrzenia spod rzęs. Plan Anki, mający na celu ukazanie Robertowi w pełnej krasie, co stracił, spalił w tym momencie na panewce i to tak, że nawet popioły z niego nie zostały, tylko uleciały z wiatrem jej romantycznych wyobrażeń. Nie wątpiłam, że wojownicze podejście, z jakim wyjeżdżałyśmy spod jej domu, było już też tylko i wyłącznie wspomnieniem. Powstrzymać ją mogły tylko chwyty drastyczne i coś mi mówiło, że to ja będę zmuszona je zastosować. Rany boskie, chyba ją zaraz walnę!
Anka już, już rwała się, żeby rzucić się przez parking prosto w te idealnie wyprofilowane ramiona, należące do jej lubego. Byłego lubego, ściśle mówiąc. Z porannego kaca nie pozostało nawet wspomnienie, a po wizycie w salonie masażu, u kosmetyczki, w kilku butikach w najdroższej galerii w mieście i u fryzjera, u którego za mycie płaci się tyle, ile ja u swojego płacę za pasemka w dwóch kolorach, wyglądała niczym prawdziwa heroina z tych nałogowo przez nią pochłanianych ckliwych romansideł. A Robert, z tym jego wysportowanym ciałem (namiętnie chadzał na siłownię oraz grywał w tenisa) oraz jasnymi włosami rozświetlonymi słońcem i jakimś specyfikiem u fryzjera, no cóż, do najbrzydszych też nie należał. Choć ja preferuję inny typ urody.
- Dobra, idę.
- Gdzie niby? Rozum ci totalnie odjęło?
- Puść mnie, muszę z nim porozmawiać! – Bogu dzięki za to, że zamek w drzwiach pasażera się zacina. Anka znieruchomiała z ręką na klamce (druga ręka była skutecznie unieruchomiona przeze mnie), kiedy przy pierwszej próbie zamek odmówił współpracy i zerknęła na mroczny obiekt swojego pożądania. Zrobiłam to samo i obie otworzyłyśmy usta ze zdziwienia. Mroczny obiekt nie był bowiem już sam. Zgrabna, długonoga dziewczyna podbiegła do niego i uwiesiła się na jego ramieniu. To z pewnością nie była jego siostra. Siostry nie całuje się w ten sposób. Nawet Anka musiała to przyznać. Para, nie zaszczyciwszy naszego schronienia nawet jednym spojrzeniem (jeśli by to zrobili, to byłoby to spojrzenie zapewne litościwe), jeszcze dobrą chwilę raczyła nas widokiem czułego przywitania, po czym oddalili się w stronę Rynku, bezczelnie wymuszając pierwszeństwo w miejscu niedozwolonym.
- O cholera – jęknęłam.
Anka nic nie odpowiedziała. Wyglądała na cokolwiek ogłuszoną.
- W życiu bym nie pomyślała…Co za dupek! Szuja niemyta! To ona? Ta, z którą go przyłapałaś?
- Jedźmy do domu, Lula.
Chciałam jeszcze trochę popomstować na tym niewiernym przykładzie męskiego zachowania i jego towarzyszce, ale słysząc ton Anki, szybko zrezygnowałam. Nie kopie się leżącego, tym bardziej, że leżący to twoja najlepsza przyjaciółka. Ani tym bardziej nie dobija rannego. Posłusznie się więc zamknęłam. Wyjeżdżając z parkingu i skręcając w stronę Mogilskiego, zerknęłam w bok. Na lśniącym jedwabnym materiale, z którego była uszyta sukienka, pojawiły się ciemne plamy, jakby coś kapało na niego gdzieś z góry. Coś, jakby łzy.
Pieprzeni faceci…
***
Anka bardzo kategorycznie odmówiła przeprowadzki, ku mojemu zmartwieniu i nie całkiem cichej radości Konrada. To znaczy, zrobił współczującą minę, kiedy wprowadziłam tamtego popołudnia swoją zaryczaną, smarkającą przyjaciółkę do naszego mieszkania. Nawet pozwolił jej położyć się na jego ukochanej kanapie w salonie. I zaproponował coś do picia, co, jak na Konrada i jego podejście do moich znajomych, już było czymś niespotykanym. Bardzo pozytywnie zaskoczona, już chciałam obdarzyć mojego lubego słodkim uśmiechem dziękczynnym, kiedy po chwili moja wdzięczność rozwiała się jak dym złoty.
- Wiedziałem, że prędzej, czy później tak to wszystko się skończy.
Obie, ja i Anka, wlepiłyśmy w niego zszokowany wzrok. Tymczasem Konrad, rzuciwszy swoją bombę, postawił niemal dystyngowanym ruchem przed chlipiącą Anką szklankę w trzech czwartych zapełnioną czerwonym winem i równie dystyngowanie opadł na fotel, zupełnie nie speszony tym, co powiedział. Szklanka też nie należała do małych i niepojemnych. Konrad zazwyczaj pił z niej piwo. Miałam ochotę kopnąć go w zadek, żeby zaczął myśleć mózgiem, a nie inną częścią ciała. Jeśli on uważa, że alkohol jest dobry na wszystko, a już zwłaszcza na zdradę faceta, to…
- Coś ty powiedział? Że niby co się stanie?
- To znaczy, wiedziałem, że Robert się kiedyś tobą znudzi. Znam ten typ faceta. Tacy jak on ciągle przychodzą do naszego klubu, za każdym razem z inną partnerką u boku. Albo znajdują dziewczynę na wieczór już na miejscu. To jest jak...no wiecie, polowanie. Adrenalina. Zabiegi, podchody, żeby zdobyć kobietę. Widocznie przestałaś być dla niego takim wyzwaniem, Aneczko. Masz, napij się.
- Konrad! - syknęłam, bo Anka, słysząc te bzdury, rozszlochała się jeszcze bardziej. Bynajmniej się nie przejął.
- No co? Mam jej szklić, że on jeszcze do niej wróci? Chyba nie myślałyście, że ktoś pokroju Roberta będzie się trzymał tylko i wyłącznie jednej spódnicy? - nie odpowiedziałam słownie, tylko porządnym kopniakiem celnie wymierzonym pod stolikiem do kawy - auć, Lula, dlaczego mnie kopnęłaś? O Boże – Konrad przestał masować kostkę, pokiereszowaną przeze mnie i zaczął się śmiać, kiedy zobaczył nasze miny – Boże, Boże, wy naprawdę tak myślałyście! Serio, ogarnijcie się, dziewczyny. Bardzo mi przykro, że to ja jestem tym, który pozbawi was złudzeń, ale ktoś najwyraźniej musi. A co do Roberta powiem wam tylko jedno. Lepiej, że nie wróci, wierzcie mi. Szczególnie po tym, jak go zobaczyłyście z jakąś inną laską. Anka, a ty się nie martw. Nie tak dawno sama mówiłaś, że tego kwiatu pół światu. Nie ten, to inny. Z twoją aparycją znajdziesz sobie kogoś, zanim zdążysz mrugnąć. A teraz szanowne panie pozwolą, że je opuszczę. Niektórzy nie mogą sobie pozwolić na wolne, kiedy tylko mają na to ochotę i muszą udać się do miejsca zwanego pracą.
Konrad, jakby wszystko było cacy, wymaszerował z pokoju. Zostawiłam ryczącą Ankę w salonie i pognałam za nim. Dopadłam go w łazience i przewidująco zamknęłam za nami drzwi, żeby Anka za wiele nie usłyszała. Choć może i było to zbyteczne. Wyła tak koncertowo, że i tak by nie doszło do niej nic z tego, co miałam zamiar zaraz wygarnąć pewnemu panu.
- Jak mogłeś? Przecież dobiłeś ją teraz ostatecznie!
- Lulka, kochanie – Konrad westchnął, jakby miał do czynienia z kimś, kto nie za bardzo ogarnia życie i któremu on, biedaczek, musiał wyjaśniać rzeczy najbardziej oczywiste z możliwych, odłożył maszynkę do golenia i spojrzał na mnie nieco litościwym wzrokiem. Nie powiem, żeby mnie to uspokoiło – żyjesz już trochę na tym świecie, więc czy ty naprawdę nie widziałaś, jaki jest Robert? I jak bardzo nie pasuje do Anki? Nie dostrzegłaś tego?
- Nie. Wydawali się dobraną parą. I Anka była z nim przecież szczęśliwa…
Westchnienie, podobne do pierwszego.
- No cóż, szczęśliwe też były z nim te panienki, z którymi zjawiał się u mnie w barze. Nawet bardzo szczęśliwe, jeśli wiesz, co mam na myśli. Z którą dziś go zobaczyłyście? Taka ruda, czy blondynka? Chyba, że odnowił znajomość z tą, którą przyprowadził pół roku temu, taka wysoka brunetka?
Rany, faceci!
- Nie twój interes, z którą! Jakie to zresztą teraz ma znaczenie, do cholery? Zazdrościsz mu, czy co?
- Jak dla mnie, żadnego, tak tylko mówię. Choć, nie powiem, ta ruda była naprawdę niezła. Gdybym był wolny…
- Ale nie jesteś – syknęłam przez zaciśnięte zęby – i lepiej, żebyś o tym pamiętał. I przestań się tak znacząco uśmiechać!
- Dobra, dobra, nie wściekaj się. Nic już nie mówię. A co do Anki, to niech szybko się pozbędzie jakichkolwiek złudzeń, że ten amant do niej wróci. Dam sobie głowę uciąć, że jest już teraz skutecznie pocieszony. Zresztą, same widziałyście na własne oczy, że tak jest. A teraz daj mi się ogolić, bo się spóźnię do pracy. No już, wypadzik. Idź pocieszać twoją kumpelę, bo zamoczy tymi łzami całą narzutę. Daj jej jakieś chusteczki, albo coś...
Zostałam niemal siłą wypchnięta z łazienki, zbyt zaskoczona rewelacjami Konrada, żeby zaprotestować. Stojąc już za drzwiami, musiałam się szybko opanować, bo złość na tego pacana, który właśnie podśpiewywał sobie przy goleniu podniosła się mi do poziomu wrzenia, a raczej wolałam nie robić teraz awantury, bo mogło mi się coś przez przypadek wypsnąć na temat tych rewelacji o Robercie, którymi właśnie zostałam zarzucona. Nawet na pewno by mi się coś wypsnęło. W pierwszej kolejności zarzut, dlaczego Konrad nic mi wcześniej o tym nie powiedział. Choćby z czystej przyzwoitości mógł to zrobić! Albo chociaż, cholera jasna, trzymać dziś gębę na kłódkę!
- Męska solidarność – mruknęłam pod nosem, starając się opanować. Zapytam pana Konrada o pewne rzeczy później, kiedy Anki już z nami nie będzie. W chwili obecnej wolałabym, żeby Anka nie słyszała tej rozmowy. Mogłaby załamać się jeszcze bardziej.
Z podniesionym ciśnieniem opuściłam posterunek przy drzwiach łazienki i poszłam do kuchni nastawić kawę. Co jak co, ale byłam pewna, że kawa i coś do jedzenia pomogą Ance, i mnie również, dużo bardziej, niż alkohol na pusty żołądek. Nastawiłam ekspres i otworzyłam lodówkę, kiedy uświadomiłam sobie, że panuje dziwna cisza, przerywana tylko miauczeniem Konrada, dochodzącym zza drzwi łazienki. Pognałam do salonu. Tam zastałam pustą szklankę po winie i Ankę, kiwającą się niczym dziecko z chorobą sierocą na kanapie. Zaiste, Konrad i jego genialne pocieszające pomysły…
Po chwili miałam już jeszcze gorsze zdanie o tym pomysłach. Anka zwymiotowała prościutko na dywan...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz