niedziela, 25 listopada 2018

Jeszcze o trzech szalonych dziewojach słów kilka...

- Gdzie jest Anka?
To pytanie wyćwierkała Matylda w piękny, słoneczny, niedzielny poranek, a raczej południe, bo jedenasta wybiła już jakiś czas temu, schodząc tanecznym krokiem z piętra. Nie powiem, jej widok nie poprawił mi skacowanego nastroju. Wyglądała niesamowicie pociągająco w tym jej seksownym szlafroczku, który dostała od nas na ostatnie urodziny. Pan doktor Piotr musiał być również ukontentowany tym widokiem. Poza tym, nie widać było po niej zbytnio, że poszłyśmy spać, kiedy promienie słoneczne barwiły widnokrąg, na dodatek po takiej dawce alkoholowej poprzedniego wieczoru, że nadal czułam smak drinków w ustach.
- A jak myślisz, czarownico? A tak w ogóle, to dzień dobry.
- Ktoś tu wstał dziś lewą nogą? - Matylda usiadła przy rozkładanym stoliku w mikroskopijnej kuchni i bezczelnie poczęstowała się kanapką z mojego talerza – co, główka boli? Kacorek męczy? I czemu nazywasz mnie czarownicą z samego rana?
- Bardziej wiedźmą. I męczy. Nie każ mi mówić, jak bardzo – położyłam moją skacowaną głowinę na stoliku, wbrew wszelkim zasadom dobrego wychowania. A co mi tam, matki tu nie ma, nikt mnie nie ochrzani za takie zachowanie - Ile myśmy wczoraj wypiły, tak nawiasem mówiąc? Mam niejasne wrażenie, że sporo…Możesz nie szurać tak tym krzesłem?!
Matylda, niepomna na moje prośby, przysunęła sobie stołek za pomocą stopy, oczywiście, co usłyszałam w swojej głowie razy co najmniej tysiąc. Zdążyła sobie nalać kawy z zaparzonego przeze mnie dzbanka, ale nic ponadto. Westchnęłam i podsunęłam jej talerz z moimi kanapkami. I tak chyba nie zdołałabym ich utrzymać w żołądku. Co innego Matylda, która zabrała się do konsumpcji z podziwu godnym entuzjazmem.
- Nie usłyszałam, dlaczego nazywasz mnie wiedźmą.
- Dobrze wiesz, dlaczego. Jak inaczej nazwać kogoś, kto tak precyzyjnie potrafi przewidzieć przyszłość? - zapytałam zgryźliwie – dowód, a właściwie dwa dowody twoich wizji przyszłości z samego rana poszły w ciemny las, żeby zbierać grzyby. To taka oficjalna wersja. Dlatego ja wolę się trzymać dziś od lasu z daleka. Znając moje szczęście, na pewno wpadłabym na nich, kiedy...Cóż, powiedzmy, że sytuacja będzie podobna do tej twojej w szpitalu, równie żenująca i równie niechętnie przeze mnie wspominana.
Wiedźma Matylda przepowiedziała przyszłość perfekcyjnie. Leśnik stał się stałym towarzyszem naszej damskiej społeczności, a już szczególnie Anki, co do której miałyśmy poważne obawy, że również przepadła na amen. Szczególnie ciężko było również szkalować pana leśnika podejrzeniem, że zmusza się do czegokolwiek, kiedy zjawiał się o różnych porach w naszym domku. Raczej wyglądało to wręcz przeciwnie.
W dzień naszego przyjazdu, kiedy udało mu się (po ciężkiej walce) otworzyć pancerne drzwi, został ugoszczony kolacją i drinkiem. A także kolejnym przesłuchaniem w wykonaniu Matyldy. Byłam pewna, że go to nieco odstraszy, ale, ku mojemu zdziwieniu, następnego dnia zjawił się nieprzyzwoicie wcześnie, żeby zaproponować wspólny wypad do lasu. Niby zaproszenie obejmowało całą trójkę, ale delikatnie się z niego z Matyldą wymiksowałyśmy. Ja, bo ciągle bolała mnie noga po pamiętnym upadku, Matylda, bo nie wyobrażała sobie, że mogłaby mnie zostawić samą, cierpiącą i nieszczęśliwą. Odegrała przy tym takie przedstawienie, że w Hollywood z miejsca daliby jej Oscara. Ale Aneczka z Kacprem niech idą do tego lasu, oczywiście, na zdrówko niech im to wyjdzie…
Jasne, że ten leśny spacerek wyszedł im na dobre! Anka wróciła cała w rumieńcach, a Kacper miał minę, jakby wygrał główny los na loterii. Przyjął zaproszenie na obiad, a potem musiał w końcu udać się do swoich leśniczych obowiązków. Ku jego i Anki olbrzymiemu żalowi, którego nie dało się ukryć, choć, niewątpliwie, próbowali.
Nie zdążyłyśmy nawet zatęsknić, bo zjawił się kilka godzin później na zapoznawczym grillu (jakbyśmy, dzięki wywiadowi Matyldy, nie byli wystarczająco zapoznani) razem z dwoma kolegami, również leśnikami, do kompletu oraz pokaźnym zapasem alkoholu, co by nam się zapoznanie dobrze układało.
Zabawa, tym lepsza, im więcej alkoholu zostało skonsumowane, zakończyła się prawie nad ranem. Po dwóch nowo poznanych leśników przyjechał jakiś tubylczy kuzyn i panowie odjechali do siebie, żegnając nas wylewnie. Kacper, który miał niby iść do domu Kazików na własnych stópkach jakimś skrótem przez las (Boże, jaki hardcore!), na szczęście porzucił ten pomysł i zachomikował się gdzieś z Anką. Zresztą, podczas tego grilla oczu od siebie oderwać nie mogli. Miałyśmy z Matyldą dosyć poważne podejrzenia, że doświadczali razem romantycznej nocy na plaży. Nie było raczej potrzeby, żeby się o nich martwić, bo widziałyśmy, że razem z naszymi gołąbeczkami zniknęły również koce i śpiwory. Przynajmniej będzie im ciepło w zadki, a poza tym sami mogą się nawzajem ogrzewać, prawda? A kiedy rano zeszłam na dół, czekała na mnie karteczka, informująca, że poszli znów do lasu na grzybki. Bardziej skłaniałam się ku temu, że tym razem wykorzystują pusty dom Kazika. Anka nie należała do osób, które lubiły obcować z naturą zbyt blisko i na pewno uświadomiła Kacprowi, że dużo wygodniej będzie im w łóżku, niż na najbardziej miękkim piasku lub leśnym mchu. Szczególnie, kiedy jesień nie nastrajała do amorów pod chmurką.
Wiedźma Matylda, zjadłszy moje kanapki, zadowolona i odprężona, zasiadła na zewnątrz z telefonem przy uchu i rozpoczęła codzienną porcję konwersacji ze swoim przystojnym lekarzem. Kiedy pierwszy raz słyszałam jej głos podczas takiej rozmowy, aż mnie zakłuło gdzieś tam w środku, tam, gdzie, według anatomii, powinno być serce. Po pierwsze, nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby Matylda mówiła do kogokolwiek takim tonem, pieszczotliwie i z takim uczuciem, że zupełnie mnie zamurowało. Po drugie, do czego przyznaję się ze wstydem, byłam zazdrosna. Powinno się mnie za coś takiego wykluczyć z towarzystwa przyzwoitych ludzi, ale, na niebiosa, naprawdę byłam zazdrosna o chłopaka najlepszej przyjaciółki i było mi niesamowicie źle z tą świadomością. A teraz, kiedy, jak widać, Anka również znalazła swojego amanta, który powinien, mam taką nadzieję, być bardziej stały od fotografa Roberta, również czułam, że gadzina zazdrości szarpie mi trzewia. Mocno, boleśnie, powodując u mnie wyrzuty sumienia.
Gnana tymi wyrzutami sumienia, zaszyłam się w kuchni (matka byłaby dumna) oddając się twórczości przygotowania obiadu. Nienawidziłam gotować, ale wolałam już wyładowywać swoje negatywne emocje na kawałku schabu, niż na dziewczynach. Jakoś nie uśmiechało mi się tłumaczenie, skąd się wziął mój kiepski nastrój. Na szczęście zdolności aktorskie, które wyćwiczyłam ostatnio do perfekcji przed moją podejrzliwą rodzinką, tu również znalazły swoje zastosowanie. Obiad przebiegł więc w bardzo radosnej atmosferze. A potem trzeba było zacząć się przygotowywać do powrotu na krakowskie podwórko. Tu już mogłam szastać złym humorem, jak tylko miałam ochotę, bo wszystko złe można było zwalić na perspektywę stawienia się jutro w pracy. Anka i Matylda doskonale znały realia mojego kieratu, więc mój pogorszony nastrój wcale ich nie zdziwił. Zresztą, nawet go chyba nie zauważyły. Anka była zbyt zajęta udawaniem, że nie jest zrozpaczona rozstaniem z przystojnym panem leśnikiem na całe długie pięć dni (obiecał, że przyjedzie do niej w przyszły weekend), natomiast Matylda biegała jak z piórkiem w pewnej części ciała, pospieszając nas do szybszego wyjazdu, że niby nie chce przyjechać do Krakowa w środku nocy. Byłam pewna, że prawdziwy powód jej chęci jak najszybszego wyjazdu czeka już równie zniecierpliwiony, żeby utulić Matyldę w swych stęsknionych lekarskich ramionach. Szczęściara…
Na mnie nawet kot nie czeka. Dara została na weekend umieszczona u rodziców, więc w perspektywie miałam tylko jakże miłe spotkanie z własną matką przy odbiorze sierściucha. Która, niewątpliwie znów podniesie mi ciśnienie swymi pretensjami. Jest czego wyczekiwać, prawda?
Wizja matczynych tortur sprawiła, że aż zrobiło mi się zimno. Poza tym matka jeszcze nie odpuściła mi sprawy rozstania z Konradem, próbując za każdym razem wyciągnąć ze mnie jakieś pikantne szczegóły. Jako że opowieści te z pewnością nie są przeznaczone dla jej delikatnych matczynych uszu, do tej pory udawało mi się czmychnąć, zanim jej nalegania stawały się zbyt drastyczne. Jak na razie działało to całkiem nieźle. Na szczęście dała mi spokój podczas tego wyjazdu. Na szczęście…
Usiadłam na baczność na tylnym fotelu garbusa Anki, przerażona swoją głupotą.
- Lulka, co ci?
- Telefon! - wrzasnęłam strasznym głosem i rzuciłam się do torebki w poszukiwaniu nieszczęsnej komórki. Znalazłam ją na samiutkim dnie, tam, gdzie ją z taką nonszalancją wrzuciłam. I nawet nie było mi jej brak przez te trzy dni. Bardziej mnie przerażała wizja tego, co mogę ujrzeć po jej odpaleniu.
- Kurde, jaki ja mam PIN???
- Sprawdź datę urodzin. U mnie zawsze działa.
Wklepałam 2007 i faktycznie, zadziałało.
- Szybciej, szybciej – jęknęłam widząc, jak wolno się to wszystko otwiera. Matka na sto procent coś odwaliła podczas mojej obecności, byłam tego pewna. Nie martwiłam się o Darę, gdyby coś się jej stało, matka stanęłaby na głowie, żeby się ze mną skontaktować. Nawet, gdyby nie mogła się dodzwonić do mnie, miała przecież numery do Anki i Matyldy. Więc…
Telefon zaczął pikać, oznajmiając mi o nagraniach na pocztę głosową. Zerknęłam na wyświetlające się numery. Jeszcze pan policjant (zaprawdę mogłam już sobie szykować trumnę, bo facet zabije mnie, jak mnie dopadnie), kilka nieznajomych i to wszystko. Żadnego od matki. Brak było nawet standardowego smsa z pytaniem, kiedy wracam. Już to powinno dać mi do myślenia. Wręcz pewności, że coś jest na rzeczy. Matka nigdy by nie odpuściła wiedzy o moim ewentualnym powrocie. A tu nic.
O tak, z pewnością coś dla mnie szykowała.
Po plecach przebiegł mi dreszcz przerażenia, jeszcze większy, niż ten sprzed chwili.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz