niedziela, 25 listopada 2018

Przeprowadzka

- W głowie mi się nie mieści, Lulka, że udało ci się znaleźć taką perełkę. I to za taką cenę...A ten widok! Natka, popatrz, stąd widać całą panoramę, aż do kopca! Słowo daję, jestem zazdrosny. Ty fuksiaro…
Dawid latał jak z piórem w pewnej części ciała od jednego okna do drugiego, lawirując pomiędzy moimi rzeczami, upchniętymi w tekturowe pudła, a które przenosiliśmy od samego rana, zachwycając się niczym małe dziecko, które po raz pierwszy rodzice przyprowadzili do Disneylandu. Prawdę powiedziawszy, z trudem się powstrzymywałam, żeby do niego nie dołączyć. Tylko świadomość, że mój starszy brat i jego żona mieli o mnie jeszcze chyba nie najgorsze zdanie i martwili się o mnie, jak sobie daję radę po rozstaniu z Konradem, pozwalała mi zachować resztki godności własnej i trzymała w ryzach samokontroli. Gdyby nie to, z pewnością biegałabym, piszcząc jak wariatka, po całej dostępnej powierzchni użytkowej mojego nowego lokum, nie mogąc uwierzyć w to, że będę tu mieszkać.
Bo to mieszkanie było cudowne. Podobnego metrażu jak tamto, z którym miałam tak niefajne wspomnienia i które opuściłam dzisiejszego ranka ostatecznie, ale o ile lepiej zaprojektowane! Salon, połączony z kuchnią (nigdy więcej ciasnej, klitkowatej kuchni, alleluja!!!) aż się prosił, żeby zapraszać do niego gości. Sypialnia, z wnękami w każdym możliwym miejscu, żebym miała gdzie pochować wszystkie moje szpargały, których miałam prawdziwe hurtowe ilości, zachwyciła mnie tym bardziej. Łazienka marzenie, z wanną i prysznicem, więc miałam w perspektywie długie posiedzenia w gorącej wodzie z lampką wina w ręce i relaksującą muzyką w tle. Czysty luksus!
No i wisienka na torcie, czyli ten mega wypasiony balkon!
Wyszłam teraz na to cudo i rozejrzałam się dokoła zachwyconym wzrokiem. Dawid miał rację, widok był wspaniały. Cała panorama jesiennego Krakowa rozciągała się przede mną niczym kobierzec kolorowych kartoników, z Kopcem Kościuszki piętrzącym się w oddali niczym wielka, zielona kępka mchu.
I, co najważniejsze, nie było sąsiadów, którzy by wciskali swoje ciekawskie nosy w nie swoje sprawy, bo budynek na niższych kondygnacjach posiadał tylko biura użytkowe i jakieś agencje handlowe! Raj, istny raj!!!
Nie wiem, jak Mirek wszedł w posiadanie adresu tego cudeńka, ale byłam mu prze serdecznie wdzięczna, że się nim ze mną podzielił. Tak bardzo, że nie skorzystałam z jego uprzejmej propozycji, że pomoże mi w przeprowadzce, tylko zagoniłam do tej niewdzięcznej roboty brata i bratową. Niech sobie pan policjant odpocznie. Należy mu się, za jego dobre serce w stosunku do mnie.
Skończyłam (chwilowo) zachwycać się widokami i weszłam do środka akurat w chwili, kiedy domofon zaczął wydzwaniać głośną melodyjkę. Dawid zatrzymał się w tym swoim tańcu zazdrości w pół kroku i spojrzał na mnie niepewnie.
- Spodziewasz się jeszcze kogoś?
- Nie, niby kogo? Nikt więcej nie wie, że dziś się przeprowadzam. Ani nikomu nie dawałam mojego nowego adresu. Nawet rodzicom.
Przeszło mi przez myśl, że to Konrad jakoś mnie znalazł i serce mi na moment stanęło. Tylko nie to, błagam!
Dawid walnął się w czoło.
- Cholera, a ja chyba zostawiłem auto na zakazie. Jeśli to ktoś z pretensjami...
Dawid zleciał na dół, po drodze jęcząc coś na temat, gdzie on ma teraz przestawić samochód, żeby udało się wnieść jakoś bezproblemowo resztę moich rzeczy, bo jeszcze kilka pudeł tam zostało, niestety. Widocznie jednak mu się udało, bo niemal w tempie ekspresowym wrócił. Na dodatek nie sam. Towarzyszyła mu osoba, która minę miała bardzo roszczeniową. Szkoda tylko, że nie chodziło o przestawienie auta.
- Co ty tu robisz?
Słowo daję, zaskoczył mnie. Bo jak inaczej nazwać to dziwaczne uczucie, jakie mnie ogarnęło, kiedy za Dawidem do mojego nowego mieszkania wszedł nie kto inny, tylko Mirek we własnej policyjnej osobie? Byłam po prostu zaskoczona. To dlatego serce tak nagle zaczęło mi walić, jakby chciało się wydostać gdzieś na zewnątrz i uciec w siną dal, prawda? I czemu nagle w mieszkaniu zrobiło się tak jakoś jaśniej?
- A jak myślisz? Pomagam ci w przeprowadzce. Przecież obiecałem. Twoje szczęście, że tędy przejeżdżałem i zobaczyłem twój samochód pod budynkiem. Inaczej jutro usłyszałabyś co nieco za to, że nie powiedziałaś mi, kiedy się przeprowadzasz. Gdzie mam to postawić, Dawid?
Jak widać, pan policjant już zdążył zapoznać się z moim bratem. I, jak widziałam, wspólne noszenie moich betów już wyzwoliło w nich pokłady porozumienia, kiedy Dawid pospieszył z wyjaśnieniem i obaj, postawiwszy rzeczy, które przynieśli, pognali na dół po resztę, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
- Kto to jest? Milutki...
Omal nie podskoczyłam, kiedy nad uchem zabrzmiał mi głos Natalii. Po prostu opanuj się, Lulka, błagam, bo zaczynasz się naprawdę dziwnie zachowywać.
- Nikt, po prostu kolega. Pracujemy razem. To on pomógł mi znaleźć to mieszkanie i kiedyś wspominał, że chce pomóc w przeprowadzce, ale nie sądziłam…
Ze zdumieniem poczułam, jak gorąca fala krwi płynie coraz wyżej, aż zalewa mi twarz tak, że niemal widziałam, jak dopływa do czubka mojej głowy, barwiąc mi każdy fragment skóry na kolor homara wyciągniętego z wrzątku.
- Lulka, co ci jest? Dobrze się czujesz?
- Nic, po prostu ciepło mi się zrobiło. Chyba od tego ciągłego podnoszenia się i schylania, ciśnienie mi uderzyło.
Pospiesznie odwróciłam się plecami do Natalii, i zaczęłam bardzo energicznie przesuwać moje bety, żeby nadać moim słowom znamiona prawdy, ale żeby też uniknąć dalszych niewygodnych pytań, bo raczej nie miałam złudzeń, że bratowa dała się nabrać na tę ściemę. Czułam za to na plecach jej badawcze spojrzenie. Na moje szczęście wykazała się zdumiewającym taktem i zaniechała śledztwa, tym bardziej, że na schodach słychać już było głosy Dawida i Mirka. I za to byłam jej bardzo wdzięczna.
Panowie wmaszerowali do mieszkania sapiąc jak dwa nosorożce.
- No, to ostatnie pudła, Lulka...
- Boże drogi, nie trzeba było brać tego wszystkiego naraz! - podbiegłam do Mirka i pomogłam mu ściągnąć górny karton, chwiejący się dość niebezpiecznie na szczycie piramidy, którą miał na rękach. Zza sterty wychyliła się twarz, równie czerwona, jak moja – korona by wam z głowy nie spadła, jak byście zrobili jeszcze jedno podejście. A już na pewno bardzo by wam podziękowały wasze kręgosłupy!
- Po dwa pudła? Szkoda zachodu – Mirek postawił swój balast na podłodze i otarł czoło. Na skórze pojawiła mu się brudna smuga, a ja ledwo się powstrzymałam, żeby nie wyciągnąć ręki i jej nie zetrzeć.
- Naprawdę, nie musiałeś przychodzić. Ma mi kto pomóc, jak widzisz. A ty już i tak zrobiłeś dla mnie tak dużo, że aż mi głupio przyjmować od ciebie dalszą pomoc, na dodatek przy czymś takim, jak noszenie moich betów. I to na dodatek w wolną sobotę. Chyba, że masz dzisiaj zmianę.
- Mówiłem ci wczoraj, że mam wolne. A do pomocy sam się zgłosiłem, więc przestań mówić, że ci głupio. Powinno ci być głupio, ale dlatego, że nic mi nie powiedziałaś wczoraj, że dziś się przenosisz.
Faktycznie, powinno. Westchnęłam.
- Właśnie dlatego, żebyś wykorzystał swój dzień wolny tak, jak masz ochotę, a nie na taszczenie moich maneli. Chyba, że to szczyt twoich dzisiejszych pragnień, w co wątpię. Naprawdę nie masz dziś nic innego do zrobienia?
Zamiast odpowiedzieć, Mirek złapał mnie za ramiona i odwrócił plecami do siebie, po czym lekko popchnął w kierunku sterty pudeł, zawierających mój dobytek i cierpliwie czekających, aż się nimi ktoś zajmie.
- Przestań się zastanawiać nad takimi rzeczami i ciesz się, że masz dodatkową parę rąk do pomocy. I też zabieraj się do roboty, Ulka. Te pudła same się nie rozpakują. A właśnie, mogę mówić do ciebie „Lula?
To było bardzo miłe południe. A właściwie południe, popołudnie i wieczór. Po względnym rozpakowaniu nastąpiła chwila relaksu przy daniach z chińskiej knajpki i piwie, co po tym całym porządkowaniu było bardzo pożądane. Potem wróciliśmy do pracy, aż moje nowe mieszkanko wyglądało tak perfekcyjnie, jak to tylko możliwe. Oczywiście, ta perfekcja nie obejmowała nas, bo po całym dniu pracy nie przypominaliśmy modeli. Na kolację, z racji naszego wyglądu, który raczej nie uprawniał nas do wstępu do przyzwoitych lokali gastronomicznych, była pizza, jeszcze więcej piwa i ożywiona rozmowa na deser.
Kiedy zamykałam drzwi za moimi pomagierami (Mirek wyniósł Dawida na plecach, bo mój kochany brat ma główkę jak dziecko i ululał się kilkoma leszkami), ciągle się uśmiechałam. Nie licząc faktu, że miałam teraz mieszkanie marzenie, dzisiejszy dzień przyniósł mi o wiele więcej radości, niż się spodziewałam w swoich najśmielszych przypuszczeniach.
No dobra, pan policjant zaczynał mnie kręcić. To mogłam przyznać sama przed sobą. I jakoś nie widziałam, żeby on wzdrygał się z jakąś straszną niechęcią w oczach, kiedy na mnie patrzył. Nie mówiąc już o tym jego zastanawiającym postępowaniu w sprawie mojego mieszkania, pracy, czy mandatu. Poważnie, który policyjny pomagier ma tak dobrze tylko dlatego, że zgodził się na zabawę w tajnego agenta w swoim miejscu pracy?
I co Mirek w ogóle robił tu dzisiaj? Kto mu kazał wozić się akurat w okolicach mojego nowego mieszkania? Chyba, że ma, podobnie jak Matylda, jakieś wróżbiarskie zdolności i udało mu się wywróżyć, że akurat na dziś zaplanowałam wielki dzień przeprowadzki.
Cokolwiek go popchnęło do zjawienia się tu dzisiaj, czy siły nadprzyrodzone, czy po prostu przypadek, ciężko mi było określić, w którą wersję chcę bardziej wierzyć, ale jednego byłam pewna. Bardzo, ale to bardzo się cieszyłam, że Mirek tu był.
I z taką pozytywną myślą zasnęłam w swoim nowym lokum, w końcu spokojna i szczęśliwa.















Lulka agent specjalny - czyli jak upaść jeszcze niżej w życiu

Jako, że wróciłyśmy gdzieś koło dziesiątej wieczorem, nie fatygowałam się, żeby jechać o tej porze do Niepołomic po koteczka. Ani tym bardziej nie byłam chętna na poznanie ostatnich pomysłów mamy. Dlatego też, niczym Scarlett, uznałam, że pomartwię się tym całym bałaganem jutro, kiedy będę świeża, pachnąca i wyspana, żeby z mężnie wypiętą klatą znieść niewątpliwe upokorzenie, jakie mnie czekało. Zapomniałam jednak, że nie tylko od członków własnej rodziny mogłam spodziewać się niezbyt miłych niespodzianek.
Telefon rozdzwonił się o drugiej nad ranem. Wiedziałam, która jest godzina, bo zegarek z podświetlaną tarczą był jedynym jasnym punktem w pokoju. Kładąc się spać, pozasuwałam story tak, że nawet najmniejszy promień latarni nie śmiał się przecisnąć do środka mieszkania. Teraz dwie wskazówki, ustawione na dwunastce i na dwójce, patrzyły na mnie szyderczo, potęgując moje wkurzenie na tego, kto ośmiela się dzwonić o takiej barbarzyńskiej porze.
Serio, dlaczego coś takiego spotyka właśnie mnie? Dlaczego nie mogę się nawet spokojnie wyspać?
- Halo…
- Jakże miło z twojej strony, że w końcu odebrałaś!
- Byłam na wakacjach…
Usłyszałam, jak ktoś po drugiej stronie wciąga głośno powietrze przez zaciśnięte wargi.
- Czy jest jakiś szczególny powód twojego telefonu o tak późnej porze, panie policjancie? Bo naprawdę ja nie nadaję się w tym momencie do rozmowy.
- Nic ci się nie stało?
- A czemu miałoby mi się coś stać? Jestem tylko zmęczona – na dowód moich słów ziewnęłam i to tak spektakularnie, że z pewnością nie miał powodów, żeby mi nie uwierzyć w to zmęczenie – jeśli chciałeś tylko dowiedzieć się, czy jestem cała i zdrowa, melduję, że tak. Z innymi rzeczami musisz poczekać do rana. Dobranoc.
- Czekaj, Ula…
No cóż, nie poczekałam. Zamiast tego nacisnęłam czerwoną słuchawkę i schowałam telefon pod poduszką, mając cichą nadzieję, że już tej nocy nie zadzwoni.
Pan policjant czekał cały weekend na zemstę, może poczekać jeszcze kilka godzin, korona mu za to z głowy nie spadnie.
Ach, jaka miękka jest podusia…

Zemsta policjanta Mirka dosięgła mnie prędzej, niż się tego spodziewałam. Naprawdę wredna zemsta. Ale czego innego mogłam się spodziewać?
Jadąc rano do pracy, zobaczyłam w tylnym lusterku światła policyjnych kogutów. Razem z innymi porannymi kierowcami szybko zjechałam na prawy pas, zostawiając środkowy dla radiowozów. Jeśli z samego rana policjanci tak gorliwie zabrali się do pracy, wyłapując piratów drogowych i innych wykolejeńców, to mogłam im tylko przyklasnąć takiej gotowości do czynu. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy policyjne koguty zatrzymały się tuż obok mnie. Na dodatek z jednego z radiowozów popłynęło zaproszenie nie do odrzucenia do zjechania na pobocze. Bardziej zaskoczona, niż cokolwiek innego, posłusznie zajęłam najbliższy wolny kawałek trawy. Po chwili moje małe autko zostało zastawione z przodu i z tyłu przez dwa radiowozy.
Jedno było pewne - dzisiejszy dzień nie zaczynał się dobrze. I tej świadomości też nie poprawiał fakt, że pozostali kierowcy, ostrożnie wymijając tę dziwaczną policyjną blokadę, patrzyli z ciekawością w moim kierunku, jakby spodziewali się ujrzeć jakiegoś poszukiwanego listem gończym po całym świecie przestępcę. No cóż, to nie zobaczą nikogo takiego. Co najwyżej dziewczynę, największego pechowca ostatnich miesięcy, wpatrującą się zbolałym wzrokiem w swojego prześladowcę, który właśnie wysiadał z jednego z radiowozów, na dodatek z obrzydliwie zadowoloną miną, zapewne wynikającą z faktu, że widzi moje nie najkorzystniejsze położenie.
Jak widać, ktoś tu poczuł się bardzo urażony w swojej dumie. I nie zna się na żartach.
- Możesz mi powiedzieć, co ma znaczyć ta cała obstawa? - zapytałam jedwabiście miłym tonem, bo wolałam nie drażnić bardziej lwa – tylko mi nie mów, że mam tak zajechać pod firmę. Może pracuję z przemytnikami, ale nie z idiotami, więc chyba się zorientują, że coś jest nie tak, kiedy przyjadę z asystą policyjną.
Jakby zupełnie mnie nie słysząc, policjant Mirosław uchylił czapki tym ruchem, który zdążyłam już znienawidzić. Nie miał na sobie munduru, co niewiele mnie pocieszyło. W tym niby zwykłym stroju, to jest jeansach i koszulce, z przewieszoną na smyczy odznaką, wcale nie sprawiał wrażenia bardziej przyjaznego. O minie nie wspomnę...
- Dziś po cywilnemu?
- Dzień dobry, kontrola drogowa, podkomisarz Gabriel. Wie pani, z jaką prędkością pani jechała?
- Co ty bredzisz? - zaśmiałam się, ale nawet ja słyszałam, że głos mi zadrżał - żarty się ciebie z samego rana trzymają...
- Poproszę dokumenty.
Zagapiłam się na niego w ciężkim szoku.
- Co proszę?
- Dokumenty, proszę pani. Ma je pani przy sobie?
- Dobrze, to już przestało być zabawne…Jechałam przepisowo...
- DOKUMENTY!!!
Zgrzytając ze złości zębami, podałam mu dowód rejestracyjny i prawo jazdy. Mój błąd. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.
- A teraz, droga pani, proszę wysiąść z samochodu...
Co tu się wyprawia, do cholery???
- ...i zapraszam do tamtego radiowozu.
No dobra, zaczęłam się coraz bardziej martwić, że ziółka miały większą moc, niż sądziłam. A ja będę mieć z tego powodu poważniejsze kłopoty, niż kiedykolwiek przyszłoby mi do głowy.
Podejrzenie o kłopotach zmieniło się w pewność, kiedy wsiadłam na tylne siedzenie jednego z podstawionych radiowozów, a pan Mirek, uprzednio zamknąwszy za mną drzwi, zajął miejsce z przodu. Hmmm, miałam przed oczami kratki...Niefajne uczucie.
- Proszę ściągnąć żakiet.
Roześmiałam się panu policjantowi w twarz, słysząc tę bzdurną prośbę. Czy rozkaz. Nieważne, i tak nie miałam zamiaru się mu poddawać.
Uśmiech jednak zamarł mi dosyć szybko na twarzy, kiedy do radiowozu wsiadła następna osoba, tym razem jakaś policjantka, która, przywitawszy się chłodno, usadowiła się obok mnie i powtórzyła stanowczym głosem prośbo-rozkaz o ściągnięcie żakietu.
- Rany boskie, wy naprawdę nie żartujecie!
Wycelowałam oskarżycielsko palec w Mirka – nie mogłeś mi powiedzieć wcześniej, że moja niby pomoc będzie opierać się na jakichś przebierankach? Jeśli natychmiast nie usłyszę wyjaśnienia, dlaczego niby mam świecić biustem w policyjnym radiowozie…I jeśli ta cała dzisiejsza akcja ma coś wspólnego z twoją zemstą, to...Co ja mówię, na pewno ma! I na takie bzdety idą pieniądze podatników, tak? Bo jakiś pan ważniak policjant nie zna się na żartach!
Przyznaję, nakręciłam się. No bo, dajcie spokój! Co to ma być?
Już nabierałam powietrza, żeby kontynuować swoją tyradę, kiedy policjantka zamajtała mi jakimś cieniutkim drucikiem przed oczami.
- A to co za ustrojstwo?
- Musimy założyć pani podsłuch. Tak na wszelki wypadek. Najlepiej, żeby był schowany pod ubraniem, więc proszę wreszcie zacząć współpracować i pozwolić sobie go założyć. Skoro tak pani się troszczy o to, żeby pieniądze podatników nie poszły na marne.
- Och…
- Podkomisarz Gabriel chyba wyjaśnił pani, na czym będzie polegać pani praca?
Uśmiechnęłam się złośliwie, przypomniawszy sobie pośpiech, z jakim pan Mirek opuszczał moje skromne progi.
- Nie za bardzo. Zresztą nie miał zbyt wiele czasu, bo bardzo się spieszył. Pewna sprawa wydawała się być niecierpiąca zwłoki...
Policjantka uniosła ze zdziwieniem brew, a siedzący z przodu Mirek dostał nagłego ataku kaszlu.
- No dobrze, proszę uważnie słuchać. I proszę się odwrócić w moją stronę, bo inaczej cała okolica będzie rzeczywiście miała doskonały podgląd na pani biust. Proszę rozsunąć żakiet, tylko trochę, o tak. I proszę tak go trzymać. Ma pani jakieś obawy przed dotykaniem przez inną osobę? Chyba, że pani chce, żeby to podkomisarz Gabriel zamontował nadajnik?
- Dziękuję za taką uprzejmość ze strony pana komisarza! Jeszcze by mnie przebił pan na wylot tym kabelkiem. Zresztą -zwróciłam się do pana siedzącego z przodu - może byś się tak odwrócił? I nie waż się zerkać w lusterko! Rany boskie, i czy możemy się trochę pospieszyć? Proszę mi w końcu powiedzieć, tylko tak w dwóch prostych słowach, co mam robić, bo za chwilę spóźnię się do pracy! Skoro twierdzicie, że ta cała akcja nie była przyszykowana dla mnie…
- Mogę zapewnić, że nie – policjantka zabrała się fachowo do pracy. Drucik, wsunięty zgrabnie za szelkę od stanika nie tylko był całkowicie niewidoczny, ale również zupełnie niewyczuwalny. I dobrze, bo już miałam obawy, że to ustrojstwo będzie mnie dźgać przez cały czas, kiedy będę go miała na sobie - radiowozy po prostu jadą na przegląd. Mamy serwis na tej trasie. A że i tak musieliśmy jakoś panią zatrzymać, więc zarządziliśmy małą kontrolę. Tak się złożyło, że pan podkomisarz jechał w jednym samochodzie, a ja i cała ta elektronika w drugim, dlatego nas tu tak dużo. Gotowe. I wy w końcu jesteście na „ty”, czy „pan”?
- Zależy, czy ten facet z przodu odpowiednio się zachowuje, czy bawi się w terrorystę. Mogę się już zapiąć? - z fotela przede mną dobiegł mnie cichy śmiech, który zignorowałam - I proszę powiedzieć w końcu, co mam robić jako ta wasza wtyka. Naprawdę w kilku słowach! O Boże, wiecie, która jest już godzina?
Skupiłam się na zapięciu żakietu tak, żeby nie uszkodzić aparatury pod nim i na tym, co przekazywała mi policjantka. Niby prosta robota. Mam po prostu chodzić niby żywy magnetofon i nagrywać wszystko, co tylko mogę. Mam mieć oczy i uszy szeroko otwarte na cokolwiek, co byłoby dla mnie dziwne lub nietypowe. Każde, nawet najmniejsze odstępstwo od normy miało być przeze mnie skrzętnie notowane i przekazane policji. I, oczywiście, miałam być przy tym tak naturalna, jak zawsze. Łatwizna, prawda?
- Po prostu rób to, co zazwyczaj. Nic więcej nie oczekujemy. Gdyby coś się działo, informuj mnie telefonicznie, zrozumiałaś?
Załapałam sprawę. I, trzeba przyznać, że troszkę zrobiło mi się wstyd, że oskarżyłam pana podkomisarza o chęć zemsty na mnie za tę nieszczęsną kawę z dodatkiem, nie mówiąc już o tym ignorowaniu jego telefonów. Widocznie postanowił mi odpuścić dla dobra sprawy. Miło z jego strony. Może pan policjant rzeczywiście nie jest taki zły. Może...
Pięć minut później zostałam ponownie zatrzymana. Tym razem przez taką prawdziwą kontrolę drogową, która prawdziwie zażądała dokumentów potwierdzających moje uprawnienia do kierowania samochodem. Zaprawdę, policji to ja już dziś miałam pod dostatkiem. Sięgnęłam do torebki, żeby okazać te przeklęte dokumenty, kiedy uświadomiłam sobie, że może być z tym mały problem, jako że wspomnianych dokumentów nie było. Prawdopodobnie leżały sobie gdzieś w okolicy pana podkomisarza Mirka. Któremu osobiście te dokumenty wręczyłam, idiotka i nie zażądałam ich zwrotu, kiedy odjeżdżałam. A teraz pan policjant Mirek, jak można było się spodziewać, nie odbierał moich telefonów. Więc jednak udało mu się odpowiednio mi podziękować za moje ostatnie zagrywki!
Nie miałam innej możliwości, żeby się nim skontaktować. Do głowy przyszło mi jeszcze, żeby wykorzystać podsłuch, ale tu nie byłam pewna, kto siedzi po drugiej stronie, a to, co miałam do powiedzenia panu Mirkowi, nie nadawało się dla postronnych uszu. Wolałam więc nie ryzykować. Jednym słowem, byłam zdana na łaskę i niełaskę policjantów, którzy z uśmiechem niemal od razu zabrali się za wypisywanie mandatu. I, co było równie oczywiste, nie pozwolili mi kontynuować jazdy do pracy. Siedziałam więc w ich radiowozie wściekła jak osa, patrząc, jak mandat uzyskuje moc prawną, nawet nie próbując wyjaśnić, gdzie się naprawdę podziały moje prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Jakoś wątpiłam, żeby uwierzyli, że jeden wredny pan, ich kolega, zabrał mi papiery. Na dodatek, żeby dokonać zemsty za głupi kawał z mojej strony.
Przyjechałam spóźniona do pracy o prawie godzinę. Tyle musiałam czekać, żeby pewien policjant, którego imienia nie będę nawet wymawiać, okazał łaskę i w końcu, po pierwsze, odebrał telefon, po drugie, przywiózł mi te cholerne dokumenty, bo inaczej jego koledzy, zapewne działając z nim w zmowie, nie pozwoliliby mi jechać dalej. Ale mandatu nie skasowali. Tak ku przestrodze, jak obłudnie powiedział mi Mirek, żebym nie zostawiała dokumentów byle gdzie. Bo ktoś może ich użyć przeciwko mnie. Na dodatek bezczelnie pogratulował kolegom z drogówki, że mnie zatrzymali! W mojej obecności!
Nie ma się więc co dziwić, że wpadłam do biura wkurzona jak nigdy. Na moje nieszczęście (jakby ten poniedziałkowy poranek nie był już wystarczająco kiepski), kiedy tylko zawitałam w biurowe pielesze, wpadłam centralnie na szefa, który nie omieszkał mi wypomnieć, o której to się powinno rozpoczynać pracę. I dołożył do tego jeszcze opiernicz za raport za trzeci kwartał, który, według niego, nie był kompletny.
Gdyby pan, szefie, umiał się odnaleźć w tym bajzlu, który ma pan na biurku, na pewno odnalazłby pan brakujące strony, to pewne! Albo, gdyby był pan milszy dla pracowników, to nie odchodziliby tak szybko (Dominika odeszła w zeszłym tygodniu, cała we łzach i frustracji, czemu, naprawdę, trudno się dziwić) i miałby kto zrobić w końcu porządek w dokumentacji w pańskim gabinecie!
Zgrzytając zębami, zabrałam się za codzienną robotę. Akurat był dzień zbiórki, chłopaki powracali z tras, więc zostałam niemal zawalona kwitami do tego stopnia, że nie było mnie prawie spoza nich widać. Patrzyłam zbolałym wzrokiem na to wszystko i jęknęłam w duchu. Jeśli policja myśli, że będę mieć czas, żeby odwalać swoją papierkową robotę i jeszcze do tego szpiegować, to stanowczo muszą sobie znaleźć jakiegoś innego jelenia do tego zadania. Ja po prostu nie dawałam rady.
Około południa rozćwierkała się moja komórka.
- Możesz mi powiedzieć, co ty wyprawiasz? Co miałaś robić? Od rana jedynym dźwiękiem, jaki mamy nagrany, to odgłos twojego siorbania kawy i tłuczenia w klawiaturę! Ulka, nie mamy czasu na coś takiego!
Z jakże wielką chęcią uświadomiłabym temu padalcowi, co sobie może zrobić ze swoim „nie mamy czasu”. Ja też go nie miałam! Ktoś musiał ogarnąć ten papierowy chlew i tym kimś byłam, niestety, ja.
Wymyślając sobie od idiotek, że zgodziłam się na tę całą akcję, a pewnemu policjantowi od najgorszych, zwlokłam się z krzesła i poszłam na zwiady. To znaczy udałam, że kilka rachunków mi gdzieś się zapodziało i przyszłam sprawdzić, czy aby przypadkiem chłopcy nie zostawili ich gdzieś u siebie. Naprawdę, bardzo marna wymówka, więc pewnie się zdziwią, kiedy naglę objawię się w garażach, ale nie miałam żadnego innego pomysłu, żeby nie powzięli od razu jakichś podejrzeń co do moich intencji. No co, nigdy nie twierdziłam, że będę dobrym podwójnym agentem. Teraz ci, którzy znajdowali się po drugiej stronie podsłuchu, mieli już pewność, że byłam najgorszym, jakiego tylko mogli zwerbować.
Pokręciłam się trochę między kierowcami, ale, jak dla mnie, wszystko tam było w porządku. Chłopaki, w liczbie dwunastu, bo pięciu jeszcze nie zjechało do bazy, na szczęście dla mnie niewiele sobie robili z mojej obecności, opowiadając sobie szczegóły z trasy, nie szczędząc przy tym takich perełek, jak na przykład gdzie i na którym odcinku można spotkać najlepsze, no wiecie, panie uprawiające najstarszy zawód świata. Wyszłam stamtąd bogatsza o wiedzę, która z pewnością nie będzie mi przydatna w życiu. Natomiast policji, jak widać, była potrzebna jak najbardziej. Nie zdążyłam nawet usiąść, kiedy dostałam smsa o bardzo nieuprzejmej treści, nakazującego mi w tej sekundzie podnieść tyłek z krzesła i wracać na posterunek przy kierowcach. Zignorowałam go. Naprawdę nie miałam powodu, żeby tam znów iść. Dopiero by się zdziwili, jakby mnie tam zobaczyli ponownie, czy to nie było oczywiste? Jak widać, nie dla policji. Drugi sms był jeszcze bardziej nieuprzejmy, jak pierwszy. Westchnęłam. Tym bardziej, że niemal w tym samym momencie dostałam wezwanie od szefa. Kwestia niepełnego raportu była ciągle nierozwiązana.
Boże, co za dzień!
Wydrukowałam szefowi drugi egzemplarz, ale to go nie uspokoiło. Przez kwadrans grzmiał mi nad głową na temat mojej niekompetencji (jakby to była moja wina, że część raportu nagle dostała nóg) i olewającego stosunku do obowiązków. W sumie, nic nowego, bo szef nigdy nie doceniał niczyjej pracy, ale jakoś nie było mi miło, że dzisiejszej pogadance na mój temat przysłuchiwały się osoby trzecie. Tym bardziej, że szef okazał dziś chamstwo większe, niż zazwyczaj, bo rzucił mi tym świeżo wydrukowanym raportem w twarz i kazał go poprawić, bo jego zdaniem, jest nadal niekompletny, ale również błędny. Ponoć nie uwzględniłam wszystkich kosztów, bo u niego znalazły się jakieś niepopłacone rachunki. A skąd ja mogłam wiedzieć, że u tego tyrana są jeszcze jakieś rachunki do zapłacenia? Co ja, wróżka?
Ot, codzienne uroki pracy w naszej kochanej firmie…
A jeśli mam uniknąć kolejnej pogadanki z szefem i stworzyć mu ten poprawiony raport, a przy tym bawić się jeszcze w obserwatora incognito, to chyba wymagają ode mnie trochę za dużo.
I tak napisałam panu Mirkowi. Że kończę współpracę. Natychmiast. Nawet dodałam, że jest mi przykro. Nie było w moim interesie szkodzić polskiej policji, ale chyba mieli jeszcze jakieś inne sposoby na złapanie tej całej narkotykowej szajki, niż tylko przy pomocy mojej skromnej osoby. Zresztą sami widzieli, że nie było ze mnie zbyt wielkiego pożytku. Więc po prostu napisałam rezygnację. Oficjalnej umowy nie było, więc forma esemesowa chyba też powinna ich zadowolić. I naprawdę myślałam, że to wystarczy. Byłam już nawet pogodzona z myślą, że rzeczywiście policjant Mirek nie odgrażał się bezpodstawnie i faktycznie będę mieć jeszcze na głowę tę całą blondynkę z baru, ale było mi już wszystko jedno.
Od teraz myślę o sobie. O spokoju. O nowym mieszkaniu i o nowej pracy, jak się uda znaleźć coś podobnego. Bo ja naprawdę lubiłam te wszystkie twórcze rozliczenia, jak to nazywał Konrad. Tylko nie z takim szefem, oczywiście.
Muszę jeszcze tylko oddać to całe elektroniczne cudo, wpięte w stanik, nagrywające sobie w najlepsze. I będę wolna…
Nie przewidziałam tylko, że ktoś tu był bardzo uparty.
Ta potwornie uparta osoba stała sobie nonszalancko oparta o mój samochód, kiedy o zwykłej porze wyszłam z biura, na dodatek dźwigając cały miesięczny kosztorys do ponownego sprawdzenia razem z tymi cudownie odnalezionymi rachunkami od szefa. Wiem, wygodniej byłoby mi zostać po godzinach. Niestety szef nawet nie chciał o tym słyszeć, a robota musiała być wykonana, więc byłam zmuszona wziąć pracę do domu. Jakże miło, nieprawdaż?
- Jak chcesz, naślę na tego twojego przyjemniaczka szefa kontrolę z inspekcji pracy. Naprawdę by mu się przydała.
Zignorowałam pana policjanta i otworzyłam drzwi samochodu, żeby wrzucić na tylne siedzenie dokumenty. Teczka, w której je niosłam, tym razem nie wytrzymała i papiery rozsypały się na wszystkie strony, niczym biały deszcz. Zaklęłam.
- Mówię poważnie. Podobnie jak ZUS, kontrola skarbowa, co tylko chcesz. Będziesz mieć frajdę, jak twój szef będzie się motał, próbując sam to wszystko ogarnąć. Fajna perspektywa, nie?
Zatrzasnęłam drzwi i spojrzałam w końcu na tego policyjnego dręczyciela.
- Nie potrzebuję takiej dobroci z twojej strony. I mówiłam, że rezygnuję. Gdzie jest ta policjantka, która rano zakładała to urządzenie do podsłuchu? Wolę go sama nie wyciągać, bo jeszcze coś popsuję.
Znając moje szczęście, na pewno popsuję. A potem policja jeszcze mnie oskarży o niszczenie mienia państwowego...
Szarpnęłam klamką, żeby otworzyć drzwi od strony kierowcy, ale Mirek był szybszy. Jego wielki bucior skutecznie mi uniemożliwił realizację moich placów.
- Puść.
- Nie, póki nie powiesz, że nadal będziesz dla nas pracować.
- Już wszystko napisałam i nie zmienię zdania. Puść te drzwi! Mam ci to bardziej dosadnie wytłumaczyć?
Równie dobrze mogłam się wydzierać na drzewo, żeby samo się przesunęło. O matko, co za uparciuch!!!
- Miej na uwadze, że jeśli zrobisz teraz scenę, to nie pomoże to ani tobie, ani nam. Więc uspokój się, zanim wszyscy dokoła cię usłyszą, co? Udawaj przez moment, że nie chcesz mnie zabić, tyko że rozmawiamy jak para dorosłych ludzi…
- Skończyłeś? - ponownie szarpnęłam klamką, ale ani drgnęła, przytrzymana potężną policyjną stopą. Zgrzytnęłam zębami – Naprawdę nie mam czasu na te twoje gierki. Śpieszę się.
- Wiedziałem, że będziesz chciała mi stąd zwiać najszybciej, jak się tylko da i potem będę szukał wiatru w polu i się, cholera, niewiele pomyliłem, jak widać.
No cóż, miał rację. Prosto z pracy miałam plan, żeby pojechać do Anki i tam przeczekać policyjne zainteresowanie moją osobą. Ale przecież nie przyznam się panu podkomisarzowi, bo wtedy w życiu mnie nie spuści z oczu, zanim się nie zgodzę dalej kontynuować współpracy.
- Dobra, chodź, zrobimy niedźwiadka. Żeby pokazać tym wszystkim zainteresowanym, którzy nas teraz podglądają...
- Chyba śnisz!
Pokręcił głową z tym uśmieszkiem, który tak mnie denerwował.
- Tak myślałem, że się nie zgodzisz. Szkoda…Jeśli nie niedźwiadek, to wsiądź do samochodu, Ula. Proszę cię. Porozmawiamy gdzieś, gdzie nie będziemy obserwowani z każdej strony. Więc bądź grzeczną dziewczynką i choć raz nie protestuj. Zobacz, nawet zabawię się w dobrze wychowanego człowieka…
- Jasneee…
- ...i otworzę ci drzwi. Nie rozumiem, dlaczego wątpisz w moje umiejętności dostosowania się do sytuacji. Gdyby było to konieczne, to zrobiłbym dużo więcej, szczególnie z tobą, żeby przekonać tych, którzy nas tak wnikliwie obserwują, że…
- Dobrze, proszę cię, nie kończ. Wsiądę do tego samochodu!
Ok, i tak musieliśmy jakoś się stąd wynieść. Jako, że Mirek zjawił się tu chyba na piechotę, jak mniemałam, jasne było, że musi jechać ze mną. Westchnęłam i usiadłam na fotelu pasażera, oddając niechętnie kluczyki w policyjne ręce. Pod tym względem byłam podobna do Anki - nienawidziłam, kiedy ktoś inny jeździł moim autkiem. Nawet Konradowi rzadko na to pozwalałam. Tym razem musiałam jednak poddać się wyższej konieczności.
- Gdzie masz swój samochód? - zapytałam, kiedy tylko ruszyliśmy. W oknach biura odbijały się postacie, wpatrujące się w mój oddalający się samochód. Poczułam lekki skurcz w sercu. Rację miał pan policjant, że mieliśmy niezłą widownię. A ja miałam pełną świadomość, że jutro będę musiała jakoś się wyłgać z obecności faceta czekającego na mnie po pracy. Głupia ja w przypływie szczerości powiedziałam współpracownikom, że rozstałam się z Konradem, co zostało puszczone w obieg niemal błyskawicznie i omówione bardzo szeroko w naszym firmowym gronie. Nie ma opcji, że mi jutro darują i przejdą do porządku dziennego nad obecnością jakiegoś nowego faceta przy moim boku.
- Nie słyszałaś, jak ta policjantka mówiła rano, że radiowozy pojechały na serwis? Mój też. A prywatny został pod mieszkaniem. Koledzy z drogówki byli tak mili, że mnie tu podrzucili i zostawili na pastwę twojego dobrego serca. Dlatego będziesz musiała być też miła i mnie odwieźć. Rany boskie, jak tu mało miejsca. Musisz jeździć z kolanami pod brodą?
Widok takiego wielkiego faceta w mojej karocy był, co tu dużo mówić, nietypowy. Biedak próbował się jakoś zmieścić za kierownicą, z marnym rezultatem.
- Masz ochotę na kawę? Naprawdę musimy pogadać.
- Kawa nie jest potrzebna…
- A ja myślę, że jak najbardziej. Tylko nie taka, którą doprawisz jakimś paskudztwem.
Poziom wstydu za moje szczeniackie zachowanie niepokojąco się pogłębił.
- Przepraszam za to. Nie wiem, co mnie wtedy podkusiło. Ale kawy i tak nie chcę.
- No to herbata.
Westchnęłam ze słabo maskowanym zniecierpliwieniem.
- Mówił ci już ktoś, że jesteś najbardziej wkurzającym przedstawicielem rodzaju męskiego, jaki stąpa po ziemi? Jeśli nie, to ja ci to mówię. Nie zmienię zdania. Zresztą, sam widzisz, że na niewiele się wam dziś przydałam. Nie mam doświadczenia ani czasu na zabawę w podwójnego agenta.
- Właśnie dziś, dzięki tobie, potwierdziliśmy, że jeden z waszych kierowców znajdował się w miejscu, gdzie doszło do przekazania towaru. A to jest, między innymi, coś, co bardzo nam pomoże namierzyć resztę. Więc nie byłaś wcale tak bezużyteczna, jak sądzisz.
Gdyby powiedział, że mój szef jest miłą osobą, mniej bym się zdziwiła. I przeraziła też.
- Który? Który z nich?
- Przecież wiesz, że nie mogę ci powiedzieć. Tajemnica śledztwa. Poza tym zdążyłem cię poznać wystarczająco, żeby być pewnym, że gdy tylko byś usłyszała jego nazwisko, nie umiałabyś się powstrzymać i nawrzucałabyś mu co nieco za taką działalność. A tego na tym etapie wolelibyśmy uniknąć.
Zmilczałam tę ewidentnie niemiłą szpilkę skierowaną w moją stronę, ale inna rzecz bardziej mnie ciekawiła.
- Jak wam się udało cokolwiek ustalić, skoro oni rozmawiali tylko o prostytutkach? Przynajmniej ja tyle z tego zrozumiałam, że o nich rozmawiali. Ku mojemu zażenowaniu. Czy tego też nie możesz mi powiedzieć?
- Nie mogę, ale powiem ci jedno. Panie uprawiające najstarszy zawód świata również pracują zmianowo i rutynowo.
- Och...Już rozumiem. Prześledziliście ich drogę po grafikach dziwek, tak? No cóż, faktycznie.
- Chwytasz istotę rzeczy. I co, nadal uważasz, że nie przysłużyłaś się sprawie?
- Nie.
Kłóciliśmy się całą drogę. To znaczy, Mirek próbował mnie namówić, używając różnych argumentów, a ja warczałam na niego, żeby się w końcu zamknął i dał mi spokój. Słowo daję, napalił się na tę naszą współpracę jak dzik na szyszki i teraz ciężko było go od tego odwieźć.
- A tak z innej beczki. Kiedy mam się spodziewać pisma oskarżającego o pobicie? Możesz przekazać tej blondi serdeczne pozdrowienia ode mnie z zapewnieniem, że niedługo się zobaczymy. W sądzie.
Mirek popatrzył na mnie dziwnie.
- Naprawdę uwierzyłaś, że byłbym takim skurczysynem, który cię wplącze w coś takiego? A nawet, jakbyś musiała się stawić w sądzie, to każdy sędzia by cię uniewinnił, na dodatek z palcem w nosie!
- No cóż, nie byłam tego taka pewna, szczególnie, kiedy przedstawiłeś sprawę w tak sugestywny sposób. Gdybym wtedy choć podejrzewała, że to kawał, to w życiu bym się nie zgodziła na tę całą akcję wywiadowczą. Także możesz sobie pogratulować, że tak dobrze podziałałeś na moją wyobraźnię. Zapewniam, że bardzo realistycznie wyobraziłam sobie siebie oskarżoną o bardzo niefajne rzeczy! I tylko dzięki temu macie dzisiejszy sukces. Pierwszy i ostatni, o ile będę mieć w tej sprawie coś do powiedzenia!
Nie odezwałam się więcej. Nie było wspólnej herbaty. Zamiast tego Mirek odwiózł mnie na parking na najbliższy Orlen, gdzie czekała już znajoma policjantka, która pozbawiła mnie tego całego podsłuchu.
I na tym powinien się zakończyć ten pechowy rozdział mojego życia. A ja powinnam wreszcie odetchnąć od takich przygód i skupić się na sprawach naprawdę ważnych, szczególnie dla mnie. Przede wszystkim na skończeniu raportu dla szefa.
- Ula, no proszę cię…
Zostawiłam Mirka z bardzo proszącym wyrazem twarzy, za to w towarzystwie znajomej policjantki i ruszyłam z piskiem opon spod tego Orlenu, tak szybko, jak no to pozwalały przepisy, oczywiście. Jakoś nie miałam ochoty, żeby powtórzyła się sytuacja z dzisiejszego poranka. Czy to naprawdę było dziś rano? Wydawało mi się, że całe wieki temu.
Jechałam obwodnicą i starałam się zdusić jakieś dziwne, wręcz niepokojące uczucie gdzieś wewnątrz mnie. Coś jak wyrzuty sumienia. Kazałam im się zamknąć. Akurat wyrzuty sumienia były czymś, czego miałam do tej pory w takim nadmiarze, że wystarczy mi ich do końca życia.


Kiedy następnego ranka jechałam do pracy, niewyspana jak chyba jeszcze nigdy w życiu, bo do drugiej nad ranem siedziałam nad tymi diabelskimi papierami, znów zostałam zatrzymana. Sytuacja była tak absurdalna, a ja tak zmęczona, że po prostu roześmiałam się, kiedy zobaczyłam Mirka wyłaniającego się z jednego z dwóch radiowozów i zmierzającego w moim kierunku.
- Czy mi się zdaje, czy coś takiego już nie miało miejsca? Nie dalej jak wczoraj? Ty naprawdę nie umiesz przyjąć do wiadomości pewnych rzeczy, panie władzo.
Trochę mało elegancko ziewnęłam mu prosto w twarz.
- Słuchaj, naprawdę nie mam ochoty się z tobą kłócić z samego rana…Ej!
Nie czekał na zaproszenie, tylko wparował do mojego samochodziku i ulokował się na siedzeniu pasażera. Nie miałam czasu na jakiś gorętszy protest, bo w tym samym momencie spłynął na mnie deszcz papierów.
- Co to ma niby być?
- Te pierwsze, to mieszkania do wynajęcia. Do wyboru, do koloru, małe i większe, jakie sobie tylko zamarzysz. I, co najlepsze, na wszystkie z pewnością będzie cię stać. Nie zapominaj, że znam wysokość twojej pensji.
- Czyś ty oszalał?
- Nie, ale muszę znaleźć jakieś bardziej przekonywujące argumenty, żebyś dalej z nami pracowała. Pomyślałem, że zacznę od mieszkania.
Przyznaję, zatkało mnie. I, prawdę powiedziawszy, z trudem się powstrzymałam, żeby nie otworzyć pierwszej z brzegu oferty. Zobaczyłam tylko kawałek zdjęcia, na którym było widać balkon. Dwa razy większy, niż mój obecny. Znałam mniej więcej rynek mieszkaniowy w Krakowie i wiedziałam, jakie ceny mają mieszkania z balkonem. I niby na coś takiego było mnie stać?
- To bardzo...miło z twojej strony, że się tak trudziłeś, ale…
- A pod spodem, w tej drugiej teczce, masz propozycje pracy. Lepiej płatnej, a na pewno z lepszym szefem. Na podobne stanowisko, jak to, które teraz zajmujesz. Gdybyś chciała coś innego, myślę, że też dałoby się załatwić, tylko nie od razu.
Zagapiłam się w ciężkim szoku na faceta, który siedział obok mnie z bardzo poważnym wyrazem twarzy. Czego, jak czego, ale tego to się nie spodziewałam. Ale pan policjant nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Na całą tę stertę dobroci z jego strony spłynęło jeszcze jedno małe pisemko, w którym rozpoznałam wczorajszy mandat. Chyba on nie zamierza…?
O tak, zamierzał. Po prostu złapał w dwa palce ten świstek i patrząc mi prosto w oczy, dokonał na nim aktu dewastacji, drąc go na pół, a potem jeszcze na pół i potem znów na pół, aż w końcu mandat zaczął przypominać sieczkę.
- Wow…
Tyle tylko udało mi się powiedzieć. Przyznaję, byłam w szoku.
- Czy teraz przynajmniej rozważysz naszą dalszą współpracę?
- To niesprawiedliwe – powiedziałam dziwnie piskliwym tonem – doskonale wiedziałeś, że nie oprę się nawet jednej z tych rzeczy. A tu są aż trzy! Boże drogi, naprawdę nie wiem, czy mam ci podziękować, czy cię ochrzanić za takie próby manipulacji.
- Ochrzaniać albo dziękować możesz później, teraz tylko powiedz, że się zgadzasz. Oderwałam zachwycony wzrok od tych skarbów, leżących na moich kolanach i zerknęłam na Mirka podejrzliwie.
- Wiesz, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nie każdy potencjalny policyjny pomagier może się szczycić tym, że znajdują mu mieszkanie i pracę. O kasacji niewygodnych mandatów nie wspomnę. Mogę wiedzieć, czemu ja jestem tak nietypowo traktowana?
- Nie. Zgadzasz się?
Ta odpowiedź bardziej mi już przypominała Mirka wredotę. Westchnęłam.
- Już mówiłam, za choć jedną z tych rzeczy dałabym się pokroić. Naprawdę marzyłam o znalezieniu nowego mieszkania i nowej pracy. Tylko jakoś ciężko mi się było do tego zabrać.
- Jak już się zdecydujesz na jakieś mieszkanie, to pomogę ci w przeprowadzce. Daj tylko znać, kiedy.
- Jezu, Mirek, wariacie…
- Naprawdę mi na tym zależy. Zresztą, chyba już zdążyłaś to zauważyć. Czyli co, mogę powiedzieć szefowi, że wracasz do gry, tak?
Skinęłam powoli głową. No dobra, takie zacięcie jest warte nagrody. Wolałam się nawet nie zastanawiać, co musiał zrobić i jak się natrudzić, żeby zdobyć dla mnie te dane, które teraz ściskałam kurczowo w ramionach. Musiał spać jeszcze mniej, niż ja.
Powiedział, że mu na tym zależy. Niespodziewanie, zaciekawiło mnie to. Czemu aż tak chce, żebym im pomagała? Czy po prostu faktycznie widzi w tej naszej współpracy jedyną formę załatwienia sprawy przemytu narkotyków? Jakoś w to wątpiłam. Więc, dlaczego?
- Dobrze mi się z tobą gawędzi, Ula, ale czy przypadkiem nie musisz jechać do pracy? Zobacz, która godzina.
- O rany, rzeczywiście – otrząsnęłam się z nieco dziwacznych rozmyślań i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Nagle coś mi się przypomniało – a nadajnik? Gdzie ta policjantka?
- Dziś ja pobawię się w speca od efektów dźwiękowych. Nie ruszaj się.
Pisnęłam, kiedy Mirek pochylił się nade mną i, zanim zdążyłam się zastanowić nad tym, co robię, już dostał po łapach.
- Hola, gdzie te ręce?
- Chciałem tylko przypiąć ci mikrofon. Co ty sobie wyobrażasz?
Co sobie wyobraziłam, to moje, ale na pewno nie podzielę się tymi wyobrażeniami z panem policjantem! Rany boskie, chyba naprawdę musiałam być wyposzczona! Tym bardziej, kiedy okazało się, że pan policjant wcale nie zamierzał mnie jakoś napastować na siedzeniu mojego własnego samochodu.
W jego wielkiej dłoni dostrzegłam coś świecącego. Mała, w kształcie biedronki, błyskotka rozbłysła jak żywa, kiedy padły na nią promienie porannego słońca. Zachwyciłam się. No co, byłam tylko kobietą!
- Jaka śliczna! Nie mów, że to maleństwo to właśnie mikrofon.
Mirek odwrócił biedronkę tak, że teraz zobaczyłam maleńkie nadajniki, niby czułki, wystające z malutkiego owadziego tułowia.
- To maleństwo, jak go nazywasz, ma dużo większy zakres działania, niż ten mikrofon z wczoraj. Teraz wystarczy, że staniesz przy otwartym oknie, a nasi panowie będą na przykład siedzieli pod nim i rozmawiali. Usłyszymy wszystko.
Mirek delikatnie przyczepił uroczą biedroneczkę do klapy marynarki, którą miałam dziś na sobie.
- Mogę to robić sama.
- Nie ruszaj się, bo cię dźgnę!
Zaniechałam protestów, żeby uniknąć dziury w ciele, ale także, żeby nieco uspokoić serce, które nagle zaczęło pikać w rytmie, który nie bardzo mi się podobał. Na szczęście Mirek chyba tego nie słyszał, co więcej, chyba dla niego nic specjalnego się nie działo, bo dokonawszy przypięcia, odsunął się ode mnie z zadowolonym wyrazem twarzy.
- No, gotowe. Tylko nie zgub, bo za ten sprzęt odpowiadam własną głową. Niby to ustrojstwo ma GPS-a, ale nigdy nie szukałem czegoś, co ma tylko kilka centymetrów długości i wolę tego nie robić dzisiaj.
- Postaram się…
Z biedroneczką na piersiach pojechałam do pracy, zostawiając Mirka na drodze. Obiecał, że przynajmniej dziś powstrzyma się od pisania tych wkurzających smsów, ale kto go tam wie…
Zgodnie z ustaleniami, zaraz po przyjeździe, otworzyłam okno od strony magazynów, symulując od samego rana napady duszności przed zdziwionymi kolegami. Zazwyczaj byłam największym zmarzluchem w biurze.
- Duszno ci, Ulka? Trochę za wcześnie na menopauzę u ciebie. Choć mówią, że teraz dotyka coraz młodszych.
Uśmiechnęłam się słodko do naszej kadrowej.
- Nie, po prostu chcę wywietrzyć twoje perfumy. Trochę za ciężkie do biura, nie uważasz? Chyba, że chciałaś się tak bardzo pochwalić ostatnim prezentem od przyjaciela...Powiedz mu, żeby następnym razem wybierał nieco lżejsze kompozycje zapachowe.
- Ktoś tu jest zazdrosny?
- Błagam, Kasiu, nie rozśmieszaj mnie. Że niby ja?
- Tak, ty, Ulka. Na przykład o to, że ja przynajmniej mam jakieś życie prywatne, w przeciwieństwie do ciebie. I tak zwanego przyjaciela. Serio, Ulka, czepiasz się. Odkąd rozstałaś się z Konradem, zdziwaczałaś do reszty. Stanowczo trzeba ci faceta.
- No co ty nie powiesz...
- Kaśka, to ty niedoinformowana jesteś – do mojego biurka podszedł Michał i z zadowoloną miną usiadł na blacie, w bezczelny sposób robiąc mi groch z kapustą w papierach – oj, bardzo się zdziwisz, jak usłyszysz najnowsze wieści...
- Zabieraj mi stąd tyłek, Misiek! Ile razy prosiłam, żebyś się tak nie sadowił mi na biurku!
Kaśka momentalnie podniosła głowę znad swojego kubka z kawą, kiedy dotarło do niej to, co powiedział nasz informatyk, a ja jęknęłam w duchu.
- Czekaj, czekaj, Michał, czyżby nasza biurowa zakonnica kogoś poznała? Skąd wiesz?
- Gdybyś wychodziła z pracy o tej porze, o której powinnaś, to teraz nie wytrzeszczałabyś z ciekawości tych twoich ślepaków – drań roześmiał się z miny Kaśki, niepomny na to, że ode mnie dostał kopa pod stołem. Na pewno go poczuł, ale zignorował. Zaprawdę, a mówią, że to kobiety są większymi plotkarkami… - wczoraj ten królewicz podjechał po naszą Ulę po pracy. Każdy go widział. Oczywiście, poza tobą, Kasiu. Jak mówiłem, peszek, że nie poczekałaś do końca zmiany. Jaką tym razem ściemę wcisnęłaś szefowi? Że zalało ci mieszkanie?
Ha! Musiała być nadzwyczaj przekonująca, skoro szef się nabrał na coś takiego. Wolałam się nie zastanawiać, jak bardzo. Ani jakich sfer mogło to przekonywanie dotyczyć. Każdy zresztą w biurze widział, że pan Janusz jakoś nigdy na Kasię nie wrzeszczy. Konkluzja nasuwała się sama i była zbyt odrażająca, żebym mogła ją kiedykolwiek powiedzieć na głos. Ale każdy sobie rzepkę skrobie i jak sobie pościele, tak się wyśpi. Skoro Kaśka lubi leżeć na szefowskim materacu…
- Nie twój interes, co powiedziałam szefowi. Miałam sytuację kryzysową, jasne?
- Oczywiście, Kasiu, jasne jak słońce. Współczuję ci serdecznie. A tobie, Uleczko, gratuluję, mówię ci, ten facet jest pierwsza klasa! Gdzie przygruchałaś sobie takiego przystojniaka?
Cholera, a myślałam, że jednak mi odpuści...
- Kaśka dobrze ci powiedziała, nie twój interes! I won mi tym zadem z mojego biurka!
- No nie bądź taka, pochwal się. Skąd go znasz? Zobacz, jak Kasi świecą się oczka, bo jest tego też ciekawa...
- Zdaje mi się, że to indywidualna sprawa, co kto robi po pracy, więc, że tak powiem, gówno wam do tego, kto to był i gdzie go poznałam.
- Oooo, czyli to ktoś na poważnie. Nie nakręcałabyś się tak, gdyby to była tylko jakaś przygodna znajomość…
Nie miałam zamiaru wdawać się w jakieś dywagacje na temat moich potencjalnych poważnych, lub niepoważnych związków. Tym bardziej nie przed kolegami z pracy.
- Dajcie wy mi święty spokój! Mówiłam, figę wam powiem, więc mnie nie męczcie. I wypad stąd, bo mam robotę!
Zakopałam się w papierach, starając się zignorować dwoje ciekawskich, boleśnie świadoma, że Mirek również musiał wszystko słyszeć. I jakoś nie byłam z tego powodu zbyt szczęśliwa. No dobra, brzydkim go nazwać nie mogłam. Ale znając go, lepiej nie utwierdzać go za bardzo w przekonaniu, że stanowił taki łakomy kąsek. Jeszcze go wbije to w dumę, czy coś…
Mirek dotrzymał słowa i przez cały dzień nie dostałam ani jednego wkurzającego smsa. Żeby się mu odwdzięczyć za tę niespotykaną uprzejmość z jego strony, często robiłam sobie przerwy i kursowałam po całym biurze i dolnych kondygnacjach. Jeśli to malutkie coś wpięte w klapę mojej marynarki miało faktycznie taki zasięg, to dzisiaj żadna przeprowadzona w budynku rozmowa nie była odpuszczona. Podobnie jak inne odgłosy, na przykład toaletowe. Ugh…
Czasami nie zazdrościłam im tej policyjnej roboty.
- I jak? Dowiedzieliście się czegoś nowego?
To było już po pracy. Zajechałam na znajomy mi Orlen, gdzie już oczekiwał na mnie komitet powitalny, złożony z podkomisarza Gabriela i również znajomej mi policjantki. Chyba dzisiejszy dzień był więcej, niż udany. Gdyby nie uszy, uśmiechy mieliby dokoła głowy.
- Nie możemy powiedzieć…
- Oj, nie bądźcie tacy! Nie wygadam się, obiecuję. Choć widzę, że było dobrze, bo macie podejrzanie dobre humory. To jak, sukces?
Mirek podsunął mi styropianowy kubeczek z kawą.
- Skoro widzisz, że dobry humor jest, to ta wiedza powinna ci wystarczyć do szczęścia. Nic więcej się nie dowiesz. Ale, żebyś nie była taka rozczarowana, to powiem ci, że szef jest z ciebie bardzo zadowolony. A jak szef jest zadowolony, to znaczy, że sukces był jak najbardziej.
- No powiedz!!! Szczegóły, Mirek!
- Nie.
A to menda! Spojrzałam prosząco na policjantkę, majstrującą zapamiętale przy nadajniku, który chwilę wcześniej odpięła od mojej marynarki.
- Pani też nie uchyli rąbka tajemnicy?
Policjantka uśmiechnęła się lekko i wskazała na Mirka.
- Niestety, on tu rządzi. Jeśli mówi, że nie wolno, to nie wolno.
Ok, nie, to nie. Nieco urażona, bo w końcu przecież chodziło o coś, w czym tkwiłam dość głęboko, a ci nieużyci policjanci nie chcieli mi nic powiedzieć, upiłam łyk kawy i zapatrzyłam się w okno. Moja mina musiała być bardzo wymowna, bo Mirek westchnął.
- Przestań, Ulka. Naprawdę, im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. I dla nas też. Po prostu rób dalej to, co do tej pory. Z tego wywiązujesz się wręcz koncertowo. A resztę roboty zostaw tym, którzy się na tym znają lepiej. I nawet nie próbuj prowadzić jakichś akcji na własną rękę. Mam wystarczająco na głowie, żeby jeszcze martwić się o twoje bezpieczeństwo, jasne?
- Dobra, dobra, rozumiem.
Rozumiałam aż za dobrze. Ale nie znaczyło to, że mi się to podobało.
I pan policjant tak bardzo się o mnie martwił, tak? Ciekawe…

Jeszcze o trzech szalonych dziewojach słów kilka...

- Gdzie jest Anka?
To pytanie wyćwierkała Matylda w piękny, słoneczny, niedzielny poranek, a raczej południe, bo jedenasta wybiła już jakiś czas temu, schodząc tanecznym krokiem z piętra. Nie powiem, jej widok nie poprawił mi skacowanego nastroju. Wyglądała niesamowicie pociągająco w tym jej seksownym szlafroczku, który dostała od nas na ostatnie urodziny. Pan doktor Piotr musiał być również ukontentowany tym widokiem. Poza tym, nie widać było po niej zbytnio, że poszłyśmy spać, kiedy promienie słoneczne barwiły widnokrąg, na dodatek po takiej dawce alkoholowej poprzedniego wieczoru, że nadal czułam smak drinków w ustach.
- A jak myślisz, czarownico? A tak w ogóle, to dzień dobry.
- Ktoś tu wstał dziś lewą nogą? - Matylda usiadła przy rozkładanym stoliku w mikroskopijnej kuchni i bezczelnie poczęstowała się kanapką z mojego talerza – co, główka boli? Kacorek męczy? I czemu nazywasz mnie czarownicą z samego rana?
- Bardziej wiedźmą. I męczy. Nie każ mi mówić, jak bardzo – położyłam moją skacowaną głowinę na stoliku, wbrew wszelkim zasadom dobrego wychowania. A co mi tam, matki tu nie ma, nikt mnie nie ochrzani za takie zachowanie - Ile myśmy wczoraj wypiły, tak nawiasem mówiąc? Mam niejasne wrażenie, że sporo…Możesz nie szurać tak tym krzesłem?!
Matylda, niepomna na moje prośby, przysunęła sobie stołek za pomocą stopy, oczywiście, co usłyszałam w swojej głowie razy co najmniej tysiąc. Zdążyła sobie nalać kawy z zaparzonego przeze mnie dzbanka, ale nic ponadto. Westchnęłam i podsunęłam jej talerz z moimi kanapkami. I tak chyba nie zdołałabym ich utrzymać w żołądku. Co innego Matylda, która zabrała się do konsumpcji z podziwu godnym entuzjazmem.
- Nie usłyszałam, dlaczego nazywasz mnie wiedźmą.
- Dobrze wiesz, dlaczego. Jak inaczej nazwać kogoś, kto tak precyzyjnie potrafi przewidzieć przyszłość? - zapytałam zgryźliwie – dowód, a właściwie dwa dowody twoich wizji przyszłości z samego rana poszły w ciemny las, żeby zbierać grzyby. To taka oficjalna wersja. Dlatego ja wolę się trzymać dziś od lasu z daleka. Znając moje szczęście, na pewno wpadłabym na nich, kiedy...Cóż, powiedzmy, że sytuacja będzie podobna do tej twojej w szpitalu, równie żenująca i równie niechętnie przeze mnie wspominana.
Wiedźma Matylda przepowiedziała przyszłość perfekcyjnie. Leśnik stał się stałym towarzyszem naszej damskiej społeczności, a już szczególnie Anki, co do której miałyśmy poważne obawy, że również przepadła na amen. Szczególnie ciężko było również szkalować pana leśnika podejrzeniem, że zmusza się do czegokolwiek, kiedy zjawiał się o różnych porach w naszym domku. Raczej wyglądało to wręcz przeciwnie.
W dzień naszego przyjazdu, kiedy udało mu się (po ciężkiej walce) otworzyć pancerne drzwi, został ugoszczony kolacją i drinkiem. A także kolejnym przesłuchaniem w wykonaniu Matyldy. Byłam pewna, że go to nieco odstraszy, ale, ku mojemu zdziwieniu, następnego dnia zjawił się nieprzyzwoicie wcześnie, żeby zaproponować wspólny wypad do lasu. Niby zaproszenie obejmowało całą trójkę, ale delikatnie się z niego z Matyldą wymiksowałyśmy. Ja, bo ciągle bolała mnie noga po pamiętnym upadku, Matylda, bo nie wyobrażała sobie, że mogłaby mnie zostawić samą, cierpiącą i nieszczęśliwą. Odegrała przy tym takie przedstawienie, że w Hollywood z miejsca daliby jej Oscara. Ale Aneczka z Kacprem niech idą do tego lasu, oczywiście, na zdrówko niech im to wyjdzie…
Jasne, że ten leśny spacerek wyszedł im na dobre! Anka wróciła cała w rumieńcach, a Kacper miał minę, jakby wygrał główny los na loterii. Przyjął zaproszenie na obiad, a potem musiał w końcu udać się do swoich leśniczych obowiązków. Ku jego i Anki olbrzymiemu żalowi, którego nie dało się ukryć, choć, niewątpliwie, próbowali.
Nie zdążyłyśmy nawet zatęsknić, bo zjawił się kilka godzin później na zapoznawczym grillu (jakbyśmy, dzięki wywiadowi Matyldy, nie byli wystarczająco zapoznani) razem z dwoma kolegami, również leśnikami, do kompletu oraz pokaźnym zapasem alkoholu, co by nam się zapoznanie dobrze układało.
Zabawa, tym lepsza, im więcej alkoholu zostało skonsumowane, zakończyła się prawie nad ranem. Po dwóch nowo poznanych leśników przyjechał jakiś tubylczy kuzyn i panowie odjechali do siebie, żegnając nas wylewnie. Kacper, który miał niby iść do domu Kazików na własnych stópkach jakimś skrótem przez las (Boże, jaki hardcore!), na szczęście porzucił ten pomysł i zachomikował się gdzieś z Anką. Zresztą, podczas tego grilla oczu od siebie oderwać nie mogli. Miałyśmy z Matyldą dosyć poważne podejrzenia, że doświadczali razem romantycznej nocy na plaży. Nie było raczej potrzeby, żeby się o nich martwić, bo widziałyśmy, że razem z naszymi gołąbeczkami zniknęły również koce i śpiwory. Przynajmniej będzie im ciepło w zadki, a poza tym sami mogą się nawzajem ogrzewać, prawda? A kiedy rano zeszłam na dół, czekała na mnie karteczka, informująca, że poszli znów do lasu na grzybki. Bardziej skłaniałam się ku temu, że tym razem wykorzystują pusty dom Kazika. Anka nie należała do osób, które lubiły obcować z naturą zbyt blisko i na pewno uświadomiła Kacprowi, że dużo wygodniej będzie im w łóżku, niż na najbardziej miękkim piasku lub leśnym mchu. Szczególnie, kiedy jesień nie nastrajała do amorów pod chmurką.
Wiedźma Matylda, zjadłszy moje kanapki, zadowolona i odprężona, zasiadła na zewnątrz z telefonem przy uchu i rozpoczęła codzienną porcję konwersacji ze swoim przystojnym lekarzem. Kiedy pierwszy raz słyszałam jej głos podczas takiej rozmowy, aż mnie zakłuło gdzieś tam w środku, tam, gdzie, według anatomii, powinno być serce. Po pierwsze, nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby Matylda mówiła do kogokolwiek takim tonem, pieszczotliwie i z takim uczuciem, że zupełnie mnie zamurowało. Po drugie, do czego przyznaję się ze wstydem, byłam zazdrosna. Powinno się mnie za coś takiego wykluczyć z towarzystwa przyzwoitych ludzi, ale, na niebiosa, naprawdę byłam zazdrosna o chłopaka najlepszej przyjaciółki i było mi niesamowicie źle z tą świadomością. A teraz, kiedy, jak widać, Anka również znalazła swojego amanta, który powinien, mam taką nadzieję, być bardziej stały od fotografa Roberta, również czułam, że gadzina zazdrości szarpie mi trzewia. Mocno, boleśnie, powodując u mnie wyrzuty sumienia.
Gnana tymi wyrzutami sumienia, zaszyłam się w kuchni (matka byłaby dumna) oddając się twórczości przygotowania obiadu. Nienawidziłam gotować, ale wolałam już wyładowywać swoje negatywne emocje na kawałku schabu, niż na dziewczynach. Jakoś nie uśmiechało mi się tłumaczenie, skąd się wziął mój kiepski nastrój. Na szczęście zdolności aktorskie, które wyćwiczyłam ostatnio do perfekcji przed moją podejrzliwą rodzinką, tu również znalazły swoje zastosowanie. Obiad przebiegł więc w bardzo radosnej atmosferze. A potem trzeba było zacząć się przygotowywać do powrotu na krakowskie podwórko. Tu już mogłam szastać złym humorem, jak tylko miałam ochotę, bo wszystko złe można było zwalić na perspektywę stawienia się jutro w pracy. Anka i Matylda doskonale znały realia mojego kieratu, więc mój pogorszony nastrój wcale ich nie zdziwił. Zresztą, nawet go chyba nie zauważyły. Anka była zbyt zajęta udawaniem, że nie jest zrozpaczona rozstaniem z przystojnym panem leśnikiem na całe długie pięć dni (obiecał, że przyjedzie do niej w przyszły weekend), natomiast Matylda biegała jak z piórkiem w pewnej części ciała, pospieszając nas do szybszego wyjazdu, że niby nie chce przyjechać do Krakowa w środku nocy. Byłam pewna, że prawdziwy powód jej chęci jak najszybszego wyjazdu czeka już równie zniecierpliwiony, żeby utulić Matyldę w swych stęsknionych lekarskich ramionach. Szczęściara…
Na mnie nawet kot nie czeka. Dara została na weekend umieszczona u rodziców, więc w perspektywie miałam tylko jakże miłe spotkanie z własną matką przy odbiorze sierściucha. Która, niewątpliwie znów podniesie mi ciśnienie swymi pretensjami. Jest czego wyczekiwać, prawda?
Wizja matczynych tortur sprawiła, że aż zrobiło mi się zimno. Poza tym matka jeszcze nie odpuściła mi sprawy rozstania z Konradem, próbując za każdym razem wyciągnąć ze mnie jakieś pikantne szczegóły. Jako że opowieści te z pewnością nie są przeznaczone dla jej delikatnych matczynych uszu, do tej pory udawało mi się czmychnąć, zanim jej nalegania stawały się zbyt drastyczne. Jak na razie działało to całkiem nieźle. Na szczęście dała mi spokój podczas tego wyjazdu. Na szczęście…
Usiadłam na baczność na tylnym fotelu garbusa Anki, przerażona swoją głupotą.
- Lulka, co ci?
- Telefon! - wrzasnęłam strasznym głosem i rzuciłam się do torebki w poszukiwaniu nieszczęsnej komórki. Znalazłam ją na samiutkim dnie, tam, gdzie ją z taką nonszalancją wrzuciłam. I nawet nie było mi jej brak przez te trzy dni. Bardziej mnie przerażała wizja tego, co mogę ujrzeć po jej odpaleniu.
- Kurde, jaki ja mam PIN???
- Sprawdź datę urodzin. U mnie zawsze działa.
Wklepałam 2007 i faktycznie, zadziałało.
- Szybciej, szybciej – jęknęłam widząc, jak wolno się to wszystko otwiera. Matka na sto procent coś odwaliła podczas mojej obecności, byłam tego pewna. Nie martwiłam się o Darę, gdyby coś się jej stało, matka stanęłaby na głowie, żeby się ze mną skontaktować. Nawet, gdyby nie mogła się dodzwonić do mnie, miała przecież numery do Anki i Matyldy. Więc…
Telefon zaczął pikać, oznajmiając mi o nagraniach na pocztę głosową. Zerknęłam na wyświetlające się numery. Jeszcze pan policjant (zaprawdę mogłam już sobie szykować trumnę, bo facet zabije mnie, jak mnie dopadnie), kilka nieznajomych i to wszystko. Żadnego od matki. Brak było nawet standardowego smsa z pytaniem, kiedy wracam. Już to powinno dać mi do myślenia. Wręcz pewności, że coś jest na rzeczy. Matka nigdy by nie odpuściła wiedzy o moim ewentualnym powrocie. A tu nic.
O tak, z pewnością coś dla mnie szykowała.
Po plecach przebiegł mi dreszcz przerażenia, jeszcze większy, niż ten sprzed chwili.

Ahoj, weekendowe przygody trzech szalonych dziewoi

Głośny, przeciągły sygnał klaksonu skutecznie wytrącił mnie z drzemki.
- Co do jasnej…?
Auto gwałtownie, zbyt gwałtownie, jak na mój skromny gust, skręciło ze środkowego na prawy pas, prowadzący na zjazd na przyautostradowy parking. Jak można było się spodziewać, prawa fizyki były nieubłagane i zadziałały bez pudła. Moja głowa, spoczywająca do tej pory spokojnie na małej podusi, opartej o szybę, zsunęła się z niej dosyć nagle. Sekundę później głowa znajdowała się już pomiędzy siedzeniami na dole, a moje stopy na górze, co nie było normalne. Nie przywykłam, pomimo moich różnych dziwactw, do podróżowania zwinięta w precelka, na dodatek do góry nogami. Klnąc w duchu, na czym świat stoi, a przede wszystkim na Ankę, sprawczynię, wygramoliłam się do pozycji siedzącej i walnęłam kierowcę w jej tleniony łeb. Chwilę po mnie to samo zrobiła Matylda, siedząca z przodu, choć teraz raczej siedzeniem bym tego również nie nazwała. Fotele w garbusie Anki miały to do siebie, że były dość płytkie. Siłą rzeczy Matylda przy tym gwałtownym skręcie nie tylko zaliczyła tyłkiem wycieraczkę, ale, sądząc jej jękach i po unoszącym się w samochodzie zapachu czegoś jadalnego, musiała również stracić przekąskę, która walała się teraz gdzieś pod jej stopami. Masując czoło, które nieco ucierpiało w starciu z czymś twardym, zerknęłam na straty i bingo. Ukochane skórki pomarańczy w czekoladzie stanowiły teraz niezbyt apetyczny widok, leżąc smętnie niczym kozie bobki na zakurzonej wycieraczce. I na pewno nie nadawały się do jedzenia, ku rozpaczy i wściekłości Matyldy.
Pisk opon za nami, połączony z ciągłym dźwiękiem klaksonu, zbliżał się coraz bardziej. Obejrzałam się. Jakieś sportowe auto sunęło tuż za nami, prawie siedząc nam na zderzaku.
- Anka, zwolnij! Co ty robisz, do cholery???
- Uczę tego idiotę za nami, jak się jeździ.
- Życie ci niemiłe, czy co? Tu już nie ma autostrady, masz ograniczenie do pięćdziesiątki!
- Mogę zwolnić, ale facet siedzi mi tak blisko na zderzaku, że zrobi mi kuku, jak tylko nacisnę na hamulec.
- No i co? On zapłaci! Zwolnij, mówię!
Boże drogi, ona nas zaraz pozabija! Matylda pisnęła, kiedy garbus wypadł z następnego zakrętu, popędził stanowczo za szybko przez całą długość na szczęście pustego parkingu, po czym wyhamował z piskiem opon na ostatnim dostępnym miejscu dla osobówek. Pozytywem sytuacji było to, że żyłyśmy. Temu damskiemu szogunowi jeszcze nie udało się nas pozabijać, choć było blisko. Negatywem była za to obecność tuż za nami tego sportowego samochodu, które, zahamowawszy gwałtownie kilka centymetrów od tylnego zderzaka Ankowego garbusa, wręcz kipiało negatywnymi emocjami. Podobnie, jak jego właściciel, który wyleciał jak z procy z samochodu, z wkurzeniem na twarzy nie zwiastującym nic dobrego.
- Oho – mruknęła Matylda widząc, jak wspomniany wkurzony właściciel sportowego wozu szarpnięciem otwiera drzwi garbusa od strony kierowcy i dyszy na Ankę, jakby chciał ją rozszarpać. Niemal widziałam te rozciapierzone palce, jak zaciskają się na szyi tego damskiego rajdowca i zaczęłam się poważnie o nią bać.
- Jak jeździsz, idiotko?
- Słucham?
- Słuchasz? No to zaraz usłyszysz! Co za cymbał dał się tak nabrać i uwierzył, że potrafisz prowadzić??? Jeszcze trochę i doprowadziłabyś do wypadku!
Reakcja Anki była, oczywiście, nie do przewidzenia. Nawet dla nas, które znałyśmy ją, że tak powiem, od podszewki. Obie z Matyldą wstrzymałyśmy oddech, niepewne, co nasza towarzyszka zamierza, bo arsenał jej możliwości był, co tu dużo mówić, przebogaty i mogło dojść do rzeczy, o których kolejne pokolenia będą mówić w charakterze legend. Jedno było pewne, przedstawienie powinno być konkretne. Nie zawiodłyśmy się.
Anka bowiem wysiadła w sposób, który mogę nazwać bardzo dystyngowanym, z samochodu i stanęła niemal nos w nos z pieklącym się właścicielem sportowego cuda. Już na wstępie zdobyła punkt, bo się okazało, że jej kilkucentymetrowe obcasy (fuj, niech ktoś mi powie, jak można prowadzić w takich butach?) wywindowały ją tak, że teraz górowała nad facetem o ponad pół głowy. To była raczej broda – nos...
- Dla pana wiadomości, nieładnie jest krzyczeć na bezbronną kobietę.
- Jakbyś nie zachowywała się jak pirat drogowy, to…
- I nie pamiętam, żebym kiedykolwiek przeszła z panem na ty. Ani, prawdę powiedziawszy, nie mam takiego zamiaru.
- Ty gówniaro z piekła rodem!!! Już ja ci pokażę, jak…!!!
- Gówniarą przestałam być już dobre kilka lat temu. Bardziej odpowiednie byłoby zwracać się do mnie per „pani”. Tak przynajmniej postępują ludzie kulturalni i dobrze wychowani w stosunku do nieznanych sobie osób. A jeśli panu coś nie pasuje w moim sposobie jazdy, to może zawołamy policję i niech ona rozsądzi, kto jest tu winien? O co mnie pan oskarży? O zbytnią prędkość? Jechał pan tyle samo. Ale to nie ja siedziałam komuś aż do tutaj na zderzaku.
- Bo zajechałaś mi drogę!
Usłyszałyśmy westchnienie Anki zwiastujące politowanie nad głupotą swojego rozmówcy.
- Niby kiedy? Pan robił sobie slalom gigant na autostradzie. Owszem, zjechałam na prawo, ale migałam kierunkiem wystarczająco długo żeby każdy idiota za mną zdążył to zobaczyć i odpowiednio zareagować. Ma pan jakieś problemy ze wzrokiem, że pan nie widzi takich rzeczy?
Facet zrobił się purpurowy na twarzy i moja obawa o Ankę nabrała prawdziwie realnych kształtów.
- Ty bezczelna, mała suko! Będzie mnie tu gówniara pouczać!
Aż sapnęłam, Matylda również. Za to Anka tylko podniosła brew.
- Matylda, dzwoń po policję. Masz tu telefon, dzwoń z mojego – powiedziała zdumiewająco spokojnie, jak na nią i zaistniałą sytuację, wyciągając z kieszeni wspomniany aparat i rzucając go na przednie siedzenie - Powiedz, że jakiś nawiedzony facet, mający kompleksy i wyładowujący się na innych, chciałby sobie z nimi porozmawiać. I niech szybko przyjadą, bo facetowi się bardzo spieszy. A ja też im opowiem parę fajnych rzeczy na jego temat…
- Już ja ci dam „nawiedzonego faceta”, bezczelna dziewucho! Policją mnie będzie tu straszyć!
- To i tak bardziej odpowiednie określenie, niż ta pańska „suka”. Matylda, dzwonisz?
Powyższa sytuacja zrobiła się nieco absurdalna, a mogła zrobić się jeszcze bardziej dziwaczna, jeśli zostaniemy zaszczyceni wizytą policji. Z racji moich ostatnich przeżyć nie pałałam chęcią do tego typu spotkań, ale jeśli ma to pomóc nieco uspokoić tego rozwścieczonego idiotę ciskającego się, prawdę powiedziawszy, nie za bardzo już wiedziałam, o co, to będę musiała to zdzierżyć.
Na szczęście właściciel sportowego wozu, widząc, jak Matylda wciska 997 na klawiaturze, chyba również dostrzegł powagę sytuacji i postanowił jednak nas opuścić. Zanim jednak wsiadł do samochodu, rzucił kilka określeń i to takich, że nie za bardzo się nadawały do powtórzenia w kulturalnym towarzystwie. I znów nazwał Ankę „suką”.
Widziałam, jak ręce mojej kumpeli zaciskają się na drzwiach garbusa tak mocno, że zbladły jej nawet paznokcie. Ale wytrzymała do końca. Zuch dziewczynka, pomyślałam, kiedy facet, bluzgając na cały świat i okolice, wsiadł w końcu do samochodu i odjechał z piskiem opon w siną dal. Kiedy zostałyśmy same, powtórzyłam to samo na głos.
- Poważnie, że są jeszcze tacy kretyni na tym świecie – mruknęła Matylda odkładając telefon Anki na deskę rozdzielczą. Na wyświetlaczu widać było wybrane cyfry 997, ale na szczęście nie zdążyła nacisnąć zielonej słuchawki. Ku mojej cichej radości – Anuśka, dobrze się czujesz? Odezwij się.
- Potrzebuję kawy.
Ok, odezwała się, ale jakoś nie zachwycił nas ten pełen rezygnacji ton. Anka, zatrzasnąwszy drzwi samochodu od swojej strony z dużo większą siłą, niż to było konieczne, pomaszerowała w stronę budynku stacji, nawet na nas nie czekając.
- Ja po czymś takim bardziej bym potrzebowała kielicha – mruknęłam patrząc na maszerującą Ankę, której plecy przypominały deskę do prasowania. Wyglądała jak zombie na szpilkach. Tak bardzo przerażająco. I tak bardzo smutnie, jak sobie uświadomiłam. No i dobry humor, z którym wyjechałyśmy z Krakowa, właśnie poszedł się paść – Może niech się faktycznie napije jakiegoś uspokajacza, najwyżej ja poprowadzę. Chyba, że Anka się uprze i nie da mi tknąć swojej świętej kierownicy.
- Co by mnie nie zdziwiło. Wiesz, że nienawidzi, jak ktoś inny jeździ jej samochodem, a ona musi siedzieć obok.
- No to ten jeden raz będzie się musiała poświęcić i to znieść. Jeśli ma to jej pomóc, osobiście wleję jej do gardła coś z prądem, byle tylko znów nie popadła w ten jej piekielny depresyjny stan! A było już tak dobrze...Że też przywiało tego starego dziada akurat dziś na drogę!
Pomysł wyjazdu na działkę wyszedł, ku mojemu i Matyldy zadowoleniu, od Anki. Nie tylko przez fakt, że wizja spędzenia kilku dni nad polskim morzem i nawdychania się jodu była dla nas aż tak atrakcyjna. Bardziej się cieszyłyśmy, że Anka, jak się zdawało, powróciła do życia ze świata ciężko cierpiących po stracie faceta. Znajdowała się w tym depresyjnym stanie już zdecydowanie za długo. Za to przez ostatnie kilka tygodni sprawowała się wręcz wzorowo, pokazując światu swoją dawną, szaloną twarz, ale, jak widać, to były daleko posunięte pozory. Albo ten nieokrzesany gbur, którego miałyśmy nieszczęście dzisiaj spotkać, wyzwolił w niej znów te uśpione pokłady negatywnej energii, która zawładnęła Anką po rozstaniu z Robertem. W każdym bądź razie obie z Matyldą zgadzałyśmy się w zupełności, że musimy coś zrobić, najlepiej natychmiast, zanim ta ciemna moc nie pochłonie znów naszej towarzyski i nie sprawi, że zamieni się znów w szlochającego żywego trupa. Tylko na razie skończyły nam się pomysły. Sądząc po obecnej minie i zachowaniu Anki, do życia może ją teraz przywrócić coś o wadze bomby nuklearnej, coś, co przywróciłoby jej, niewątpliwie boleśnie podeptane, poczucie własnej wartości...
- Przeklęty Robert, jakbym go teraz dorwała…
No dobra, wizja tortur niewiernego byłego może by również poprawiła Ance humor. Ale Roberta pod ręką nie miałyśmy, więc trzeba było wykorzystać dostępne środki.
Powlokłyśmy się w stronę wejścia do przyautostradowego baru, uprzednio zamknąwszy samochód. To również dało nam wizję Ankowej chandry – po raz pierwszy, odkąd ją znam, zostawiła komuś kluczyki do swojego wypieszczonego autka i nie zainteresowała się jego losem.
Perspektywa tego wyjazdu jawiła się za to w coraz bardziej pochmurnych barwach.
-Co tu tak pusto?
Wnętrze baru owionęło nas spokojem płynącym z pustych stolików, kiedy tylko otworzyłyśmy drzwi. Dziwne. Piątek, godziny południowe, a tu żywej duszy posilającej swoje ciało w podróży? Stop, przecież powinna tu być gdzieś przynajmniej jedna zbolała duszyczka. Rozejrzałyśmy się za Anką i bingo. Zdążyła już dostać swoją upragnioną kawę i teraz modliła się nad nią, siedząc przy oknie w najdalszej części baru. A raczej wpatrując się tęsknym wzrokiem w widok za szybą.
- Cholera! Popatrz na nią. Zbity pies wygląda weselej.
- Właśnie widzę. Ale przynajmniej nie ma tu nikogo, kto by się na nią gapił w tym momencie. Raczej by to nie pomogło – Matylda rozejrzała się dokoła po pustym wnętrzu – gdzie my w ogóle jesteśmy, tak poza tym? Patrzyłaś na znaki, jak tu jechałyśmy?
- Nie wiem, chyba gdzieś za Łodzią. W każdym bądź razie myślę, że połowę drogi mamy za sobą - w nozdrza uderzył mnie całkiem przyjemny aromat smażeliny. Takiej ociekającej nasyconymi tłuszczami, a za zjedzenie której każdy dietetyk walnąłby mnie w głowę licznikiem kalorii. I takiej pysznej. Przełknęłam ślinkę. Jak widać, nie tylko mnie zachwyciła perspektywa czegoś do jedzenia, bo Matylda zaciągnęła się tym zapachem z równą przyjemnością i jak po sznurku poleciała do baru.
- O rany, głodna się zrobiłam, a coś tu całkiem fajnie pachnie. Zatrzymajmy się tu chwilę i zjedzmy jakiś obiad, co? Póki nie nadjadą weekendowe tabuny. Myślę, że Anka też się zgodzi na dłuższą przerwę. Jak nic jej się przyda. Chodź, Lulka, nakarmimy ją. Może jak jej cukier się podniesie, to się ocknie...
Podeszłam również do baru, gdzie Matylda, z wypiekami na twarzy, zdążyła już dopaść menu i właśnie je zapamiętale studiowała. Z zaplecza wyszła młoda kelnerka i z uśmiechem zapytała, czego sobie życzymy.
- Dla mnie golonka.
- Zjesz całą? - zdziwiłam się, bo porcja na zdjęciu nie wyglądała na najmniejszą.
- Anka mi pomoże. Tak więc jedną, naprawdę dużą golonkę z całym zestawem surówek poproszę. I frytki do tego.
- A co do picia dla pani?
- Weź dla siebie też coś z prądem – powiedziałam - bo Anka się uprze, że sama pić nie będzie. Zamówcie mi też coś dobrego, zaraz wracam.
- A ty dokąd?
Pokazałam z męczeńskim wyrazem twarzy na swój telefon, który, jak zdążyłam zauważyć, odzywał się już nie po raz pierwszy dzisiejszego dnia. Numer, który się wyświetlał, też nieznajomy mi nie był. Wklepałam go sobie wczoraj, tak na wszelki wypadek, z wizytówki, którą policjant Mirek niemal w biegu rzucił mi na stolik, zanim nie ulotnił się z mojego mieszkania z wiadomych względów. Dziś już ten numer dzwonił piąty raz. Nie powiem, żebym tego nie oczekiwała. Za to, co odwaliłam, naprawdę należały mi się baty, albo solidny opiernicz od pana policjanta. Od samej siebie również, bo poranek przyniósł mi coś na kształt potężnych wyrzutów sumienia i świadomości, że zachowałam się naprawdę dziecinnie z tymi ziółkami.
Dlaczego ja zawsze najpierw coś robię, a dopiero później myślę? A potem cierpnę wpatrując się w wyświetlający się numer pana policjanta, nie zwiastujący nic dobrego?
Pan policjant powinien być na mnie wściekły jak cholera. I miał ku temu bardzo poważne podstawy.
Ale z drugiej strony, moja współpraca z nim dotyczyła firmy, nie tego, co się działo poza nią. I powinien, jeśli już koniecznie musiał, kontaktować się ze mną w godzinach pracy, a nie w wolny weekend. Nie miałam obowiązku odbierać jego telefonów na urlopie, prawda?
Tak, wiem, jestem najgorszym tchórzem, jakiego wydała ziemia, byłam tego doskonale świadoma. Jako, że tchórze postępują tchórzliwie, również ja nie byłam inna. Bezczelnie odrzuciłam połączenie, po czym jeszcze bardziej bezczelnie wyłączyłam telefon i schowałam go na samym dnie swojej torby, gdzie miał pozostać co najmniej do poniedziałku. Może przez ten czas pan policjant ochłonie i nie będzie na mnie taki zły. A kwestię naszej współpracy również mogę zacząć dopiero od początku przyszłego tygodnia, więc nie było potrzeby konsultować się wcześniej. Poza tym, i to był najbardziej istotny argument, byłam na wakacjach. Miałam wolne od pracy, wkurzających policjantów i wszystkiego, oczywiście, nie licząc kłopotów z przyjaciółką w depresji. I na tym miałam zamiar się skupić, na odpoczynku połączonym z poprawą nastawienia życiowego Anki. Nie przewidywałam innych zajęć podczas tego weekendu.
Matylda wychyliła się zza drzwi.
- Lulka, idziesz w końcu? Chcesz kurczaka, czy rybę?
- Idę! - odkrzyknęłam starając się zagłuszyć poczucie, że będę żałować tej pokręconej logiki, którą właśnie zastosowałam w swoim życiu. I tego wyłączenia telefonu również. Ignorując natrętny głosik, podążyłam do środka.

Anka, niech jej Bozia w dzieciach i pomysłach na nowe kampanie reklamowe wynagrodzi, dała się namówić na małe co nieco. Właściwie nie trzeba było ją jakoś bardzo motywować, drink, nie należący do skromnych, jeśli chodzi o objętość, opróżnił się raz dwa, podobnie jak talerz golonki, przypominający swoją powierzchnią mały obiekt latający, a na który Anka z Matyldą rzuciły się jak wygłodniałe hieny. Ja zadowoliłam się standardowym kurakiem. Najważniejsze jednak, że po zastosowaniu tego alkoholowego i golonkowego lekarstwa Anka nieco odżyła, a przynajmniej przestała przypominać to chodzące zombie, które mogłyśmy zaobserwować z Matyldą wcześniej. I łaskawie zgodziła się, żebym zasiadła za kierownicą jej samochodziku.
Natomiast rozluźnienie całkowite nastąpiło, kiedy dojechałyśmy na miejsce przeznaczenia. Wieś Klejnowo, leżąca niedaleko granicy polsko-rosyjskiej (może dlatego Anka nabyła tu teren tak tanio) przywitała nas tak, że z miejsca zapomniałam o jakichkolwiek problemach, które mnie ostatnio targały. Piękna, złota, polska jesień zawitała również tutaj, malując takie barwy na drzewach, że aż się chciało złapać plecak, zapakować go i polecieć z piskiem zachwytu do lasu. Pierwszy raz byłyśmy tu o tej porze, ale obiecałyśmy sobie, że na pewno nie ostatni. Nawet Anka stwierdziła, że była głupią miągwą, że nie przyjeżdżała tu wcześniej w miesiącach jesiennych, zamiast tego wybierając standardowo okresy wakacyjne, kiedy tłumy wczasowiczów obojga narodowości przewalały się tutaj zwartą falą. Teraz nie było widać ani jednego, malutkiego turysty, jak stwierdziłyśmy z radością. Całe Klejnowo nasze! O ciszy, o swobodo! Jeszcze trochę, a zaczęłybyśmy machać jak udzielne księżne, wjeżdżające na włości i witające poddanych. Problem w tym, że żadnych poddanych nie było na widoku. Cała wieś składała się z kilkudziesięciu numerów, rozsianych dosyć daleko od siebie, resztę stanowiły domki letniskowe, puste i pozabijane dechami o tej porze. Raj, istny raj dla duszy spragnionej spokojnego wypoczynku. Rany, ludzie naprawdę nie wiedzą, co tracą, rezygnując z przyjazdu tutaj jesienią.
- Skręć tutaj w lewo – powiedziała do mnie Anka, kiedy minęłyśmy pierwszy i chyba jedyny przystanek we wsi. Tuż za nim znajdował się również jedyny dostępny spożywczak, więc byłam pewna, że miałyśmy się udać na podstawowe zakupy żywieniowe, ale Anka kazała mi jechać dalej.
- Gdzie ty nas prowadzisz? Przecież stąd do twojego domku pewnie jeszcze ze dwa kilometry, jak nie więcej.
- Tak, wiem, ale musimy...coś tu zrobić.
- Niby co? Masz tu jakiś przemyt na oku?
- Hmmm, nie – zamarłam, kiedy zobaczyłam to rozbiegane spojrzenie Anki, tak dobrze mi znane i tak bardzo zapowiadające kłopoty. Matylda też je dostrzegła.
- Anka, gadaj! Stało się coś?
- Hmmm...zostawiłam, tak jakby, klucze do domku w Krakowie, a raczej będziemy ich potrzebować, prawda? Dlatego musimy odebrać zapasowe...
- Coś ty powiedziała? Jak to, zostawiłaś?
- W innej torebce zostały, przestańcie się czepiać…
- Przyjechałybyśmy tutaj i co, spałybyśmy na wycieraczce?
- Była taka, jakby, możliwość. Ale wiecie przecież, ile mam torebek, przepakowywanie wszystkiego za każdym razem... No co? - zawołała, kiedy z mojego i Matyldy gardła wydarł się jęk – nic się nie stało, damy radę! Zawsze zostawiam zapasowe klucze u Kazika, żeby w razie czego mógł posprawdzać, czy w domku woda nie cieknie, lub czy nic nie zginęło. Także bez łez, niewiasty. Wasze szanowne zadki nie zaznają rozkoszy wycieraczki. Lulka, zatrzymaj się przed tym żółtym domem, tam, na końcu drogi.
- Dalej i tak bym nie pojechała – mruknęłam – chyba, że w te chaszcze, ale wątpię, żeby ci się to spodobało. Idź prędko po te klucze, bo noc nas zastanie, a jeszcze musimy wstąpić do sklepu. Może was jeszcze nie ssie po tej golonce, ale ja bym już coś przegryzła.
Zahamowałam przed schludnym, pomalowanym na cytrynowo żółty kolor domkiem znajdującym się na prawdziwym krańcu. Tuż za nim, oddzielona niewysokim białym płotem, rozpościerała się plątanina miniaturowych, młodych drzewek, zarośniętych tak, że ciężko było rozpoznać, które gałęzie należą do której rośliny. Za chaszczami, ku mojej i Matyldy ekscytacji, zaczynał się las, który tak zachwycił nas wcześniej. Gdzieniegdzie przez korony można było ujrzeć błękit morza. Uchyliłam szybę i natychmiast dotarł do nas znajomy szum. Mówiłam już, że to raj? No to teraz to mówię.
Anka wygramoliła się z samochodu, zostawiając nas zapatrzone w jesienną kolorystykę i pognała do drzwi żółtego domku. Kątem oka zauważyłam, że zniknęła w wiatrołapie, i naprawdę miałam wielką nadzieję, że się pospieszy i nie będzie jakoś długo celebrowała przejęcia tych kluczy, bo naprawdę mnie ssało w żołądku. I musiałam do toalety. Zanim jednak zdążyłam zacisnąć zęby i nie myśleć o niczym płynnym, z żółtego domu doszedł nas wrzask. Głośny, donośny i niewątpliwie należący do Anki.
Wyleciałyśmy z samochodu jak z procy. Zanim dobiegłyśmy do furtki w płocie, wrzask umilkł jak ucięty nożem, a mnie włoski stanęły dęba ze strachu. Dlaczego, och, dlaczego moja wyobraźnia potrafi wyprodukować takie straszne wizje, zapytałabym samą siebie, gdyby był na to czas. Bo obraz, jaki pojawił mi się przed oczami, brocząca krwią Anka, a nad nią jakiś zwyrol z nożem, albo z pistoletem…
Może ten cały Kazik połakomił się na domek i działkę i tylko czekał, aż Anka tu przyjedzie po te klucze? Może zrobił z domku melinę i teraz próbuje zmusić Ankę, żeby przepisała na niego akt własności, czy jakikolwiek dokument mówiący o tym, że teraz on ma prawo zarządzać tym terenem? A my, jako świadkowie, zostaniemy potraktowani równie zastraszająco?
Wizja tego, co może nas czekać w żółciutkim domku, nie nastrajała optymistycznie. Jeszcze mniej optymistyczna wydawała się cisza panująca wewnątrz. Wpadłyśmy z Matyldą na schody, przy czym ja, jak zwykle, poślizgnęłam się na zakręcie i chwilę mnie zastopowało, zanim nie odzyskałam równowagi. Matylda pierwsza dopadła drzwi, jak się okazało, tylko przymkniętych, i wleciała do środka. Po chwili powietrze przeszył jej wrzask.
- Co pan jej robi! Zostaw ją, ty zboczeńcu! - a potem doszedł mnie odgłos tłuczonego szkła. Zacisnęłam zęby, bo podczas piruetu na schodach nieco wykręciło mi stopę nie w tę stronę, w którą trzeba i pokuśtykałam przez otwarte teraz na oścież drzwi, przez mały korytarzyk do sporego pokoju, gdzie rozgrywał się dramat.
I to nie byle jaki. Anka leżała na podłodze, tuż obok niej klęczał męski osobnik przyodziany li i jedynie w biały ręcznik kąpielowy, zawiązany tak, że za chwilę mogło dojść do spektakularnego odsłonięcia pewnych treści. Dokoła faceta i Anki, niczym krwawy deszcz, walały się szczątki jakiegoś szklanego naczynia, które niewątpliwie rozwaliła Matylda. Ta sama Matylda, która teraz stała niczym karząca ręka sprawiedliwości z rękami ku górze, na dodatek uzbrojonymi w kolejną reprodukcję szklaną, tym razem koloru zielonego.
- Lulka, dzwoń po policję! To jakiś gwałciciel!
- Opuść to zielone badziewie, Mati i przestań wrzeszczeć.
Ku naszej uldze, Anka poruszyła się i od razu syknęła, kiedy kawałki szkła pomiziały ją w odsłonięte partie ciała. A było ich trochę, to znaczy, tych partii. Mówiłam jej na początku drogi, że tylko wariatka ubiera się w bawełnianą mini na kilkugodzinną podróż, a ona się śmiała, no to teraz wyszło na moje.
- A pan niech trzyma ten ręcznik! I proszę się odsunąć, bo nie mogę wstać!
Facet, jedną ręką przytrzymując wspomniany kawałek bawełny, opasujący mu bioderka, drugą złapał pod ramię Ankę i jakoś bezkolizyjnie pomógł jej stanąć na własnych nogach. Podeszłam bliżej i przejęłam ją, odprowadzając poza zasięg faceta i Matyldy, która nadal stała jak statua wolności z tym przeklętym dzbankiem nad głową.
- Matylda – syknęłam – opuść to wreszcie!
Dzbanek, owszem, opadł, ale tylko na wysokość klatki piersiowej, nadal gotowy do obronnego rzutu, gdyby zaszła taka potrzeba. A Matylda nie spuszczała wzroku w roznegliżowanego pana, jakby tylko czekając, że zrobi coś, co będzie usprawiedliwiało takowy rzut.
Cóż, na moje oko facet nie wyglądał groźnie. Ale, znając moje kiepskie wyniki, jeśli chodzi o ocenę ludzkich charakterów, warto było jakoś zweryfikować ten pogląd.
- Pan Kazik? - zapytałam niepewnie.
- To nie Kazik, w życiu tego człowieka na oczy nie widziałam – powiedziała Anka – ale bardzo chętnie bym się dowiedziała, z kim miałam wątpliwą przyjemność spotkać się w takich dziwnych okolicznościach. Kim pan jest?
- O nie, drogie panie, to wy wparowałyście tutaj bez zaproszenia, jak sądzę, bo Kazik nic mi nie wspominał, że czeka mnie najazd trzech szalonych kobiet, przy czym jedna z nich będzie agresywna – wskazał na Matyldę, która nada dzierżyła szklaną broń w rękach.
- Zna pan Kazika?
- Oczywiście, że znam – prychnął facet – jak inaczej bym mógł tutaj mieszkać?
- Mógł się pan włamać…
- Tak, jak panie?
- Drzwi były otwarte! Nie włamałyśmy się!
- Dobrze pamiętam, że zamknąłem!
- Najwidoczniej kiepsko! Matylda, do cholery, odłóż już tę szklankę!
Jak można było się spodziewać, Matylda miała w nosie nasze prośby, groźby i inne takie. Zmierzyła faceta takim wzrokiem, że aż się cofnął.
- Skoro ten pan mówi, że tu mieszka, to co się stało z właścicielem? Niech tu przyjdzie ten pan Kazik i powie, czy to prawda, bo jeśli nie, to dzwonimy na policję!
- Już mówiłem, Kazika tutaj nie ma…
- Lulka, dzwoń na policję…
- Kazik leży w szpitalu w Gdańsku. I w obecnym stanie nie za bardzo może tu przyjść, żeby potwierdzić cokolwiek.
Po tych słowach zapadła dzwoniąca cisza. Nawet Matylda w końcu opuściła oręż. A mnie zrobiło się zimno. Witaj, pechu, dawno cię u mnie nie było, prawda? Teraz przeszedłeś jak choroba zakaźna na moich znajomych? Jak miło z twojej strony…
- Niemożliwe – Anka pierwsza odzyskała głos – dzwoniłam do niego w tamtym tygodniu, był okazem zdrowia. I nie wspominał nic, że wybiera się gdziekolwiek. Co mu się stało?
- Zawał. Leży od środy na OIOM-ie. Nie wiadomo, czy się z tego wykaraska, ale jego żona jest jeszcze pełna nadziei. Tak przynajmniej brzmiała, kiedy rozmawiała ze mną przez telefon. Dziś rano.
- A pan co? Przejął obowiązki gospodarza?
- Można to tak nazwać. A teraz może panie w końcu powiedzą, co ich sprowadza do cudzego domu, na dodatek bez zaproszenia. Chyba, że macie czas, to wolałbym wysłuchać tych wyjaśnień nieco bardziej ubrany. Chyba jak panie wchodziłyście, zostawiłyście otwarte drzwi. Strasznie ciągnie po nogach.
Faktycznie, dopiero teraz zauważyłam, że facet się lekko trzęsie. No cóż, kawałek bawełny na biodrach to nie najlepsze zabezpieczenie przed zimnem, a letnich temperatur też za oknem trudno było szukać. Gdyby sytuacja nie była aż tak absurdalna, zrobiłoby mi się gościa żal. Chyba właśnie wyszedł spod prysznica, sądząc po lekko jeszcze wilgotnych włosach, kiedy jego dom napadły trzy szalone kobiety, na dodatek jedna z nich zdradzała niepokojące zainteresowanie szklanymi pociskami, dostępnymi pod ręką i niewątpliwie niebezpiecznymi.
- Dobrze, niech się pan ubierze – Anka, jakby wszystko było cacy, usiadła na jednym z krzeseł stojących dokoła stołu znajdującego się w pokoju i machnęła ręką w kierunku faceta – ja również chciałabym usłyszeć pewne wyjaśnienia od pana. I zapytać o kilka rzeczy.
W pierwszej kolejności pewnie o to, czy pan Kazik nie zostawił aby przypadkiem kluczy do jej domku, czy też schował je, bądź, nie daj Boże, ma je ze sobą w Gdańsku. Albo jego żona. Wolałam się nawet nie zastanawiać, co się stanie, jeśli ta najgorsza z możliwych wizja stanie się faktem.
Facet wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia w celu uzupełnienia swojej garderoby, a nam nie pozostało nic więcej, tylko czekać. Na faceta, na wyjaśnienia, i w końcu na klucze. Oby wszystkie te opcje były dostępne tu na miejscu i, najlepiej, od ręki!
- Jednego nie rozumiem – odezwała się Matylda patrząc raz na Ankę, raz na drzwi, za którymi zniknął tajemniczy mieszkaniec żółtego domu – skoro ten facet tu mieszka i jest niewinny, to co robiliście na podłodze, kiedy tu weszłam?
- Potem wam powiem, teraz nie ma zbytnio na to czasu…
- Zrobił ci coś? Dlatego nie chcesz teraz o tym mówić? Zatłukę gnoja!
- Rany boskie, Matylda, weź na wstrzymanie! Nic mi nie zrobił! Po prostu się przestraszyłam, jak go zobaczyłam i zaczęłam wrzeszczeć jak opętana.
- Ok, ale nadal nie wiem, co robiliście na podłodze.
- On próbował mi pomóc, kiedy się potknęłam. O ten dywan, na którym teraz stoisz. Pomagał mi, rozumiesz? I przestań celować w niego tym szklanym badziewiem! Jedno już mam do odkupienia, nie uśmiecha mi się szukać drugiego do pary. Wygląda jak wczesny PRL…
Potknęła się, jasne. I co to za dziwny różowy kolor na licu, panno Anno? Niczym jabłuszko rumiane, dziewczę zakłopotane…
Dobra, nie będę szydzić. W końcu też bym przypominała pomidora, gdyby się okazało, że to mi przypadło w udziale zapoznanie się z kimkolwiek w tak niecodziennych okolicznościach. A to, że wyjaśnienie, jakie nam zostało udzielone na temat pozycji Anki i tajemniczego pana w ręczniku, w jakiej ich zastałyśmy, miało więcej dziur, niż najbardziej dojrzały ser szwajcarski, to coś, nad czym pochylimy się później. Anka nie miała w zwyczaju chomikować tego typu historii, więc pęknie na pewno.
Dalszą rozmowę przerwało pojawienie się tajemniczego lokatora domu. Trzeba przyznać, że w jeansach i jasnej, kraciastej koszuli z podwiniętymi rękami prezentował się całkiem całkiem, nawet jak na osobę, którą widywałyśmy dotąd w samym ręczniku. Jeansy i koszula podkreślały, co trzeba a kiedy udało mi się dojść w swoich oględzinach do twarzy, okazało się, że ta też do paskudniaka nie należy.
- Dobrze, niech pan mówi – Matylda wzięła faceta w obroty, zanim zdążyłyśmy ją powstrzymać – co pan tu robi?
- Mieszkam, mówiłem przecież…
- Za pozwoleniem pana Kazika i jego żony, tak? Proszę adres i numer telefonu do tego szpitala w Gdańsku. I pański dowód osobisty.
Facet usiłował nieśmiało protestować, ale kiedy zobaczył to stanowcze spojrzenie Matyldy, ustąpił. Jak widać, Matylda nawet po wstąpieniu w związek uczuciowy z przystojnym lekarzem, nadal nie wyzbyła się swoich lodowatych zdolności. Facet grzecznie udostępnił swoje dane, dane szpitala, nie poskąpił nawet informacji o hotelu, gdzie zatrzymała się żona pana Kazika. To do niej w pierwszej kolejności zadzwoniła Anka. Biedna kobieta, jak się okazało, pani Stasia, najpierw przez piętnaście minut opowiadała o wypadku, jaki spotkał jej męża i o jej kłopotach w chwili obecnej, a drugie piętnaście chwaliła tajemniczego pana, który, za jej i małżonka zgodą i błogosławieństwem, zamieszkiwał ich dom podczas ich nieobecności. Dobrze, facet był czysty, nie był żadnym mordercą, gwałcicielem, czy złodziejem. Jest to jakiś pozytyw, że nie natknęłyśmy się na jakiegoś degenerata społecznego. Gorzej, że pani Stanisława nie miała pojęcia, gdzie jej małżonek mógł zachomikować klucze do domku Anki, ba, nawet nie wiedziała, że takowe posiadał. To była ta mniej fajna strona rozmowy.
Kiedy Anka, pożegnawszy panią Stasię życzeniami powrotu do zdrowia dla męża, spojrzała na nas żałośnie, zrozumiałyśmy, że sytuacja zrobiła się poniekąd kłopotliwa.
Facet patrzył na nas wyczekująco, jakby życzył sobie pozbyć się nas jak najszybciej, czemu się wcale nie dziwiłam. Anka gryzła paznokcie rozglądając się dokoła, jakby chciała znaleźć gdzieś wskazówkę co do tego, gdzie mogą być ukryte feralne klucze. Ja w końcu zrobiłam użytek z wolnego krzesła, bo skręcona noga coraz bardziej zaczęła mi dokuczać. Tylko Matylda nie pozwoliła sobie na jakiekolwiek odprężenie i nadal sztyletowała pana wzrokiem. Na szczęście odłożyła wazon.
- Kim pan jest, skoro udało się panu tak szczelnie owinąć sobie wokół palca właścicieli? Na rolnika pan nie wygląda.
- Rany boskie, Matylda, przestań pana już tak maglować! Jakbyś się do tej pory nie zorientowała, to my tu jesteśmy teraz intruzami. Bardzo przepraszamy za zamieszanie…Poszłybyśmy sobie i zostawiły pana w spokoju, tylko te klucze…- Anka spojrzała tym swoim wzrokiem rozkosznego szczeniaczka – może pan gdzieś je widział, tu, w mieszkaniu? Taki mały pęczek z misiem pandą na breloku?
Miałyśmy pecha, facet nie widział. Co więcej, zapoznawszy się z naszą nieciekawą sytuacją, uprzejmie udostępnił domek na potrzeby poszukiwań. Tylko proszę mi powiedzieć, jak można szukać w obcym domu czegoś wielkości kluczy, no jak? Trzeba by zerknąć do najmniejszej mysiej dziury, prawda? Wyciągnąć każdą szufladkę, otworzyć każdą szafkę, każdą skrytkę. Jednym słowem, porządnie przetrząsnąć cudzą prywatność, co już na papierze wyglądało niezbyt ładnie, a co dopiero w rzeczywistości. Miałyśmy jakieś skrupuły. Tak więc po baaaardzo pobieżnym sprawdzeniu, oczywiście, przy obecności naszego nowego znajomego, kluczy nie znalazłyśmy. Znajomek, widząc nasze coraz bardziej tragiczne położenie, zaproponował jedyne chyba słuszne w tej sytuacji rozwiązanie – wyważyć drzwi do domku. Podobna opcja i mnie przyszła do głowy, ale wolałam się z nią nie wychylać. Znałam te drzwi. Niemal pancerne, bo Anka chciała mieć pewność, że nikt jej się do domku nie włamie. Jak coś takiego można będzie wyważyć, to ja nie wiem. I kto ma niby to zrobić? My?
Myśli faceta chyba biegły podobnym torem, jak moje, bo zmierzywszy naszą trójkę zrezygnowanym spojrzeniem, zapewne oceniającym nasze siły w starciu z pancernymi drzwiami, zaoferował pomoc.
Tak więc, w nieco podkopanych nastrojach wpakowałyśmy się do garbusa, w powiększonym towarzystwie faceta, Kacpra Brzozowskiego, jak się nam przedstawił, oraz skrzynki z narzędziami z warsztatu pana Kazika, która mogła się okazać bardzo pomocna.
Matylda, niepomna na zasady dobrego wychowania i nasze próby jej uspokojenia, nie przestała prowadzić drobiazgowego śledztwa na temat naszego towarzysza. Facet nie miał z nią szans. Wyśpiewał wszystko, jak na świętej spowiedzi i zanim zajechaliśmy na podjazd przed domkiem Anki, dowiedziałyśmy się, że pracuje jako leśnik w okolicznym nadleśnictwie, ma trzydzieści dwa lata i jest kawalerem, że Kazików zna, bo pochodzi z tych stron, że mieszka u nich, bo jego dom przechodzi teraz remont, że ma same siostry i…
- Dojechaliśmy – oznajmiłam, przerywając bezczelnie to przesłuchiwanie Matyldy. Nie to, że nie chciałam się czegoś dowiedzieć o facecie. Jednak wyciąganie z niego całego życiorysu po pięciu minutach znajomości to trochę za szybko i to też powiedziałam Matyldzie, kiedy Anka z nowopoznanym Kacprem wysiedli z samochodu i skierowali się w stronę domku. W ciszy, co sobie uświadomiłam, jako że jedyną tokującą osobą w okolicy była Matylda.
- Co ty, piszesz książkę o tym facecie, że tak go wypytujesz o każdą pierdołę? Jeszcze o numer buta go zapytaj i datę pierwszej komunii! - syknęłam łapiąc ją za rękę, zanim nie udało jej się czmychnąć poza mój zasięg – daj mu przynajmniej prawo do odmowy odpowiedzi! Może on nie ma ochoty spowiadać się z całego życia przed trójką nawiedzonych wariatek, które napadły go, i to tak jakby na jego terenie!
Ku mojemu zaskoczeniu Matylda zachichotała niczym nawiedzony gremlin.
- Co cię tak strasznie bawi? Mnie wcale nie jest do śmiechu!
- Nic nie zauważyłaś?
- Niby co?
Wskazujący palec Matyldy powędrował w stronę Anki i pana leśniczego. W zapadającym zmroku widać było ich postacie, stojące dość blisko siebie, co już było dosyć zastanawiające. Zamrugałam.
- Myślisz?
- Raczej jestem pewna. Podobnie jak tego, że Anka nas bezczelnie nabujała w kwestii tego, w jakiej pozycji ich nakryłyśmy. Tam musiało stać się coś więcej, tylko szogun nie chce się przyznać. Zauważ, jaka jest spokojna i cicha przy tym facecie, przecież jak nie ona. I jak zerka na niego spod oka.
- Jakoś mi się nie wydaje…
- Mówię ci, że coś jest na rzeczy. W każdym bądź razie, idealnie się składa. Miły, wakacyjny romansik to jest to, co Ance jest teraz bardzo potrzebne. A ten leśnik jest całkiem w porządku. Jak na faceta, oczywiście.
- Boże drogi – powiedziałam udając przerażenie – giń, przepadnij, siło nieczysta. Co zrobiłaś z moją Matyldą? Oddaj mi lodową księżniczkę!
- Sama mi kazałaś pozbyć się tej pozy. A Piotr mówi, że odkrywanie mojego ognistego charakteru bardzo mu odpowiada.
- W to nie wątpię, że mu odpowiada.
Matylda zaśmiała się.
- Jeszcze tylko tobie znajdziemy jakiegoś przystojniaka i można uznać jednak ten wyjazd za udany.
Jakkolwiek wizja Anki romansującej z leśnikiem nie była mi niemiła, a wręcz błogosławiłam to pełną gębą, to sama nie miałam zamiaru dać się wmanewrować w coś podobnego. Ochrzaniłam więc Matyldę, żeby nie gadała głupot, a przede wszystkim nawet się nie ważyła wykorzystywać mnie jako potencjalnego obiektu do podnoszenia swoich nowo nabytych umiejętności swatki i dołączyłyśmy do naszej pary. Pan leśnik zdążył już rozłożyć narzędzia ze skrzyneczki i teraz dłubał śrubokrętem w zamku, z Anką stojącą obok z rękami złożonymi jak do modlitwy i wpatrującą się w dłubaninę pana leśnika z zastanawiającym wyrazem twarzy. Ok, może i martwiła się, czy ten cholerny zamek da się jakoś otworzyć bez zbytnich nakładów siły i środków. Ale kiedy podeszłyśmy z Matyldą bliżej stało się jasne, że wzrok Anki częściej, niż na zamku, utkwiony był w twarzy Kacpra. A potem, byłam tego pewna, przyłapałam ją na wpatrywaniu się w jego tyłeczek. Mając powyższe dowody na względzie ośmieliłam się dopuścić do siebie myśl, że Matylda mogła mieć troszeczkę racji. Tak tyci tyci.

Policja i sąsiedzi to niezbyt dobre połączenie

Nie znalazłam nowego mieszkania i, niestety, nie udało mi się uciec od potępiających spojrzeń sąsiedzkich. A to dlaczego? Ponieważ, kiedy następnego dnia wróciłam z pracy, próbując przemknąć jak najszybciej i jak najmniej rzucając się w oczy do własnych czterech kątów, wpadłam centralnie na znajomego pana policjanta, czekającego sobie pod moim blokiem.
Na dodatek pan policjant nie był sam, bo tuż za nim sunęła pani Paściakowa, najwyraźniej żądna plotek dotyczących wczorajszego zajścia i niewątpliwie mająca chęć na jakieś smakowite kąski z dnia dzisiejszego. Na jej widok upadłam na duchu ostatecznie. Że też akurat teraz musiało ją tu przywiać! Jeśli ten policjant jest tu z mojego powodu, w co raczej nie powinnam wątpić, a pani P. dowie o kolejnej wizycie policji w moim mieszkaniu, to za chwilę wiedzę tę posiądzie reszta kochanych sąsiadów. A wtedy moja reputacja, już niebezpiecznie nadwątlona, może zostać zbrukana ostatecznie. Rany boskie, matka, gdyby się o tym dowiedziała, już by była w drodze do notariusza, żeby mnie wydziedziczyć...
Pan policjant uprzejmie mi pomachał, kiedy tylko zrobiłam krok w stronę drzwi wejściowych, zupełnie, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi (wątpiłam, czy taka sytuacja kiedykolwiek będzie mieć miejsce w przyszłości) i powiedział coś do pani Paściakowej, po czym uścisnął jej rękę z wielkim uszanowaniem. Nawet ze sporej odległości, jaka nas dzieliła, widziałam, że staruszka przy tym uścisku zaczerwieniła się jak jakaś niedoświadczona młódka. Widocznie magia munduru działała wyjątkowo silnie na ciekawskie starsze panie. No cóż, na mnie, niestety, wdzianko policyjne nie robiło aż takiego wrażenia, co więcej, z pewnością nie byłam zachwycona faktem, że pan policjant, pożegnawszy panią Paściakową, skierował się w moją stronę, pozbawiając ostatecznie złudzeń, że to nie ja jestem celem jego dzisiejszej wizyty.
- Dzień dobry, pani Urszulo. Uda mi się dzisiaj zająć pani chwilkę?
- Ma pan pięć minut. O co chodzi? Dowiem się w końcu?
- Przepraszam, że wczoraj nie wyjaśniłem sprawy do końca. To był zwariowany dzień, prawda?
No co pan nie powie, panie policjancie…
- Mam do pani parę pytań, ale też i wielką prośbę. Sprawa służbowa. Możemy teraz porozmawiać? I wolałbym nie tutaj, tylko w jakimś spokojniejszym miejscu. Jeśli nie dzisiaj, to, niestety, w innym terminie muszę pofatygować panią na komisariat. A tego raczej wolałbym pani oszczędzić. To co? Może porozmawiamy u pani na górze?
Pani Paściakowa przemknęła w tym samym momencie obok, oczywiście, próbując podsłuchać, o czym mówimy. Za chwilę pewnie wyleci z miotłą i zacznie udawać, że zamiata schody. A echo niosło głosy dość dobrze. Jeśli choć strzęp rozmowy do niej dotrze, ona z pewnością dośpiewa sobie resztę, a potem rozniesie jakieś wymyślone bajki po całym osiedlu.
Jakbym jeszcze nie była dostatecznie obsmarowana…
Zmełłam w ustach niezbyt cenzuralne słowo określające tę całą sytuację i skierowałam się w stronę wejścia na klatkę schodową. Pan policjant, biorąc moje milczenie za zgodę, podreptał za mną. Po drodze minęliśmy zamaszyście zamiatającą schody panią Paściakową, udającą, że oddaje temu zajęciu całą swoją duszę i że wcale nas nie widzi, a już na pewno nie słyszy. Paskudne słowo znów wyrwało mi się z ust, tym razem trochę głośniej. Pani P. chyba nie miała aż tak dobrego słuchu, żeby to do niej dotarło, za to pan policjant, idący za mną, usłyszał jak najbardziej, bo dobiegł mnie cichy chichot za plecami. A niech słyszy i się śmieje. Ciekawe, czym dzisiaj mnie, niewątpliwie niemile, zaskoczy.
Trzecie brzydkie słowo wydarło mi się, kiedy uświadomiłam sobie możliwą skalę dzisiejszych złych wiadomości i z wrażenia aż upuściłam klucze pod samymi drzwiami. Kiedy próbowałam je podnieść, pan policjant zrobił to samo i stuknęliśmy się głowami tak mocno, że zobaczyłam gwiazdy. Nie wiedzieć czemu, zirytowało mnie to jeszcze bardziej. Porwałam kluczyki z podłogi, ignorując te roje gwiazd nad głową i przy okazji pana policjanta również, po czym otworzyłam w końcu ten cholerny zamek i weszłam do środka.
-Proszę uważać, żeby kot nie uciekł.
Mało gościnnym gestem zostawiłam otwarte drzwi, co by mój gość (niezbyt mile widziany) mógł podążyć za mną. Plus za refleks, pomyślałam niechętnie, kiedy zgrabnym ruchem złapał Darę, zanim nie czmychnęła ku wolności. A już myślałam, że nawrzeszczę na niego, że pozwolił jej zwiać. A potem bym kazała mu jej szukać, niewątpliwie czerpiąc wielką przyjemność z oglądania stróża prawa, jak ugania się za tym przeklętym sierściuchem po całym osiedlu. Cóż za urocza perspektywa.
Te jakże miłe rozważania przerwał coraz częstszy trzask drzwi z zewnątrz, zwiastujący ciekawskie ruchy sąsiadów, którzy zwietrzyli plotkarską krew. I padło z mych usteczek brzydkie słowo po raz czwarty. Jak tak dalej pójdzie, to za chwilę padnie cała kwiecista wiązanka i to tak głośno, że pewnym ciekawskim ludziom pójdzie w pięty!
Tak szybko, jak to było możliwe, zamknęłam za panem policjantem drzwi, odgradzając się od źródła problemu. Niemal natychmiast doszły do mnie podniecone szmery rozmów, w tym głos pani P. Jak nic rozpoczęła zdawanie relacji. Wrrrr...Ale moment, chwilunia. Nie ma co się przejmować sąsiadami. Przecież ja miałam policję w mieszkaniu!
- Słucham.
- Pani Urszulo, może usiądziemy? Chyba łatwiej nam będzie się porozumieć, siedząc, niż teraz. Wygląda pani, jakby chciała mnie zaatakować.
Akurat nie panu policjantowi chciałabym w tym momencie zrobić krzywdę, tylko tym plotkarzom z zewnątrz. A on niewinny temu, że stanowię obecnie doskonałe źródło plotek.
No cóż…prawie niewinny.
Wzruszyłam ramionami i zaprowadziłam swojego policyjnego gościa do salonu, gdzie wskazałam kanapę. Sama zajęłam strategiczną pozycję stojącą, bo coś czułam, że chyba łatwiej mi będzie tak przyjąć najnowsze rewelacje, jakimi niewątpliwie za chwilę zostanę uraczona. Oparłam się więc całym ciężarem ciała o ścianę, założywszy ręce na piersi i oczekując...no cóż...najgorszego.
- Więc?
- Nie zamierza pani siadać?
- Nie.
Z kanapy dobiegło mnie ciche westchnienie, na zmianę z nieco głośniejszym mruczeniem Dary. Koci pomiot, wskoczywszy na kanapę od razu, kiedy usiadł na niej pan policjant, prężył się teraz pod głaszczącą go policyjną ręką, jakby trafił do kociego raju. A ode mnie zwiewała prawie za każdym razem, kiedy chciałam ją pogłaskać. Mówić tu o wdzięczności za to, że ją karmię!
- Chyba coś wczoraj pani takiego mówiła. Że przypominam pani najgorsze chwile w pani życiu. Proszę mi wierzyć, nie jest to moim zamiarem, to znaczy, dręczyć panią w taki sposób.
Tiaaa, jassssne…
- I moja dzisiejsza wizyta nie dotyczy w żadnym stopniu pani byłego chłopaka. Na szczęście zdołał sobie uświadomić pewne rzeczy i wczoraj był już całkowicie przekonany, że nie ma w tym mieszkaniu czego szukać. Przynajmniej w kwestii materialnej.
W innej tak samo, chciałam dodać, ale co to obchodziło pana policjanta?
- Jeśli nie chodzi o Konrada, to co się stało?
- Chyba muszę zacząć od początku. Widzi pani, od pewnego czasu mamy na oku dosyć prężnie działającą szajkę przemytników, którzy dostarczają z zagranicy, szczególnie ze wschodu, bardzo niebezpieczny towar. Chodzi, krótko mówiąc, o narkotyki. Nie mogę zdradzić pani zbyt wielu szczegółów, tajemnica śledztwa, ale proszę mi wierzyć, obecnie to jeden z priorytetów naszej pracy. Szczególnie interesujemy się kanałami, jakie wykorzystuje ta szajka, żeby dostarczać ten wspomniany towar...
- Jeśli uważa pan, że mam cokolwiek wspólnego z narkotykami i to tylko dlatego, że byłam wtedy w tym przeklętym barze…
Policjant podniósł uspokajająco dłoń, zanim nie rozpędziłam się bardziej.
- Nie, nie podejrzewam, że ma pani coś z tym wspólnego. Gdyby tak było, nie mieszkałaby pani w takim miejscu, w wynajmowanym mieszkaniu, nie jeździłaby pani używanym samochodem, a pani dochody nie przedstawiałyby się tak, jak tutaj – niczym magik wyciągnął z kieszeni wydruki z mojego konta bankowego, które wczoraj głupia ja osobiście wręczyłam policji podczas tej całej akcji z ustalaniem, do kogo należą sprzęty w mieszkaniu – bez urazy, ale nie wygląda pani na kogoś, kto czerpie korzyści z jakiegoś nielegalnego procederu. I dobrze, bo wtedy już na pewno musiałbym panią aresztować. A tego chyba pani nie chce, prawda? Zresztą, ja też nie. Może ma pani dość negatywny pogląd na moją pracę, czy ogólnie na pracę policji, ale proszę mi wierzyć, nie jesteśmy tylko po to, żeby utrudniać życie niewinnym ludziom. Staramy się pomagać.
Ok, to już przestało być zabawne.
- Z tego, co sobie przypominam, nie udostępniłam wam tych danych, żebyście prześledzili moje zarobki, ani nie zaprosiłam pana tutaj, żeby pokazywać, jak wysoki jest mój standard życiowy. To bezprawne wykorzystanie informacji o obywatelu!
- No cóż, jestem tego świadomy. Niestety, to nie jedyna informacja, którą sobie wczoraj przetworzyliśmy. Chodzi nam również o pani miejsce pracy. Kiedy moi koledzy wczoraj zobaczyli, gdzie pani pracuje, natychmiast dali mi znać.
- A co by pan zrobił, gdybym was, a przynajmniej pana, zaskarżyła za coś takiego? Że pana koledzy bezprawnie udostępnili panu moje dane? I czym aż tak pana zaciekawiłam, jeśli chodzi o moje miejsce pracy? Wysokością swoich poborów? Czy ich mizernością?
Jak można było się spodziewać, policjant nawet nie raczył pochylić się nad moim pierwszym pytaniem. Czemu mnie to nie dziwiło? Bezczelni! I on jeszcze tak po prostu mnie o tym wszystkim informuje? Gdzie ochrona danych osobowych, ja się pytam?
- Musi pani wiedzieć, że pani firma jest ostatnio jedną z tych, które obserwujemy jako możliwe ogniwo przemytu. Innymi słowy, mamy poważne podejrzenia, że ktoś od was szmugluje towar do odbiorców po całym województwie, albo nawet po całym kraju. Jak sama pani wie, macie naprawdę sporo linii tras, które obsługujecie. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności, akurat na tych trasach ostatnio pojawiły się w obiegu większe ilości narkotyków. Dodaliśmy więc dwa do dwóch i wyszło nam cztery. Domyśla się pani, co chcę przez to powiedzieć?
- Niemożliwe…
- Zapewniam, że możliwe jak najbardziej.
O mało nie padłam na zawał.
- Mówi mi pan, że w mojej firmie kierowcy rozprowadzają narkotyki?
- Z tego, co wiemy, kierowcy i ktoś jeszcze. Wszystko jest dosyć dobrze zorganizowane, a ślady zatarte w taki sposób, że muszą mieć pomoc jeszcze kogoś na wyższym szczeblu. Jak na razie nikogo nie udało nam się złapać bezpośrednio za rękę na gorącym uczynku, ale sama pani widzi, że…
- Dobrze, dobrze, rozumiem. Ale narkotyki???
Wbiłam wzrok w policjanta, czekając, aż krzyknie „Prima Aprilis”, albo, że jestem w jakiejś ukrytej kamerze, ale nic takiego się nie wydarzyło. Był aż za bardzo poważny i wręcz obrzydliwie pewny tego, co mówił.
- Widzę, że trochę trudno pani w to uwierzyć. Naprawdę nie zawracałbym pani głowy, jeśli to nie byłyby sprawdzone informacje. A pani spadła nam, że tak powiem, z nieba…
- Boże drogi...
- Kiedy dowiedziałem się, gdzie pani pracuje, pomyślałem, że to po prostu zrządzenie losu. Musi nam pani pomóc.
- Pan nie żartuje, prawda?
- Już pani mówiłem, że to nie są żarty. Krótko mówiąc, potrzebujemy kogoś wewnątrz tej pani firmy, kogoś, kto zna dobrze zwyczaje i ludzi tam pracujących. Pani nadaje się idealnie.
Ja chyba śnię…
- Mam być jakąś cholerną wtyką??? Dla policji???
Policjant wyszczerzył wszystkie zęby w uśmiechu – jest to jakiś pomysł przysłużenia się społeczeństwu, prawda?
Musiałam nieco przetrawić zasłyszane informacje. Narkotyki? Przemyt? Niemożliwe, żeby coś takiego się działo. Tym bardziej pod moim nosem. Przecież pracuję już w tej firmie dwa lata, zauważyłabym coś! I znam naszych kierowców. Prawie każdy ma rodzinę na utrzymaniu i wcześniej nigdy nie zauważyłam, żeby jakoś znacząco poprawiły im się warunki materialne! Odkąd ich znam, żaden nawet nie zmienił samochodu na inny model, na miłość boską! Jeśli to niby miało być wyznacznikiem faktu, że bawili się w dealerkę, to niestety, muszę uświadomić pana policjanta, że trafił, a za nim jego policyjni koledzy, jak kulą w płot.
Moje argumenty były niewiele więcej warte, jak się okazało.
- Musi mi pani uwierzyć na słowo, bo nawet nie wolno mi udzielać takich informacji, ale mamy zapisy transakcji na grube miliony, przechodzące przez konta waszych pracowników, lub ich członków rodzin. Potem te miliony giną gdzieś w szwajcarskich i tunezyjskich bankach. Standardowo, chciałoby się powiedzieć, kiedy chce się wyprać, lub ukryć przed krajową skarbówką swoje lewe dochody. Teraz mi pani wierzy?
Nie miałam czasu nawet odpowiedzieć, bo w tej samej chwili zadzwoniła komórka pana policjanta.
- Przepraszam, muszę odebrać, mój szef dzwoni.
Nie mogłam nie uwierzyć w to, co mi tu pan policjant tak ładnie zreferował. Bo to było zbyt logiczne, poza tym faktycznie, głupotą byłoby zawracanie mi głowy, gdyby nie mieli na to wszystko dowodów. Z drugiej strony, jak mogłam uwierzyć, że któryś z ludzi, których bardzo dobrze znam (z czego można chyba wysnuć wniosek, że kiepsko potrafię oceniać ludzkie charaktery) robił to, co mi pan policjant tak ładnie zreferował.
Mój towarzysz przerwał na chwilę rozmowę i zakrył mikrofon dłonią.
- I jaka jest pani decyzja, pani Urszulo? Pomoże nam pani? Szef pyta.
Znacząco wskazał na telefon. Jak widać, coś takiego jak czas do zastanowienia był towarem luksusowym, na który nie było stać polskiej policji.
I co ja miałam teraz, do cholery, zrobić? Czy nie miałam już wystarczająco pecha w życiu, a szczególnie ostatnimi czasy, żeby teraz dać się wplątać w jakąś narkotykową aferę? Na dodatek miałam niemiłe podejrzenie, że to wszystko skończy się dla mnie naprawdę kiepsko. Jeśli policja jednak nic nie znajdzie, a szef się dowie, że im pomagałam, jak nic wylecę z hukiem z roboty. Z drugiej strony, jeśli policja znajdzie dowody, że moja firma nie jest tak kryształowo czysta, jak do tej pory ja sama sądziłam, i tak stracę pracę, bo firma upadnie. Ciężko jest działać na rynku z łatką przewoźnika narkotyków, jak można się domyślić. I tak źle, i tak niedobrze…
A pan policjant, wpatrując się we mnie intensywnie, zbyt intensywnie, jak na mój gust, znacząco pokazuje telefon i żąda natychmiastowej odpowiedzi!
Za co to wszystko? Co zrobiłam w swoim poprzednim życiu, żeby zasłużyć na takie baty od losu w teraźniejszości? Chciałam tylko odrobiny spokoju. Czy to tak wiele? Niech kto inny bawi się w agenta w miejscu pracy. Nie chcę być w to wszystko wplątana i tyle!
- Pani Urszulo, jeszcze jedno. Pamięta pani sprawę tego pobicia w barze? Nie chcę się chwalić, ale to ja byłem osobą, która...powiedzmy, namówiła naszą znajomą blondynkę i jej towarzysza do nieskładania obciążających panią zeznań. Oboje mieli swoje za uszami, więc wykazali się dobrą wolą i nie wciągnęli pani w to bagno, w zamian za pewne rzeczy, korzystne dla nich. Dlatego ma pani teraz czystą kartę. Niemniej jednak zeznania można w każdej chwili zmienić.
Pan policjant uśmiechnął się uprzejmie, choć uprzejmość to chyba ostatnia cecha, o którą go w tym momencie podejrzewałam. A to żmija niemyta! Szantaż? Posłałam mu tak nienawistne spojrzenie, że powinno go spopielić na amen. Jak ja mogłam takiego gada wpuścić do domu?
Oczywiście, nie ruszyło go to. Co więcej, wyglądał, jakby się świetnie bawił tą całą sytuacją, drań jeden. A ja nagle uświadomiłam sobie, że nie mam w ręku ani jednej karty przetargowej. Nie zgodzę się - będę miała na głowie tę blondynę z baru. Jak będą wyglądać moje akta, jeśli będę oskarżona o udział w bójce po pijaku, albo wręcz o pobicie? Mieć spaprane papiery przez taką głupotę, to wręcz nieprawdopodobne. I bardzo kłopotliwe w większości sytuacji, gdyby ktoś miał dostęp do tych informacji. Z drugiej strony zgodzę się - będę musiała się męczyć z...nie wiem, z kim, ale na pewno nie będzie to nic przyjemnego, donosić na własnych kolegów z pracy! Boże, jak za komuny! Tylko, że donoszenie nie splami mi papierów...
Nie miałam wyboru. Absolutnie żadnego.
Powoli pokiwałam głową, co mój policyjny terrorysta zaraz zaraportował osobie po drugiej stronie linii – tak, szefie, pani Ula właśnie się zgodziła. Nie, wszystko bez najmniejszego problemu. Pani Ula to bardzo rozsądna osoba. Dobrze, przekażę.
Policjant zakończył rozmowę, schował telefon i znów obdarzył mnie uśmiechem ukazującym wszystkie zęby.
- Szef prosił, żeby pani przekazać, że bardzo się cieszy z powodu naszej przyszłej współpracy. Zresztą, ja również.
- No co pan nie powie…
Jak się mogłam spodziewać, nie zwrócił uwagi ani na ironię, ani kolejne mordercze spojrzenie, jakie mu posłałam. Wredny typ.
- Proszę nie wątpić, pani Urszulo, bo znowu będzie mi bardzo przykro. Jako że będziemy razem pracować, to może porzućmy tego „pana” i „panią”, dobrze? Będzie wygodniej. Mirek jestem.
- Nie mam ochoty zawierać bliższych znajomości z osobami, które...zresztą, nieważne. Zgodziłam się wam pomóc, bo nie miałam innego wyjścia. Proszę mi powiedzieć, co mam zrobić. Im szybciej to wszystko zakończymy, tym lepiej.
Ręka, którą pan policjant Mirek wyciągnął w moją stronę, zawisła w powietrzu i nie chciała opaść. Czekał.
- Ja mam czas, Urszulo. A tobie chyba też na czasie zależy, prawda?
Co jak co, ale facet był strasznie uparty. Jak coś sobie wbił do tego zakutego łba…
Z ponurą miną i świadomością, że zachowuję się jak pokonany na wszystkich frontach policyjny jeniec, uścisnęłam końcówkami palców tę cholerną dłoń.
- No i widzisz, nie bolało. A skoro już jesteśmy ze sobą po imieniu, to chciałbym ci przypomnieć, że ostatnio chyba proponowałaś coś do picia. Kolegów nie ma dziś ze mną, ale ja bym się bardzo chętnie napił takiej dobrej kawy – zrobił pauzę, a mnie zagotowało od środka – z ekspresu, który udało ci się zachować, jeśli dobrze pamiętam, z łap twojego byłego partnera. To co, napijemy się kawki i powiem ci, jak widzę tę naszą przyszłą współpracę, dobrze?
Zgrzytając zębami, bez słowa pomaszerowałam do kuchni, po drodze wyrzucając sobie, że jednak nie podjęłam innej decyzji. Jakoś zaczęłam naprawdę wątpić, że ta blondynka z baru byłaby aż tak upierdliwa, jak ten policjant. Ale zaraz się przekona, że nie warto ze mną zadzierać i bawić się mną, jak kot myszą, zanim ją pozbawi życia. Ma ochotę pożartować, to ja się bardzo chętnie dostosuję. Oczywiście, na moich zasadach.
Kiedy kilka minut później wniosłam tacę z kawą do salonu, policjant Mirek rozmawiał cicho przez telefon, stojąc przy oknie, z Darą warującą niczym pies u jego stóp. Co za zdradziecki koci pomiot...Zobaczywszy mnie, pan policjant od razu się rozłączył, choć byłam naprawdę ostatnią osobą na świecie, którą by obchodziło, czy rozmawiał z szefostwem, rodziną, dziewczyną, żoną, czy nawet z samym papieżem! Ani tym bardziej, o czym rozmawiał.
- Co to za kawa?
- Arabica.
- Pachnie bardzo ładnie -pan policjant odebrał mi tacę, postawił ją na stoliku, po czym wziął filiżankę do ręki i zaciągnął się aromatem. Nagle spojrzał na mnie podejrzliwie – mogę chyba przypuszczać, że nie okazałaś się tak dziecinna i do niej nie naplułaś, prawda?
Uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Zrobiłaś to!
- No cóż…
Mirek nie czekał na jakiekolwiek wyjaśnienia z mojej strony. I chyba naprawdę potrzebował napić się tej kawy. Szczególnie tak aromatycznej, której zapach nęcił rozkosznie powonienie. Aż sama nie mogłam już wytrzymać.
- Ej, to moje! - udałam głębokie oburzenie, które tylko dodało sytuacji realizmu. Choć mogłam sobie darować aktorstwo. Zostałam bezczelnie pozbawiona filiżanki, za to filiżanka Mirka powędrowała w odwrotnym kierunku.
- Nie będę ryzykował. Naprawdę tam coś dodałaś?
Patrzyłam, jak zaciąga się po raz kolejny aromatem, po czym zaczyna pić. Zachichotałam w duchu niczym mały, złośliwy gremlin. Mężczyźni są tacy przewidywalni. Masz za swoje, panie policjancie!
- Do twojej nie.
Filiżanki były małe. Na jego szczęście. Albo raczej, nieszczęście, bo pan policjant swoją właśnie kończył. Słysząc jednak moje oświadczenie o mało się nie zadławił ostatnim łykiem.
- A do której?
- Do tej, z której pan właśnie pije – uśmiechnęłam się słodko – dodałam trochę środka na zaparcie. Mam małe problemy trawienne. Gdyby nie był pan tak szybki i wysłuchał, co chciałam powiedzieć...i nie zachował się jak ostatni prostak zabierając mi filiżankę...No cóż, radzę panu szybko znaleźć jakąś wolną toaletę. Ten środek naprawdę działa błyskawicznie.