niedziela, 25 listopada 2018

Trochę nie wyszło, co Konradzie?

Jak się okazało, Kondzio nie rzucał słów na wiatr, a już na pewno nie w kwestii mojego ewentualnego żalu, że odważyłam się podnieść na niego rękę. Uzbrojoną tylko w kocią karmę, ale zawsze uzbrojoną.
Widocznie kondziowski majestat musiał zostać poważnie obrażony, inaczej ten idiota nie zjawiłby się ponownie pod moimi drzwiami, na dodatek w towarzystwie policji i jakiegoś świstka papieru, pochodzącego, jak mi to oznajmił przez zamknięte drzwi, z sądu, i informującego, że mam mu zwrócić pozostałą jego własność, która znajduje się w mieszkaniu.
Na dodatek ta zdradziecka menda wiedziała, jaką porę wybrać. Z racji tego, że była sobota, godzina dziewiąta rano, świadkiem tych jego wrzasków był calutki komplet sąsiadów, którzy wylęgli na klatkę schodową i teraz przyglądali się z niezdrowym podnieceniem przedstawieniu, jakie urządzał Konrad. Skąd o tym wiedziałam? Po pierwsze, sama byłam wtedy w domu i Konrad był tego doskonale świadomy. Po drugie, z twarzą przypominającą ugotowanego homara ze wstydu i wściekłości, podglądałam, co się dzieje na zewnątrz, przez judasza w drzwiach, nie mogąc wyjść z szoku, co ten idiota wyprawiał. Jeśli tylko dziś nie zamkną mnie w jakimś dobrze strzeżonym miejscu za popełnione na nim morderstwo w afekcie, będę musiała szybko zacząć rozglądać się za jakimś nowym lokum, bo tutaj byłam z pewnością spalona do zera.
Kwestia zmiany mieszkania musiała jednak poczekać, zanim nie wyjaśni się sytuacja obecna. A ona nie kształtowała się zbyt dobrze. Konrad wydzierał się już od dobrych paru minut. Na szczęście, policja, w liczbie dwóch, słusznej postury, stróżów polskiego prawa, na razie go w tym nie wspierała, tylko stali sobie, patrząc trochę znudzonym wzrokiem na ciskającego się Konrada i na milczącą gromadę za nim ale, jak znałam życie, ten stan rzeczy za chwilę mógł ulec zmianie. No i wykrakałam…
- Pani Wierzbicka, proszę otworzyć! Naprawdę pora już skończyć to przedstawienie. Słyszy pani? - słowom tym towarzyszyło dwukrotne walenie w drzwi mojego mieszkania wielką, policyjną pięścią.
No cóż, słyszałam bardzo dobrze. Musiałabym być głucha, żeby nie słyszeć. I naprawdę, chciałam z całego serca przyklasnąć pomysłowi pana policjanta, żeby jak najszybciej zakończyć to darmowe show na korytarzu ku uciesze sąsiedzkiej gawiedzi. Rzuciłam ostatnie spojrzenie przez wizjer. Konrad stał z miną zadowolonego macho, ciągle machając tym nieszczęsnym kawałkiem papieru, niby jakąś zdobyczną chorągwią. Och, z jakże wielką przyjemnością starłabym mu ten jego uśmieszek z twarzy! Dowolną metodą, byle jak najbardziej bolesną dla niego. Za to miny policjantów były więcej, niż wymowne. Chcieli w tym czymś uczestniczyć tak samo, jak ja. Nie powiem, podniosło mnie to trochę na duchu. Ale, mimo wszystko…
Westchnęłam, powolutku zwolniłam zamki, otworzyłam drzwi i stanęłam twarzą w twarz z tą dziwaczną procesją.
- Ciężko państwa nie słyszeć. O co chodzi?
Konrad już, już szykował się do wejścia, oczywiście, dalej kontynuując przy tym swoją tyradę. Na szczęście nie zdążył zrobić nawet jednego kroku w przód. Policjant po jego lewej skutecznie zagrodził mu drogę tak, że nagle znalazł się pomiędzy mną, a tym przerośniętym patafianem, z którym kiedyś mieszkałam, na dodatek zgrabnie wyłuskując mu z rąk to sądowe pisemko, którym Konrad wcześniej tak skutecznie mnie straszył. Z uprzejmym uśmiechem pan policjant podał mi ten nieszczęsny dokument, prosząc, bym się z nim zapoznała i, no cóż, dostosowała się do jego treści. Prawnicza terminologia nie była aż tak zawiła, żebym nie mogła jej zrozumieć, ale nie powiem, żebym była szczęśliwa, poznawszy jego treść. Urzędowe pismo w praktyce znaczyło tyle, że musiałam pozwolić im wejść do mieszkania i pozwolić zabrać sobie wszystko to, co wskaże Konrad. Jako jego tak zwane mienie własne, które ja, podła dziewucha, bezczelnie mu zabrałam. Jeśli okażę się na tyle głupia, że będę Konradowi, jako poszkodowanemu w tej całej sytuacji, to uniemożliwiała, zostanę pociągnięta do odpowiedzialności.
Co miało oznaczać ostatnie, wolałam się nie zastanawiać. Ani tym bardziej, nie miałam ochoty być pociągnięta do jakiejkolwiek cholernej odpowiedzialności. I tak już czekałam jak na szpilkach na wezwanie do złożenia wyjaśnienia, jeśli chodzi o mój pamiętny udział w akcji w barze. W najgorszym wypadku do stawienia się w charakterze oskarżonej o pobicie i zdemolowanie lokalu. Najgłupszą z możliwych rzeczą z mojej strony było dokładać do mojego policyjnego rejestru utrudnianie pracy policjantom na służbie, choć tylko ja sama wiedziałam, jak wiele mnie kosztowało spokojne usunięcie się z przejścia i pozwolenie na wejście do mojego własnego mieszkania, szczególnie takiemu ludzkiemu karaluchowi, jak Konrad.
Tak więc dziwaczna procesja znalazła się w środku, a ja zamknęłam drzwi, ku widocznemu niezadowoleniu obserwatorów z zewnątrz. Trzymając w ręku to nieszczęsne pismo, powlokłam się do salonu, skąd słychać było entuzjastyczne piski Konrada. Trzeba przyznać, że nie tracił czasu. Na kanapie już leżał odłączony od prądu telewizor, a sam Konrad, podkasawszy rękawy, mocował się teraz z mini wieżą, która zazwyczaj stała sobie na najwyższej półce w salonie. Pamiętam, jak ciężko było ją tam umieścić. Jak widać, trudności w zdobywaniu łupu nie zniechęciły Konradka do dodatkowego wysiłku.
- Mógłby mi pan pomóc? - wysapał do jednego z policjantów, którzy do tej pory przyglądali się w milczeniu jego machinacjom – to cholerstwo zaraz spadnie mi na głowę.
- Niestety, nie mogę. Kolega też nie. Przyszliśmy tu tylko w charakterze asysty, nie tragarzy. O pomocy w takich sprawach mógł pan pomyśleć wcześniej.
Znając Konrada, nie pomyślał. Albo raczej przyjął za pewnik, że policjanci ugną się i pomogą mu w wyniesieniu jego maneli. Miałam też pełną świadomość, że musiał przedstawić swoje krzywdy nadzwyczaj przekonująco, skoro aż dwóch policjantów zostało oddelegowanych do tej, pożal się Boże, asysty. Jeden wystarczyłby w zupełności. Albo gdyby Konrad nie był takim tchórzem, to ta cała historia mogłaby się spokojnie rozwiązać bez obecności przedstawicieli prawa.
Panowie policjanci też nie ukrywali, jakie mają zdanie na temat tej całej sytuacji. Zdusiłam trochę niestosowny śmiech, widząc pełne zniesmaczenia spojrzenia, jakie sobie posłali, kiedy Konrad wyleciał, tym razem z kuchni, tryumfalnie niosąc w ramionach cały stos jakichś kuchennych gadżetów. Po co mu były te szpargały, nie miałam pojęcia. Zazwyczaj i tak ich nie używał. Chyba, że to dla blond Madzi. Ta harpia na pewno nie przyjęłaby Konrada ot tak, z ulicy, na dodatek z pustymi rękami. Byłam niemal pewna, że pomysł przyjścia tutaj z policją i z nakazem wyszedł z jej tlenionej łepetyny. A niech sobie biorą to wszystko. Przeżyję telewizor, wieżę, nawet to kuchenne badziewie. Jeśli to ma mnie uwolnić od tej parki już do końca mojego żywota, to…
- Tylko nie ekspres do kawy!
Tego nie zdzierżyłam. Konrad doskonale wiedział, że uwielbiałam tę maszynę, drań jeden. Tyle razy widział, jak odprawiałam cały ceremoniał, żeby to maleństwo zrobiło najpyszniejszą kawę na świecie! Wydałam na niego całą swoją trzynastkową pensję! A mimo to ośmielił się go sobie przywłaszczyć! Tego nie daruję!
- Mówię poważnie, Konrad, zostaw ten ekspres! Resztę możesz sobie zabierać, ale prędzej piekło zamarznie, niż pozwolę ci go stąd wynieść!
- Panowie…
Konrad skinął po pańsku ręką na policjantów. Jak na dłoni widać było, że nie spodobało im się to. Nikt nie lubi, jak jakiś młokos kiwa na nich rozkazująco rączką, na dodatek w sytuacji wybitnie niesmacznej. Policjanci też nie byli tym zachwyceni. Na swoje nieszczęście Konrad tego nie dostrzegł. Pańska ręka powędrowała w moją stronę, na dodatek bardzo bezczelnym ruchem, jakby ten idiota odganiał się od jakiegoś irytującego insekta, krążącego mu nad głową.
- Panowie, proszę uświadomić panią Ulę, że te rzeczy należą do mnie. Mogę je sobie zabrać, nawet jeśli jej to nie w smak. Mam prawo…
Pan policjant przerwał mu grzecznie, ale stanowczo.
- Prawo do tych rzeczy ma ta osoba, która za nie zapłaciła, proszę pana. Skoro tak panu śpieszno, to proszę dać nam w końcu te dowody zakupu, o które prosiliśmy i zabierajmy się już do sprawdzania tych pańskich praw. My też nie mamy całego dnia, żeby uczestniczyć w tych...waszych zatargach o własność.
- Mówiłem już adwokatowi, że pani Wierzbicka nie pozwoliła mi ich zabrać przy mojej ostatniej wizycie w tym mieszkaniu!
- Czyżby? Z tego, co mi wiadomo, powiedział pan, że ma je w domu. Założyliśmy, że ten „dom” to pana obecne mieszkanie. Twierdzi pan, że te dowody są tutaj?
Przyznaję, dopiero teraz mnie oświeciło. Uśmiechnęłam się diabolicznie, czując, że sytuacja za chwilę może się gwałtownie obrócić. I to na moją korzyść.
- Och, jakie to smutne...Jak ja mogłam być dla ciebie tak okrutna? Tylko nie przypominam sobie, że prosiłeś o coś więcej, niż o TWOJE rzeczy, Kondziu. Ale – tu zwróciłam się do jednego z policjantów – przed chwilą mówił pan, że te rzeczy, które leżą sobie tutaj, należą do tego, kto ma na nie dowód zakupu, tak?
Potwierdzenie policjanta zbiegło się z dużo mniej cenzuralnym okrzykiem Konrada, który chyba domyślał się, co miałam zamiar zrobić.
- W takim razie, panowie, te rzeczy należą do mnie. W końcu to ja mam na nie wszystkie kwity.
Bogu dzięki i wszystkim aniołom stróżom za moją gorliwość przy gromadzeniu takich papierów. Konrad nieraz się ze mnie nabijał z tego powodu. No cóż, wyszło na to, że teraz to nabijanie się odbiło mu się czkawką. Albo jakimś zezem, bo minę miał bardzo nietęgą, kiedy po kilku minutach przyniosłam wszystkie papiery. Wszelkiego rodzaju gwarancje zakupu, paragony, rachunki, słowem wszystko, co mogło w tej chwili pogrążyć roszczenia Konrada co do sprzętów dostępnych w tej chwili na mieszkaniu, skrzętnie złożone w jednym pudełku po butach. Takie zboczenie zawodowe księgowej, jasne? Jako wisienkę na torcie dostarczyłam jeszcze panom policjantom wydruk moich archiwalnych operacji finansowych, na którym widać było czarno na białym, że to ja płaciłam za te sprzęty, z którymi tak beztrosko sobie poczynał Konrad. A już na pewno za ekspres do kawy. W głowie mi się tylko nie mieściło, że dałam się tak podejść i od razu ich nie pokazałam. Gdyby tylko ten matoł nie był taki pazerny…
- Coś nie tak? - zapytałam widząc, jak jeden z policjantów z trochę zastanawiającym wyrazem twarzy patrzy raz na mnie, raz na mój wydruk bankowy – chyba coś takiego wystarczy panom za dowód, prawda? W razie czego w pudle powinna być jeszcze gwarancja...
- Tak, oczywiście, wystarczy jak najbardziej. Zastanawia mnie tylko pani ówczesne miejsce pracy – policjant wskazał palcem na przelewy widniejące na wydruku, gdzie jak byk pyszniła się nazwa miejsca, w którym miałam wątpliwą przyjemność zarabiać w pocie czoła i nerwach
dnia codziennego – nadal tam pani pracuje? Na jakim stanowisku?
- Tak, jako księgowa, ale co to ma do rzeczy?
- Nic, nic, po prostu znam tę firmę. Stasiu, ty też ją kojarzysz, prawda?
Policjant Stasiu zerknął tylko na podany mu wydruk, wymienił bardzo znaczące spojrzenie z kolegą i nie komentując sprawy wyszedł. Słyszałam, zanim zamknęły się za nim drzwi na korytarz, jak rozmawia z kimś przez telefon i zrobiło mi się nieco nieswojo.
O co tu chodzi? Czyżby szef miał jakieś zatargi z policją? Ale byłby numer! Niesiona ciekawością zapytałam o to policjanta, ale on nie palił się zbytnio, żeby mi cokolwiek wyjaśniać. Wręcz mnie ignorował, podobnie jak Konrada, który zaczął swoje dogadywanki na temat powolności pracy polskiej policji. Gdyby miał odrobinę tak zwanego rozumu, to by się zamknął. Takie głupie odzywki nie przysparzały mu popularności, a już na pewno nie pomagały w sytuacji, w jakiej na własne życzenie się znalazł. A za wesoła to ona nie była.
Policjant Stasiu wrócił po minucie i obaj panowie od razu zabrali się do pracy. Przejrzeli kwitki, które zbierałam z taką pieczołowitością, jeden po drugim, przekładając rzeczy z kanapy na dwie kupki. Po tej wnikliwej selekcji okazało się, że została tylko jedna rzecz, którą mógł sobie zabrać Konrad. Ręczny siekacz do cebuli. To był chyba jakiś prezent, więc, siłą rzeczy, paragonu za niego nie posiadałam. Za to Kondzio nie wyjdzie stąd przynajmniej z pustymi rękami, biedaczek...
Nawet policjantom zadrgały wargi, kiedy dokonywali oficjalnego przekazania tego łupu. Ja, wstyd się trochę przyznać, ale zaśmiewałam się w głos, widząc minę Konrada. Był wściekły, jak chyba nigdy wcześniej.
- Trochę nie wyszło, co? - zapytałam zupełnie nie współczującym tonem. W odpowiedzi Konrad, puściwszy wiązankę, jakiej na pewno nie powstydziłby się jakiś mocno zdeprawowany marynarz, rzucił trzymanym w ręku siekaczem o podłogę. Na dodatek rzucił tak mocno, że wspomniany siekacz rozprysnął się na kawałki, które poleciały w różne strony. Momentalnie przestało mnie to bawić. O nie, jeśli ktoś tu nie wie, kiedy należy powiedzieć sobie dość i przestać być kretynem, to mu to widocznie trzeba bardziej dosadnie uświadomić.
- Panowie, czy dewastacja mienia nie podchodzi czasem pod czym karalny? Nie chodzi mi o ten siekacz do cebuli, w końcu, jak ustaliliśmy, należy do pana Adamskiego, więc może robić z nim, co tylko chce, ale proszę zobaczyć – pochyliłam się i pokazałam policjantom uszczerbek w parkiecie, tam, gdzie siła uderzenia wyrządziła największe szkody – chyba mogę to zgłosić jako rzecz, za którą pan Adamski może być pociągnięty do odpowiedzialności, prawda?
- Jak najbardziej.
- No to proszę go stąd wyprowadzić, zanim nie podejmę decyzji o właśnie takim rozwiązaniu sprawy. Żegnam. I, oczywiście, informuję, tak na przyszłość, że pan Adamski nie jest tu mile widziany. Jeszcze jedno takie najście i wtedy możemy zobaczyć się w sądzie. Na poważnie. Chyba nikt z panów nie ma wątpliwości po tym, co się tu dziś stało, jaki byłby rezultat takiej rozprawy. A sądowy zakaz zbliżania się, lub inne tego typu ograniczenie, są takie niewygodne w codziennym życiu, nieprawdaż, Konradzie?
Konrad posłał mi tak nienawistne i tchnące lodem spojrzenie, że nawet Matylda by się go nie powstydziła, ale na mnie nie zrobiło wrażenia. Posłałam ostatnią zatrutą strzałę.
- Chyba, że panowie, oczywiście, oprócz pana Adamskiego, mają jeszcze ochotę na kawę. Ekspres jest, także zapraszam – znacząco poklepałam rzeczony sprzęt. Policjanci popatrzyli po sobie.
- Dziękujemy...
- Oj, proszę nie być takim skrupulatnym, wiem, że wam na służbie nie wolno, ale za małą czarną nikt was nie zdegraduje. Proszę tylko minutkę poczekać – uśmiechnęłam się słodko do stróżów prawa i, ciągle piastując ekspres w ramionach, zaniosłam go tam, skąd Konrad tak perfidnie go zabrał.
Na progu kuchni aż się wzdrygnęłam. Pomieszczenie przypominało sajgon. Jak widać, Konrad, szukając tych swoich zdobyczy, nie zwracał uwagi na coś takiego, jak zachowanie ładu i porządku. W tym momencie niewiele mnie to obchodziło. Dużo większą uwagę, niż bałaganowi, poświęciłam na uspokojenie swoich rąk, które od jakiegoś czasu jakby żyły własnym życiem. Jak widać, dzisiejsza sytuacja miała na mnie dużo większy wpływ, niż można było się spodziewać. Rany boskie, za chwilę wszystko potłukę! - pomyślałam, kiedy niemal w ostatniej chwili uratowałam cały rządek kubków, stojących na suszarce, a który to rządek jeszcze trochę, a wylądowałby spektakularnie na podłodze, niestety, w kawałkach.
Podłączyłam ekspres, na szczęście nie powodując już żadnych aktów dewastacji we własnej kuchni i czekając na kawę oparłam się o zlew, starając się nie zwracać uwagi na odgłosy z salonu, skąd nadal słychać było wykłócającego się Konrada. Jeśli ten idiota za chwilę się stąd nie ulotni, poważnie rozważę kwestię użycia tasaka, pal licho obecność policjantów…
Snując te jakże krwawe wizje i czerpiąc z nich coś na kształt satysfakcji, poczułam, że ktoś stoi mi za plecami. Zanim zdołałam się opanować, podskoczyłam, aż miło. Rany boskie, co ten dzisiejszy dzień zrobił mi z nerwami...
- Dzień dobry, pani Urszulo. Przepraszam, przestraszyłem panią? - za mną stał jeden z policjantów, z bardzo skruszoną miną i z moim wydrukiem bankowym w ręce. Zaraz, chwila. Spojrzałam bliżej na przedstawiciela prawa i coś mi się przestało zgadzać. Na pewno nie miałam przed sobą ani policjanta Stasia, ani jego kolegi. Zmarszczyłam czoło.
- Proszę mi nie mówić, że do takiej błahej sprawy przydzielili aż trzech policjantów. I kiedy w ogóle pan przyszedł? Koledzy pana wpuścili? Nawet nie słyszałam dzwonka. Zresztą, niepotrzebnie się pan fatygował, już wyjaśniliśmy sobie z panem Adamskim wszystkie nieporozumienia – w tym momencie ekspres wydał z siebie jakże pożądany dźwięk, zwiastujący pełną gotowość do pracy - Chyba, że pan też na kawę.
- Nie, ja nie w sprawie pana Adamskiego…
- No to o co chodzi? - spytałam i oczy mi się zaokrągliły. Oczywiście, z niepokoju. Czego więcej może żądać ode mnie policja, jak nie tego, czego się już od dawna obawiałam, czyli wyjaśnień co do pamiętnego incydentu w barze? A ja, naiwna, myślałam, że o mnie zapomnieli...
- Proszę się tak nie przerażać, pani Urszulo. Zanim jednak powiem, co mnie tu dziś sprowadza, chciałem pani pogratulować opanowania. Zazwyczaj, przy takich sprawach, jak dzisiejsza, kiedy idzie o podział majątku, w większości przypadków dochodzi do bijatyk i przepychanek. W sumie, moi koledzy byli pewni, że dziś będzie tak samo, a tu mieli miłą niespodziankę. Oczywiście, nie mówię tu o stratach pana...Adamskiego, tak? Ale z drugiej strony, jakby pani się nie wykazała takim opanowaniem, to byłaby z pani strony już recydywa, jeśli chodzi o udział w bójkach, a na coś takiego już trudno byłoby przymknąć oko.
Zagapiłam się w ciężkim szoku na policjanta. Co jak co, ale takiego czegoś to się nie spodziewałam.
- O czym pan, do cholery, mówi?
- Nie pamięta mnie pani? - policjant zdjął czapkę, niby kapelusz, ruchem, który coś mi, niestety, przypomniał. Zmartwiałam.
- To pan…
- To ja – powiedział znajomy mi pan policjant z klubu, gdzie zrobiłam z siebie tak wielką idiotkę. Czy dzisiejszy dzień może być jeszcze gorszy? - naprawdę mały jest ten świat, prawda? Proszę nie robić takiej miny, bo będzie mi przykro, że aż tak niemiło pani mnie wspomina. W końcu cała sprawa dobrze się dla pani skończyła. To koleżanka wylądowała na detoksie, nie pani, prawda?
Nie uznałam za stosowne poinformować pana policjanta, jak bardzo szczęśliwie zakończył się wspomniany pobyt na detoksie dla mojej fuksiarskiej koleżanki. Jeszcze bym sobie przypomniała moją ówczesną frustrację...Tego wolałam uniknąć. Poziom dzisiejszej i tak już dawno przekroczył dopuszczalną normę. Oparłam się z westchnieniem o szafkę, bo rozdygotały mi się kolana.
- Czy w Krakowie naprawdę nie ma już innych policjantów? Wszędzie wysyłają pana? A ja muszę, oglądając pana, przypominać sobie najgorsze momenty w moim życiu? Nie jestem...nie jestem dumna z mojego wyczynu wtedy, w klubie. Przede wszystkim nie jestem osobą, która bije ludzi! Recydywa pod tym względem jest dla mnie nie do pomyślenia! Po co pan tu przyszedł? Zobaczyć, czy nie pobiję swojego byłego i, gdyby mi się ręka jakimś cudem omsknęła, aresztować mnie? Dzisiejszy dzień jest już tak zły, że nic mnie już nie zdziwi...
- A co, chciałaby pani? - policjant z uśmieszkiem na twarzy wyciągnął kajdanki i zamajtał mi nimi przed nosem, aż się wzdrygnęłam - dobrze, już dobrze! Żartowałem.
- Wybitnie nieśmieszne te wasze policyjne żarciki…
- Ma pani aż tak złe doświadczenia z policją?
Wolałam się nie wdawać w zawiłe wyjaśnienia, dlaczego policja nie jest moim ulubionym tworem, bo to by pociągnęło za sobą historię moich ostatnich porażek życiowych. Udałam więc, bardzo słusznie zresztą, że nie słyszałam pytania. Panu policjantowi nic do tego, jakie mam doświadczenia, z policją, czy z kimkolwiek innym.
- Jeśli nie przyszedł pan aresztować mnie i nie w sprawie Konrada, to czemu zawdzięczam pańską wizytę? Dowiem się w końcu?
Chyba nie było mi to dane, a przynajmniej dzisiaj. Do kuchni zajrzał policjant Stasiu z bardzo poważnym wyrazem twarzy na policyjnym obliczu.
- Przepraszam, że przeszkadzam w miłej rozmowie, podkomisarzu, ale mamy mały problem. Pan Adamski zaczyna być nieco...trudny do opanowania. Chyba będziemy musieli go stąd ewakuować, bo sam raczej nie zechce opuścić lokalu. W innym wypadku straty mogą być większe, niż tylko kawałek parkietu.
Jakby na potwierdzenie tych słów, w salonie coś huknęło. Skrzywiłam się.
- To był chyba mikser…Nie licząc nowych dziur w podłodze.
Po sekundzie huknęło ponownie.
- Proszę go stąd jak najszybciej wyprowadzić, zanim zdemoluje mi całe mieszkanie! - krzyknęłam, bo ten huk był już zdecydowanie mocniejszy. Kiedy pobiegliśmy wszyscy do salonu, zastaliśmy tam koniec świata i okolic. Dokoła walały się plastykowe fragmenty, będące jeszcze nie tak dawno obudowami moich sprzętów kuchennych. Konrad, bawiący się niczym małe dziecko w berka z policjantem, biegając dokoła kanapy, właśnie zdołał dopaść wieżę stereo, by zrobić z niej miazgę, podobnie jak wcześniej z mikserem i, jak się zorientowałam po bałaganie, parowarze. Na szczęście w porę powstrzymali go policjanci. Patrzyłam zniesmaczona, jak ten idiota miota się niczym furiat, próbując się uwolnić z policyjnych okowów. Rany, może jednak by się poważnie zastanowić nad kwestią tego zakazu zbliżania się. Może się okazać przydatny, szczególnie mając do czynienia z takim szaleńcem, jak mój były. Po chwili, skuty kajdankami (nie na moją prośbę, sam sobie zasłużył) w asyście trzech policjantów, Konrad został wyprowadzony, a ja zostałam sama na placu boju. Zerknęłam na korytarz. Tym razem nie było tam nikogo, kto byłby świadkiem upokorzenia mojego byłego chłopaka. Wcześniej kochani sąsiedzi nie mieli jakoś problemu, żeby gapić się bezczelnie na mój padół wstydu. Widocznie powaga obecności policji i kajdanek musiała w końcu zadziałać i zmusić ich do poskromienia ciekawości poprzez pozostanie we własnych mieszkaniach. A właśnie, co tam mruczał ten znajomek policjant? Że przyjdzie jutro? Tylko tego mi jeszcze brakowało, żeby mi tu teraz przez mieszkanie codziennie defiladował tabun policji na zmianę z niebezpiecznym dla sprzętów domowych byłym facetem...
O Boże, Boże, Boże, i jak ja mam się teraz pokazać sąsiadom na oczy...Jedyne, co mi pozostało, to natychmiast zacząć szukać nowego mieszkania i wyprowadzić się stąd tak szybko, jak to możliwe. I modlić się, żeby Konrad, ani milusi pan policjant mnie nigdy nie odnaleźli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz