Nie znalazłam nowego mieszkania i, niestety, nie udało mi się uciec od potępiających spojrzeń sąsiedzkich. A to dlaczego? Ponieważ, kiedy następnego dnia wróciłam z pracy, próbując przemknąć jak najszybciej i jak najmniej rzucając się w oczy do własnych czterech kątów, wpadłam centralnie na znajomego pana policjanta, czekającego sobie pod moim blokiem.
Na dodatek pan policjant nie był sam, bo tuż za nim sunęła pani Paściakowa, najwyraźniej żądna plotek dotyczących wczorajszego zajścia i niewątpliwie mająca chęć na jakieś smakowite kąski z dnia dzisiejszego. Na jej widok upadłam na duchu ostatecznie. Że też akurat teraz musiało ją tu przywiać! Jeśli ten policjant jest tu z mojego powodu, w co raczej nie powinnam wątpić, a pani P. dowie o kolejnej wizycie policji w moim mieszkaniu, to za chwilę wiedzę tę posiądzie reszta kochanych sąsiadów. A wtedy moja reputacja, już niebezpiecznie nadwątlona, może zostać zbrukana ostatecznie. Rany boskie, matka, gdyby się o tym dowiedziała, już by była w drodze do notariusza, żeby mnie wydziedziczyć...
Pan policjant uprzejmie mi pomachał, kiedy tylko zrobiłam krok w stronę drzwi wejściowych, zupełnie, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi (wątpiłam, czy taka sytuacja kiedykolwiek będzie mieć miejsce w przyszłości) i powiedział coś do pani Paściakowej, po czym uścisnął jej rękę z wielkim uszanowaniem. Nawet ze sporej odległości, jaka nas dzieliła, widziałam, że staruszka przy tym uścisku zaczerwieniła się jak jakaś niedoświadczona młódka. Widocznie magia munduru działała wyjątkowo silnie na ciekawskie starsze panie. No cóż, na mnie, niestety, wdzianko policyjne nie robiło aż takiego wrażenia, co więcej, z pewnością nie byłam zachwycona faktem, że pan policjant, pożegnawszy panią Paściakową, skierował się w moją stronę, pozbawiając ostatecznie złudzeń, że to nie ja jestem celem jego dzisiejszej wizyty.
- Dzień dobry, pani Urszulo. Uda mi się dzisiaj zająć pani chwilkę?
- Ma pan pięć minut. O co chodzi? Dowiem się w końcu?
- Przepraszam, że wczoraj nie wyjaśniłem sprawy do końca. To był zwariowany dzień, prawda?
No co pan nie powie, panie policjancie…
- Mam do pani parę pytań, ale też i wielką prośbę. Sprawa służbowa. Możemy teraz porozmawiać? I wolałbym nie tutaj, tylko w jakimś spokojniejszym miejscu. Jeśli nie dzisiaj, to, niestety, w innym terminie muszę pofatygować panią na komisariat. A tego raczej wolałbym pani oszczędzić. To co? Może porozmawiamy u pani na górze?
Pani Paściakowa przemknęła w tym samym momencie obok, oczywiście, próbując podsłuchać, o czym mówimy. Za chwilę pewnie wyleci z miotłą i zacznie udawać, że zamiata schody. A echo niosło głosy dość dobrze. Jeśli choć strzęp rozmowy do niej dotrze, ona z pewnością dośpiewa sobie resztę, a potem rozniesie jakieś wymyślone bajki po całym osiedlu.
Jakbym jeszcze nie była dostatecznie obsmarowana…
Zmełłam w ustach niezbyt cenzuralne słowo określające tę całą sytuację i skierowałam się w stronę wejścia na klatkę schodową. Pan policjant, biorąc moje milczenie za zgodę, podreptał za mną. Po drodze minęliśmy zamaszyście zamiatającą schody panią Paściakową, udającą, że oddaje temu zajęciu całą swoją duszę i że wcale nas nie widzi, a już na pewno nie słyszy. Paskudne słowo znów wyrwało mi się z ust, tym razem trochę głośniej. Pani P. chyba nie miała aż tak dobrego słuchu, żeby to do niej dotarło, za to pan policjant, idący za mną, usłyszał jak najbardziej, bo dobiegł mnie cichy chichot za plecami. A niech słyszy i się śmieje. Ciekawe, czym dzisiaj mnie, niewątpliwie niemile, zaskoczy.
Trzecie brzydkie słowo wydarło mi się, kiedy uświadomiłam sobie możliwą skalę dzisiejszych złych wiadomości i z wrażenia aż upuściłam klucze pod samymi drzwiami. Kiedy próbowałam je podnieść, pan policjant zrobił to samo i stuknęliśmy się głowami tak mocno, że zobaczyłam gwiazdy. Nie wiedzieć czemu, zirytowało mnie to jeszcze bardziej. Porwałam kluczyki z podłogi, ignorując te roje gwiazd nad głową i przy okazji pana policjanta również, po czym otworzyłam w końcu ten cholerny zamek i weszłam do środka.
-Proszę uważać, żeby kot nie uciekł.
Mało gościnnym gestem zostawiłam otwarte drzwi, co by mój gość (niezbyt mile widziany) mógł podążyć za mną. Plus za refleks, pomyślałam niechętnie, kiedy zgrabnym ruchem złapał Darę, zanim nie czmychnęła ku wolności. A już myślałam, że nawrzeszczę na niego, że pozwolił jej zwiać. A potem bym kazała mu jej szukać, niewątpliwie czerpiąc wielką przyjemność z oglądania stróża prawa, jak ugania się za tym przeklętym sierściuchem po całym osiedlu. Cóż za urocza perspektywa.
Te jakże miłe rozważania przerwał coraz częstszy trzask drzwi z zewnątrz, zwiastujący ciekawskie ruchy sąsiadów, którzy zwietrzyli plotkarską krew. I padło z mych usteczek brzydkie słowo po raz czwarty. Jak tak dalej pójdzie, to za chwilę padnie cała kwiecista wiązanka i to tak głośno, że pewnym ciekawskim ludziom pójdzie w pięty!
Tak szybko, jak to było możliwe, zamknęłam za panem policjantem drzwi, odgradzając się od źródła problemu. Niemal natychmiast doszły do mnie podniecone szmery rozmów, w tym głos pani P. Jak nic rozpoczęła zdawanie relacji. Wrrrr...Ale moment, chwilunia. Nie ma co się przejmować sąsiadami. Przecież ja miałam policję w mieszkaniu!
- Słucham.
- Pani Urszulo, może usiądziemy? Chyba łatwiej nam będzie się porozumieć, siedząc, niż teraz. Wygląda pani, jakby chciała mnie zaatakować.
Akurat nie panu policjantowi chciałabym w tym momencie zrobić krzywdę, tylko tym plotkarzom z zewnątrz. A on niewinny temu, że stanowię obecnie doskonałe źródło plotek.
No cóż…prawie niewinny.
Wzruszyłam ramionami i zaprowadziłam swojego policyjnego gościa do salonu, gdzie wskazałam kanapę. Sama zajęłam strategiczną pozycję stojącą, bo coś czułam, że chyba łatwiej mi będzie tak przyjąć najnowsze rewelacje, jakimi niewątpliwie za chwilę zostanę uraczona. Oparłam się więc całym ciężarem ciała o ścianę, założywszy ręce na piersi i oczekując...no cóż...najgorszego.
- Więc?
- Nie zamierza pani siadać?
- Nie.
Z kanapy dobiegło mnie ciche westchnienie, na zmianę z nieco głośniejszym mruczeniem Dary. Koci pomiot, wskoczywszy na kanapę od razu, kiedy usiadł na niej pan policjant, prężył się teraz pod głaszczącą go policyjną ręką, jakby trafił do kociego raju. A ode mnie zwiewała prawie za każdym razem, kiedy chciałam ją pogłaskać. Mówić tu o wdzięczności za to, że ją karmię!
- Chyba coś wczoraj pani takiego mówiła. Że przypominam pani najgorsze chwile w pani życiu. Proszę mi wierzyć, nie jest to moim zamiarem, to znaczy, dręczyć panią w taki sposób.
Tiaaa, jassssne…
- I moja dzisiejsza wizyta nie dotyczy w żadnym stopniu pani byłego chłopaka. Na szczęście zdołał sobie uświadomić pewne rzeczy i wczoraj był już całkowicie przekonany, że nie ma w tym mieszkaniu czego szukać. Przynajmniej w kwestii materialnej.
W innej tak samo, chciałam dodać, ale co to obchodziło pana policjanta?
- Jeśli nie chodzi o Konrada, to co się stało?
- Chyba muszę zacząć od początku. Widzi pani, od pewnego czasu mamy na oku dosyć prężnie działającą szajkę przemytników, którzy dostarczają z zagranicy, szczególnie ze wschodu, bardzo niebezpieczny towar. Chodzi, krótko mówiąc, o narkotyki. Nie mogę zdradzić pani zbyt wielu szczegółów, tajemnica śledztwa, ale proszę mi wierzyć, obecnie to jeden z priorytetów naszej pracy. Szczególnie interesujemy się kanałami, jakie wykorzystuje ta szajka, żeby dostarczać ten wspomniany towar...
- Jeśli uważa pan, że mam cokolwiek wspólnego z narkotykami i to tylko dlatego, że byłam wtedy w tym przeklętym barze…
Policjant podniósł uspokajająco dłoń, zanim nie rozpędziłam się bardziej.
- Nie, nie podejrzewam, że ma pani coś z tym wspólnego. Gdyby tak było, nie mieszkałaby pani w takim miejscu, w wynajmowanym mieszkaniu, nie jeździłaby pani używanym samochodem, a pani dochody nie przedstawiałyby się tak, jak tutaj – niczym magik wyciągnął z kieszeni wydruki z mojego konta bankowego, które wczoraj głupia ja osobiście wręczyłam policji podczas tej całej akcji z ustalaniem, do kogo należą sprzęty w mieszkaniu – bez urazy, ale nie wygląda pani na kogoś, kto czerpie korzyści z jakiegoś nielegalnego procederu. I dobrze, bo wtedy już na pewno musiałbym panią aresztować. A tego chyba pani nie chce, prawda? Zresztą, ja też nie. Może ma pani dość negatywny pogląd na moją pracę, czy ogólnie na pracę policji, ale proszę mi wierzyć, nie jesteśmy tylko po to, żeby utrudniać życie niewinnym ludziom. Staramy się pomagać.
Ok, to już przestało być zabawne.
- Z tego, co sobie przypominam, nie udostępniłam wam tych danych, żebyście prześledzili moje zarobki, ani nie zaprosiłam pana tutaj, żeby pokazywać, jak wysoki jest mój standard życiowy. To bezprawne wykorzystanie informacji o obywatelu!
- No cóż, jestem tego świadomy. Niestety, to nie jedyna informacja, którą sobie wczoraj przetworzyliśmy. Chodzi nam również o pani miejsce pracy. Kiedy moi koledzy wczoraj zobaczyli, gdzie pani pracuje, natychmiast dali mi znać.
- A co by pan zrobił, gdybym was, a przynajmniej pana, zaskarżyła za coś takiego? Że pana koledzy bezprawnie udostępnili panu moje dane? I czym aż tak pana zaciekawiłam, jeśli chodzi o moje miejsce pracy? Wysokością swoich poborów? Czy ich mizernością?
Jak można było się spodziewać, policjant nawet nie raczył pochylić się nad moim pierwszym pytaniem. Czemu mnie to nie dziwiło? Bezczelni! I on jeszcze tak po prostu mnie o tym wszystkim informuje? Gdzie ochrona danych osobowych, ja się pytam?
- Musi pani wiedzieć, że pani firma jest ostatnio jedną z tych, które obserwujemy jako możliwe ogniwo przemytu. Innymi słowy, mamy poważne podejrzenia, że ktoś od was szmugluje towar do odbiorców po całym województwie, albo nawet po całym kraju. Jak sama pani wie, macie naprawdę sporo linii tras, które obsługujecie. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności, akurat na tych trasach ostatnio pojawiły się w obiegu większe ilości narkotyków. Dodaliśmy więc dwa do dwóch i wyszło nam cztery. Domyśla się pani, co chcę przez to powiedzieć?
- Niemożliwe…
- Zapewniam, że możliwe jak najbardziej.
O mało nie padłam na zawał.
- Mówi mi pan, że w mojej firmie kierowcy rozprowadzają narkotyki?
- Z tego, co wiemy, kierowcy i ktoś jeszcze. Wszystko jest dosyć dobrze zorganizowane, a ślady zatarte w taki sposób, że muszą mieć pomoc jeszcze kogoś na wyższym szczeblu. Jak na razie nikogo nie udało nam się złapać bezpośrednio za rękę na gorącym uczynku, ale sama pani widzi, że…
- Dobrze, dobrze, rozumiem. Ale narkotyki???
Wbiłam wzrok w policjanta, czekając, aż krzyknie „Prima Aprilis”, albo, że jestem w jakiejś ukrytej kamerze, ale nic takiego się nie wydarzyło. Był aż za bardzo poważny i wręcz obrzydliwie pewny tego, co mówił.
- Widzę, że trochę trudno pani w to uwierzyć. Naprawdę nie zawracałbym pani głowy, jeśli to nie byłyby sprawdzone informacje. A pani spadła nam, że tak powiem, z nieba…
- Boże drogi...
- Kiedy dowiedziałem się, gdzie pani pracuje, pomyślałem, że to po prostu zrządzenie losu. Musi nam pani pomóc.
- Pan nie żartuje, prawda?
- Już pani mówiłem, że to nie są żarty. Krótko mówiąc, potrzebujemy kogoś wewnątrz tej pani firmy, kogoś, kto zna dobrze zwyczaje i ludzi tam pracujących. Pani nadaje się idealnie.
Ja chyba śnię…
- Mam być jakąś cholerną wtyką??? Dla policji???
Policjant wyszczerzył wszystkie zęby w uśmiechu – jest to jakiś pomysł przysłużenia się społeczeństwu, prawda?
Musiałam nieco przetrawić zasłyszane informacje. Narkotyki? Przemyt? Niemożliwe, żeby coś takiego się działo. Tym bardziej pod moim nosem. Przecież pracuję już w tej firmie dwa lata, zauważyłabym coś! I znam naszych kierowców. Prawie każdy ma rodzinę na utrzymaniu i wcześniej nigdy nie zauważyłam, żeby jakoś znacząco poprawiły im się warunki materialne! Odkąd ich znam, żaden nawet nie zmienił samochodu na inny model, na miłość boską! Jeśli to niby miało być wyznacznikiem faktu, że bawili się w dealerkę, to niestety, muszę uświadomić pana policjanta, że trafił, a za nim jego policyjni koledzy, jak kulą w płot.
Moje argumenty były niewiele więcej warte, jak się okazało.
- Musi mi pani uwierzyć na słowo, bo nawet nie wolno mi udzielać takich informacji, ale mamy zapisy transakcji na grube miliony, przechodzące przez konta waszych pracowników, lub ich członków rodzin. Potem te miliony giną gdzieś w szwajcarskich i tunezyjskich bankach. Standardowo, chciałoby się powiedzieć, kiedy chce się wyprać, lub ukryć przed krajową skarbówką swoje lewe dochody. Teraz mi pani wierzy?
Nie miałam czasu nawet odpowiedzieć, bo w tej samej chwili zadzwoniła komórka pana policjanta.
- Przepraszam, muszę odebrać, mój szef dzwoni.
Nie mogłam nie uwierzyć w to, co mi tu pan policjant tak ładnie zreferował. Bo to było zbyt logiczne, poza tym faktycznie, głupotą byłoby zawracanie mi głowy, gdyby nie mieli na to wszystko dowodów. Z drugiej strony, jak mogłam uwierzyć, że któryś z ludzi, których bardzo dobrze znam (z czego można chyba wysnuć wniosek, że kiepsko potrafię oceniać ludzkie charaktery) robił to, co mi pan policjant tak ładnie zreferował.
Mój towarzysz przerwał na chwilę rozmowę i zakrył mikrofon dłonią.
- I jaka jest pani decyzja, pani Urszulo? Pomoże nam pani? Szef pyta.
Znacząco wskazał na telefon. Jak widać, coś takiego jak czas do zastanowienia był towarem luksusowym, na który nie było stać polskiej policji.
I co ja miałam teraz, do cholery, zrobić? Czy nie miałam już wystarczająco pecha w życiu, a szczególnie ostatnimi czasy, żeby teraz dać się wplątać w jakąś narkotykową aferę? Na dodatek miałam niemiłe podejrzenie, że to wszystko skończy się dla mnie naprawdę kiepsko. Jeśli policja jednak nic nie znajdzie, a szef się dowie, że im pomagałam, jak nic wylecę z hukiem z roboty. Z drugiej strony, jeśli policja znajdzie dowody, że moja firma nie jest tak kryształowo czysta, jak do tej pory ja sama sądziłam, i tak stracę pracę, bo firma upadnie. Ciężko jest działać na rynku z łatką przewoźnika narkotyków, jak można się domyślić. I tak źle, i tak niedobrze…
A pan policjant, wpatrując się we mnie intensywnie, zbyt intensywnie, jak na mój gust, znacząco pokazuje telefon i żąda natychmiastowej odpowiedzi!
Za co to wszystko? Co zrobiłam w swoim poprzednim życiu, żeby zasłużyć na takie baty od losu w teraźniejszości? Chciałam tylko odrobiny spokoju. Czy to tak wiele? Niech kto inny bawi się w agenta w miejscu pracy. Nie chcę być w to wszystko wplątana i tyle!
- Pani Urszulo, jeszcze jedno. Pamięta pani sprawę tego pobicia w barze? Nie chcę się chwalić, ale to ja byłem osobą, która...powiedzmy, namówiła naszą znajomą blondynkę i jej towarzysza do nieskładania obciążających panią zeznań. Oboje mieli swoje za uszami, więc wykazali się dobrą wolą i nie wciągnęli pani w to bagno, w zamian za pewne rzeczy, korzystne dla nich. Dlatego ma pani teraz czystą kartę. Niemniej jednak zeznania można w każdej chwili zmienić.
Pan policjant uśmiechnął się uprzejmie, choć uprzejmość to chyba ostatnia cecha, o którą go w tym momencie podejrzewałam. A to żmija niemyta! Szantaż? Posłałam mu tak nienawistne spojrzenie, że powinno go spopielić na amen. Jak ja mogłam takiego gada wpuścić do domu?
Oczywiście, nie ruszyło go to. Co więcej, wyglądał, jakby się świetnie bawił tą całą sytuacją, drań jeden. A ja nagle uświadomiłam sobie, że nie mam w ręku ani jednej karty przetargowej. Nie zgodzę się - będę miała na głowie tę blondynę z baru. Jak będą wyglądać moje akta, jeśli będę oskarżona o udział w bójce po pijaku, albo wręcz o pobicie? Mieć spaprane papiery przez taką głupotę, to wręcz nieprawdopodobne. I bardzo kłopotliwe w większości sytuacji, gdyby ktoś miał dostęp do tych informacji. Z drugiej strony zgodzę się - będę musiała się męczyć z...nie wiem, z kim, ale na pewno nie będzie to nic przyjemnego, donosić na własnych kolegów z pracy! Boże, jak za komuny! Tylko, że donoszenie nie splami mi papierów...
Nie miałam wyboru. Absolutnie żadnego.
Powoli pokiwałam głową, co mój policyjny terrorysta zaraz zaraportował osobie po drugiej stronie linii – tak, szefie, pani Ula właśnie się zgodziła. Nie, wszystko bez najmniejszego problemu. Pani Ula to bardzo rozsądna osoba. Dobrze, przekażę.
Policjant zakończył rozmowę, schował telefon i znów obdarzył mnie uśmiechem ukazującym wszystkie zęby.
- Szef prosił, żeby pani przekazać, że bardzo się cieszy z powodu naszej przyszłej współpracy. Zresztą, ja również.
- No co pan nie powie…
Jak się mogłam spodziewać, nie zwrócił uwagi ani na ironię, ani kolejne mordercze spojrzenie, jakie mu posłałam. Wredny typ.
- Proszę nie wątpić, pani Urszulo, bo znowu będzie mi bardzo przykro. Jako że będziemy razem pracować, to może porzućmy tego „pana” i „panią”, dobrze? Będzie wygodniej. Mirek jestem.
- Nie mam ochoty zawierać bliższych znajomości z osobami, które...zresztą, nieważne. Zgodziłam się wam pomóc, bo nie miałam innego wyjścia. Proszę mi powiedzieć, co mam zrobić. Im szybciej to wszystko zakończymy, tym lepiej.
Ręka, którą pan policjant Mirek wyciągnął w moją stronę, zawisła w powietrzu i nie chciała opaść. Czekał.
- Ja mam czas, Urszulo. A tobie chyba też na czasie zależy, prawda?
Co jak co, ale facet był strasznie uparty. Jak coś sobie wbił do tego zakutego łba…
Z ponurą miną i świadomością, że zachowuję się jak pokonany na wszystkich frontach policyjny jeniec, uścisnęłam końcówkami palców tę cholerną dłoń.
- No i widzisz, nie bolało. A skoro już jesteśmy ze sobą po imieniu, to chciałbym ci przypomnieć, że ostatnio chyba proponowałaś coś do picia. Kolegów nie ma dziś ze mną, ale ja bym się bardzo chętnie napił takiej dobrej kawy – zrobił pauzę, a mnie zagotowało od środka – z ekspresu, który udało ci się zachować, jeśli dobrze pamiętam, z łap twojego byłego partnera. To co, napijemy się kawki i powiem ci, jak widzę tę naszą przyszłą współpracę, dobrze?
Zgrzytając zębami, bez słowa pomaszerowałam do kuchni, po drodze wyrzucając sobie, że jednak nie podjęłam innej decyzji. Jakoś zaczęłam naprawdę wątpić, że ta blondynka z baru byłaby aż tak upierdliwa, jak ten policjant. Ale zaraz się przekona, że nie warto ze mną zadzierać i bawić się mną, jak kot myszą, zanim ją pozbawi życia. Ma ochotę pożartować, to ja się bardzo chętnie dostosuję. Oczywiście, na moich zasadach.
Kiedy kilka minut później wniosłam tacę z kawą do salonu, policjant Mirek rozmawiał cicho przez telefon, stojąc przy oknie, z Darą warującą niczym pies u jego stóp. Co za zdradziecki koci pomiot...Zobaczywszy mnie, pan policjant od razu się rozłączył, choć byłam naprawdę ostatnią osobą na świecie, którą by obchodziło, czy rozmawiał z szefostwem, rodziną, dziewczyną, żoną, czy nawet z samym papieżem! Ani tym bardziej, o czym rozmawiał.
- Co to za kawa?
- Arabica.
- Pachnie bardzo ładnie -pan policjant odebrał mi tacę, postawił ją na stoliku, po czym wziął filiżankę do ręki i zaciągnął się aromatem. Nagle spojrzał na mnie podejrzliwie – mogę chyba przypuszczać, że nie okazałaś się tak dziecinna i do niej nie naplułaś, prawda?
Uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Zrobiłaś to!
- No cóż…
Mirek nie czekał na jakiekolwiek wyjaśnienia z mojej strony. I chyba naprawdę potrzebował napić się tej kawy. Szczególnie tak aromatycznej, której zapach nęcił rozkosznie powonienie. Aż sama nie mogłam już wytrzymać.
- Ej, to moje! - udałam głębokie oburzenie, które tylko dodało sytuacji realizmu. Choć mogłam sobie darować aktorstwo. Zostałam bezczelnie pozbawiona filiżanki, za to filiżanka Mirka powędrowała w odwrotnym kierunku.
- Nie będę ryzykował. Naprawdę tam coś dodałaś?
Patrzyłam, jak zaciąga się po raz kolejny aromatem, po czym zaczyna pić. Zachichotałam w duchu niczym mały, złośliwy gremlin. Mężczyźni są tacy przewidywalni. Masz za swoje, panie policjancie!
- Do twojej nie.
Filiżanki były małe. Na jego szczęście. Albo raczej, nieszczęście, bo pan policjant swoją właśnie kończył. Słysząc jednak moje oświadczenie o mało się nie zadławił ostatnim łykiem.
- A do której?
- Do tej, z której pan właśnie pije – uśmiechnęłam się słodko – dodałam trochę środka na zaparcie. Mam małe problemy trawienne. Gdyby nie był pan tak szybki i wysłuchał, co chciałam powiedzieć...i nie zachował się jak ostatni prostak zabierając mi filiżankę...No cóż, radzę panu szybko znaleźć jakąś wolną toaletę. Ten środek naprawdę działa błyskawicznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz