piątek, 23 listopada 2018

Pijaczka

- Lulka, dosyć.
Bezczelnie udałam, że nie słyszę i sięgnęłam po kolejny kieliszek. Mniam mniam. Kolorowe drinki uśmiechały się do mnie zachęcająco, stojąc na stoliku przede mną jak żołnierze na polu bitwy. No to do rąsi, raz. A może wzięłam od razu dwa? W oczach widziałam dwa, a w ręce czułam jeden. Jak to możliwe?
- Siup – powiedziałam radośnie, postanawiając nie zgłębiać na razie tajemniczego rozdwojenia. Jeden, czy dwa kieliszki, co za różnica, skoro drinek jest taki pyszny? Moje maleństwo, chodź do mamusi…
Omal się nie rozpłakałam, kiedy znajoma mi ręka przechwyciła naczynko z cudownie alkoholową zawartością, zanim ta zawartość trafiła do mojej buzi.
- Powiedziałam, dosyć. Wypiłaś już wystarczająco.
- Oddawaj!
- Ani myślę. Gdybym tylko wiedziała, że będziesz się tak zachowywać, to w życiu bym tu z tobą nie przyszła. Koniec imprezy, słyszysz? – Matylda odstawiła kieliszek tak, że musiałabym dokonać jakiejś akrobatycznej sztuczki przez cały stolik, żeby się do niego dostać. Okrutna. Spojrzałam na nią z mordem w oczach.
– Chcesz żyć?
Moja wrogość nie zrobiła na niej większego znaczenia, bo spojrzała na mnie z totalnym politowaniem. Kurcze, byłam żałosna w oczach przyjaciółki. To znaczy, obie byłyśmy, bo Matylda, mająca dość negatywne zdanie o mężczyznach, a już o tych zdradzających w ogóle, dowiedziawszy się o reakcji Anki na zdradę Roberta, odsądziła ją od czci i wiary, szczególnie za te wylane łzy z powodu tego idioty. Dlatego dzisiaj Anki z nami nie było. Zostałam sama na placu boju, jeśli chodzi o bycie porzuconą niewiastą. Nie było mi jakoś bardzo komfortowo z tą świadomością. A poza tym, zaczęłam żałować, że w ogóle zaciągnęłam tutaj Matyldę. Mogłam przyjść sama. Przynajmniej nikt by mi teraz nie truł za uszami.
- Lulka, wiem, że ci ciężko…
- Taaak, jasne – mruknęłam i poczułam, że stanowczo jeszcze potrzebuję alkoholu. Pal licho Matyldę i jej dobre rady – więc skoro to wiesz, to jak możesz mi zabraniać odrobiny czegoś, co mi pomaga, przynajmniej w tej chwili, co? Dobrze, że nie wrzeszczysz na mnie, tak jak na Ankę.
- Obie macie spartolone podejście do życia. I obie powinnyście się cieszyć, że udało wam się wyjść z tych waszych związków bez przymusowej wizyty w sądzie. No nie patrz tak na mnie, wcale mi się nie uśmiecha być świadkiem na waszych ewentualnych rozprawach rozwodowych! Choć jeden pozytyw w tej sytuacji.
- Mów mi tak jeszcze, drogi pocieszycielu…że coś w tych naszych związkach było pozytywnego... - skierowałam mój wskazujący paluszek na dobrości, stojące przed Matyldą – a teraz zapodaj mi tę szklankę, bejbe. Tylko nie rozlej. Chyba bym się zapłakała, jakby choć kropelka miała się zmarnować...
- Lulka, doskonale wiesz, że upijanie się to naprawdę nie jest dobre rozwiązanie. Jutro wspomnisz moje słowa, zobaczysz.
- Tak? - moja brew (pijana, jak cała ja) poleciała do góry w doskonale odwzorowanym geście, który widywałam u Matyldy tak często, że aż mi obrzydł – to podaj mi jakieś inne. Jakiekolwiek, byle dobre. I żebym nie czuła się po zastosowaniu go w swoim życiu jak kompletny nieudacznik i oferma roku. A uwierz mi, to gorsze uczucie, niż kac. Kac zresztą mija po paru godzinach, a poczucie, że się jest ofiarą losu już nie. Zapamiętaj sobie jedno, skarbie. Dla mnie nie ma innego rozwiązania. Zostałam potraktowana jak rasowa idiotka, na dodatek żyłam w tym stanie stanowczo za długo. Muszę teraz nieco odreagować. Przynajmniej dzisiaj. I choć na chwilę zapomnieć. Bądź raz dobrą przyjaciółką i mi w tym pomóż, dobrze?
Jedno jest pewne. Nie miałam zamiaru brać przykładu z Anki i błagać faceta, żeby do mnie wrócił. Co to, to nie, moi państwo, nawet, gdyby Konrad był ostatnim mężczyzną na ziemi! Musiałam się tylko trochę pozbierać po tym wszystkim. Zamierzałam po prostu zrobić coś, co mi w tym pomoże, choć na chwilkę. Czy to źle?
- Przez cały wieczór nie gadałaś o niczym innym, niż jaki to rasowy kutas z tego twojego byłego. Naprawdę, bardzo dobry pomysł, żeby o nim zapomnieć, Lulka. Pogratulować partactwa.
- No właśnie. Pogratuluj mi. Radzę sobie, nie? Kutas? Naprawdę tak go nazwałam? - z moich nieco odrętwiałych alkoholem ust wydarł się dziki chichot - No cóż, jak dla niego to i tak za dobre określenie, ale od biedy może być. Kurcze, czemu nie wzięłyśmy jednak ze sobą Anki? Wiem, że jesteś na nią cięta, ale przydałaby mi się teraz. Zawsze to trzy muszkieterki, a nie dwie...I mogłabym sobie z nią ponarzekać na ten cały parszywy rodzaj męski, a ty byś nam mogła coś doradzić, co? Szkoda...Zresztą, to kiepski pomysł, Anka by się jeszcze bardziej załamała. Ciągle jeszcze płacze po tym swoim Roberciku. Zaiste, co za marnotrawstwo łez...Jak można płakać po facecie, no powiedz, Mati? Ty byś nigdy nie płakała, prawda? No to ja też nie będę. Nigdy więcej łez przez facetów! Nie są tego warci! Nawet, jak się im ofiarowało cholerne osiem lat swojego życia, a oni nie potrafią tego docenić i po prostu odchodzą do jakiejś blond idiotki! Nie będę płakać! I nie patrz na mnie takim wzrokiem, to katar, jasne? Cholera, coś mi chyba teraz wleciało do oka. Nie, nie płaczę, do cholery!
Oskar dla Urszuli Wierzbickiej za genialnie odegraną scenę wyciągania chusteczki z torebki, a potem jeszcze bardziej genialne jej użycie!
- A teraz – wskazałam po raz kolejny palcem na drineczka, który marnował się bardzo stojąc tak daleko ode mnie, że dopiero to mogło zaraz wywołać prawdziwą łzawą powódź - z łaski swojej, podaj mi w końcu to kolorowe cudo, które trzymasz za plecami i to pronto. Potrzebuję alkoholu.
Usłyszałam nad głową pełne politowania westchnienie – Nie ma mowy. Ktoś musi być myślący w tym towarzystwie. Zbieraj się, Lulka, wracamy do domu. Powinnam odstawić cię, zanim jeszcze jako tako trzymasz się na nogach. Coś mi się zdaje, że jesteś niebezpiecznie blisko przekroczenia granicy. Rusz siedzenie, bo ja wychodzę.
- Topimy smutki, topimy smutki.. – zanuciłam, nieco fałszywie, jak sama stwierdziłam, ale co tam – zatapiamy, zatapiamy, może nie umieją pływać...Matyldo, powiem ci jedno, nie potrafisz się bawić i, na dodatek, psujesz zabawę innym. To, że sama wypiłaś tak mało, to wręcz obraza. Dla mnie i tego godnego lokalu, gdzie się znajdujemy. No już, nie bądź sknera, oddaj drineczka. W końcu mi się należy, zapłaciłam za gada.
Nie zdążyłam nawet mrugnąć, kiedy mój tak wytęskniony drineczek wylądował w żołądku Matyldy.
- Zadowolona? Zobacz, pusty kieliszek. Nic się nie zmarnowało. Nie ma. Koniec. Kieliszek poszedł spać. Możesz jeszcze zaśpiewać mu kołysankę na dobranoc, tylko krótką, bo wychodzimy.
Jeśli ta sknera myśli, że to mnie powstrzyma, to chyba jest bardziej naiwna, niż ustawa przewiduje.
- A ja i tak sama sobie wezmę. Z baru. Tam mają duuuuużo alkoholu. A pan barman na pewno nie będzie taką podłą świnią, jak ty – podniosłam swój tyłek do góry i spróbowałam złapać pion – O ja nie mogę, ta podłoga się rusza! Fruuuuu, samolocik!
Podłoga faktycznie wirowała. Ach, te kolorowe drinki…Podniosłam mój zachwycony nowymi doznaniami wzrok na bar, skąd kilku facetów oglądało z zainteresowaniem moje wyczyny. Albo patrzyli na Matyldę, bo dwóch z nich próbowało się wcześniej dosiąść do naszego stolika, ale moja kochana kumpela skutecznie wybiła im z głowy jakąkolwiek formę zapoznania za pomocą kilku odpowiednich do sytuacji zwrotów, wypowiedzianych tym jej lodowatym tonem. Do czegoś takiego byłyśmy już z Anką przyzwyczajone, więc nawet się nie zdziwiłam, a nawet ucieszyłam, bo mężczyzn to ja miałam w obecnej chwili serdecznie dosyć. Faceci zmyli się więc jak niepyszni, zmrożeni przez lodową księżniczkę, ale może jednak okażą się fajną alternatywą dla mnie, jeśli chodzi o towarzystwo do szklaneczki? Rzecz warta rozważenia, bo Matylda już, już wstawała z tym jej bardzo stanowczym wyrazem twarzy, który znałam doskonale z przeszłości i z doświadczenia wiedziałam, że jakakolwiek próba z mojej strony przeciwstawienia się tej stanowczości spali z miejsca na panewce. Czyli pozostała wesoła kompania przy barze. Chciałam im pomachać, by nawiązać miłą nić porozumienia, ale jakoś ręce nie podjęły współpracy. A, co mi tam.
- Moi przyjaaaaaciele….- zawyłam za to pełnym szczęścia głosem w ich kierunku – Już do was idę. Napijmy się za to przesrane życie, co? Moja przyjaciółka ma to daleko w d…
- Co ty robisz, wariatko! Wracaj tu i to w tej chwili!
Za późno. Gdybym była trzeźwa, może udało by mi się jakoś uratować. Ale mając na względzie wypite procenty i fakt, że moje życie było ostatnio pasmem porażek, czego mogłam się spodziewać? No czego?!
Efekt klasycznego domina zadziałał bezbłędnie. Najpierw ja, sprawczyni, chwiejąca się na obcasach moich prawie najlepszych zamszowych szpilek, potem kelner z wypełnioną po brzegi tacą, który jakże niefortunnie znalazł się w moim bezpośrednim polu rażenia, czyli typowy element przewodni i wreszcie blond lola, ofiara, siedząca akurat w loży obok. Jedno małe zachwianie równowagi z mojej strony i bum…



Zdumiewające, jak obecność panów policjantów może zbawiennie wpłynąć na człowieka. Przynajmniej na mnie. Kiedy tylko ich zobaczyłam, wspaniałych stróżów prawa, jak zbliżają się do mnie, na dodatek z kajdankami, niedbale przewieszonymi przez paski, natychmiast wytrzeźwiałam. A przynajmniej ekspresowo odzyskałam jasność myśli.
- Hola, nie tak prędko, są tak zwane okoliczności łagodzące, to ona zaczęła! - wskazałam na siedzącą za wielkim osiłkiem blondynę, zanim kajdanki poszły w ruch. Nie byłam jednak pewna, czy do policjantów cokolwiek dotarło z tej mojej żarliwej próby obrony, bo w tym samym momencie blond lola właśnie zaczęła oznajmiać całemu światu, w nie całkiem miłych i cenzuralnych słowach, jak bardzo mnie w tym momencie nie lubiła za to, co jej zrobiłam. No dobra, możliwe, że to prawda. Mogłam zrozumieć, że ktoś jest wkurzony, bo lepi się cały od słodkich i sztucznie pokolorowanych substancji, które wylądowały na niej, bo jakaś pijana niezdara nie potrafiła ustać na własnych nogach. Jakby co, zapłacę za pralnię. I za fryzjera. Naprawdę jestem osobą potrafiącą się wczuć w położenie innych i, poniekąd, czułam się nieco winna zaistniałej sytuacji. Gdybym tylko nie wpadła na tego kelnera...No cóż, jednak to zrobiłam, i stało się, jak się stało. Ale jeśli jeszcze raz ta blond lola nazwie mnie tak, jak przed chwilą…
- Spokojnie, drogie panie, bo ta noc skończy się dla was obu wizytą na komendzie. A nie jestem pewien, czy coś takiego będzie dla was miłym doświadczeniem. Panie, pilnuj pan towarzyszkę, dobrze? Coś mi się wydaje, że jeszcze trochę i rzuci się też na nas - policjant zwrócił się do osiłka trzymającego straż przy blondynie – zna ją pan?
Osiłek zaczął kiwać przecząco głową tak gorliwie, że o mało mu ona nie odpadła – pierwszy raz widzę te panie na oczy.
Dziwne, dałabym sobie rękę uciąć, że siedział przy stoliku blond loli. W każdym bądź razie, dosyć blisko, bo jako pierwszy zareagował, kiedy lola rzuciła się na mnie z morderstwem w oczach i odciągnął ją, zanim zdążyła wyrządzić jakieś większe straty w mojej facjacie. Jakby się nad tym bardziej zastanowić, to zawdzięczam gościowi życie. Gdyby nie on, straciłabym trochę więcej, niż garść włosów i sporo godności, walających się teraz gdzieś na podłodze w tym przybytku.
Lola, słysząc tekst osiłka, zaniechała na chwilę ataków na moją skromną osobę i przerzuciła się na niego. I też z wręcz familiarną porcją bluzgów. A więc miałam rację, że byli razem. Oj, nieładnie tak kłamać, bardzo nieładnie, panie osiłku. Policjantowi też się to nie spodobało.
- Panie, uspokój pan koleżankę i proszę za mną. Tak nic nie zdziałamy. Musimy odseparować pewien element. No i na co pan czeka? Na bardziej specjalne zaproszenie? - zapytał, kiedy osiłek nawet nie drgnął – idzie pan z nami, bo pana towarzyszka chyba potrzebuje jakiejś silnej ręki. A ja z zasady nie biję kobiet. I czy mi się zdaje, czy ja pana skądś nam? Cała fizjonomia jakaś taka znajoma...
Odpowiedź osiłka do najbardziej cenzuralnych nie należała. Jedno było pewne, iść z blondi miał taką samą ochotę, jak i ja na dalszy udział w tym całym przedstawieniu. Na jego nieszczęście, pan policjant się nie obraził. Co więcej, odpowiednia szufladka w jego pamięci się najwidoczniej otworzyła i pan policjant ruszył do osiłka z uśmiechem szczęścia na obliczu, jakby spotkał niewidzianego od lat przyjaciela.
- No proszę, dobrze mi się wydawało! Ale spotkanie! Kopę lat, Koliber. Nawet nie wiedziałem, że wyszedłeś. Fryzurę zmieniłeś i ciężko teraz cię poznać. Jak ci się żyje? Chyba dobrze, z tego, co widzę. Dalej kręcisz te swoje lewe interesy?
- Panie władzo, ja nic nie zrobiłem…Jestem czysty, przysięgam!
Policjant z udawanym współczuciem pokiwał głową – oczywiście, wy wszyscy niewinni jesteście, biedne aniołeczki. Pokaż, aniołku, co masz w kieszonce. I twoja pani tak samo. Choć nie wiem, czy w tym jej stroju znajdzie się jakaś powierzchnia użytkowa, gdzie można cokolwiek schować. No dalej, Koliber, wyskakujemy, raz, dwa. Ze wszystkiego. Wiesz, co cię czeka, jeśli to ja pobawię się w poszukiwacza skarbów.
Obie z Matyldą stałyśmy trochę dalej, więc nie zobaczyłam, co takiego bardzo niechętnie wyjął z jakiegoś tajnego miejsca osiłek, ale musiało to być coś nielegalnego, bo policjant tylko zacmokał.
- No widzisz, Koliber, jak to kłamstwo ma krótkie nóżki? A taki niewinny ponoć byłeś. Co to, twoim zdaniem, jest, mikołajkowy prezent od babci? Trochę za wcześnie, bo to dopiero lipiec, nie? Ręce do tyłu. Pani również. Chyba nie opuści pani teraz towarzysza w potrzebie, prawda? A w radiowozie czeka koleżanka, zobaczy, czy ta pani kreacja coś ukrywa, czy nie.
Po sekundzie osiłek z blondyną stali z rękami skutymi srebrnymi bransoletkami, a pan policjant w końcu przypomniał sobie, że miał tu do załatwienia nieco inną sprawę.
– A panie tu poczekają. I pan barman też. Zaraz przyjdzie kolega i się wami zajmie.
Policjant już miał wyprowadzić krewką blondi i jej osiłkowatego towarzysza, kiedy jego spojrzenie padło na moje włosy i twarz, na których nadal widniały ślady ataku oblanej furiatki. No co, wyglądałam gorzej, niż blondyna, jasne? Można powiedzieć, że to ja tu byłam najbardziej poszkodowana. Blondyna, nie licząc plam na ubraniu, wyglądała niczym spod igły. To ja tu powinnam mieć status ofiary. Mimo to spiekłam raka, kiedy policjant pokręcił głową z niedowierzaniem - Boże...Damski wrestling, i co jeszcze? Czego ta nasza młodzież jeszcze nie wymyśli...
Nie było dobrze. Przynajmniej dla nas. Choć i tak nie powinnam narzekać, skoro nie zakuli nas i nie wyprowadzili, jak blondynę i jej towarzysza. Widocznie nie stanowiłyśmy z Matyldą aż tak strasznego zagrożenia. I nas nie przeszukali na obecność jakiejś dilerki. Gdyby to mnie kazali opróżnić kieszenie, nie znaleźliby nic bardziej kontrabandowego, jak błyszczyk do ust.
Spojrzałam ponuro na barmana. Już go nie lubiłam. Przede wszystkim za to, że teraz patrzył na nas z takim obrzydzeniem, jakbyśmy zrobiły jakąś naprawdę straszną rzecz. Ok, podczas walki trochę zdemolowałyśmy lokal. Wizja zapłaty za straty materialne niemal natychmiast rozrosła się w mojej biednej głowie do niebotycznych rozmiarów. Rany, pójdę z torbami, jak nic!
W oczach barmana niemal widziałam tę niewątpliwie wielką chęć zrobienia ze mnie jedynej odpowiedzialnej za bałagan w jego knajpie. Wzdrygnęłam się, w swojej wyobraźni widząc już pozew dostarczany prosto pod moje drzwi i postanowiłam skupić się na jakichś przyjemniejszych rzeczach. Przyjemniejszych? Konia z rzędem temu, kto znajdzie jakiś pozytyw w mojej obecnej sytuacji!
- Aż tak ci wesoło? - syknęłam do swoich pleców, na których właściwie już od jakiegoś czasu leżała Matylda. Właściwie, podrygiwała, bo, dość nietypowo jak na nią, ciągle chichrała się jak opętana, wtulona nosem w moje zgarbione łopatki. To nie było normalne.
- Matylda! – skutek był taki, że podniosła głowę, a ja doznałam szoku, widząc jej twarz, gdzie pod oczami kwitły jej dwie czarne podkowy – rany boskie, wyglądasz jak panda! Od tych łez szczęścia cały tusz ci spłynął. I czy możesz przestać rechotać jak hiena nad padliną? Odrobina powagi byłaby bardzo wskazana. Zaraz tu przyjdzie ktoś z policji. Co ja mam mu powiedzieć, do cholery?
Matylda na szczęście przestała rechotać, choć zdumiewająco dobry humor, jak na sytuację, w jakiej się znalazłyśmy, jej nie opuszczał.
- Nie wiesz, nie wiesz, nie rozumiesz nic! – zanuciła mi prosto do ucha i znów się roześmiała jak hiena. Zmarszczyłam nos, bo zapachniało mi czymś dziwnie słodkim.
- O rany, coś ty piła?
Matylda nie raczyła mi odpowiedzieć. Zamiast tego dalej ciągnęła swój koncert.
- „Zawsze tam, gdzie tyyyy, yeeeeeee” - wyjęczała mi nad głową – Zapodajcie jakąś muzę!!!
Nikt się jakoś nie kwapił, żeby w obecnej sytuacji spełnić to żądanie. Barman był zbyt zajęty przeliczaniem kasy z dzisiejszego utargu, rzucając przy tym trwożliwe spojrzenia raz na nas, raz na drzwi wejściowe, jakby się bał, że za chwilę wylecą stamtąd jakieś podejrzane indywidua z zamiarem pozbawienia go funduszy. Kelnera, na którego wpadłam, w ogóle nie było widać. Pewnie poszedł się przebrać. Dostało mu się nie mniej, niż blondynce jeśli chodzi o plamy różnego pochodzenia na ubraniu. Auć...
- Matylda, uspokój się!
- MÓOOOOJ JEST TEN KAWAŁEK PODŁOGI!!!
Słowo daję, gdybym wiedziała, co zamierza zrobić, przynajmniej bym się odsunęła. Albo zasłoniła ucho. A tak ta wariatka zrobiła mi drenaż bębenków w prawym przewodzie słuchowym. Zanim jednak zdążyłam się na nią za to wkurzyć, Matylda znowu roześmiała się jak stały bywalec psychiatryka, po czym padła na podłogę jak ścięta lilia. Zupełnie, jakby naprawdę chciała ten cholerny kawałek podłogi tylko i wyłącznie dla siebie. Gdyby więcej wypiła, to takie zachowanie nie odbiegałoby od normy, a co więcej, szczerze by mnie rozbawiło. Widzieć ją w stanie upojenia to kabaret, który nieczęsto udaje mi się obejrzeć. Zazwyczaj to ja, lub Anka gramy w czymś takim pierwszoplanowe role. A Matylda męczyła dziś cały wieczór tylko jeden kieliszek, na litość boską! No, może dwa, jeśli policzyć ten, który miał w założeniu być mój, a którego mnie nader bezczelnie pozbawiła. Jak można się tym upić?!
Rzuciłam się na podłogę tuż obok niej i złapałam ją za ramiona – weź się nie wygłupiaj, dobrze? Wstawaj w tej chwili, to nie jest śmieszne!
Zatelepałam nią raz, potem drugi. Bez skutku.
- Boże drogi, Mati, ocknij się!
- Co się dzieje? - usłyszałam nad głową i w obrębie mojego wzroku pojawiła się para nóg, obutych w ciężkie glanciory.
- Moja przyjaciółka chyba straciła przytomność. Dzwońcie po karetkę, szybko! - zaczęłam klepać Matyldę po twarzy, w wątpliwej nadziei, że ta menda zaraz otworzy oczy. Jak tylko się ocknie, dam ja jej do wiwatu. Tak mnie straszyć...
- Proszę się odsunąć, zobaczymy, co się stało – ktoś o posturze napakowanego ciężarowca i w policyjnym wdzianku kucnął przy mnie i wielkie dłonie niespodziewanie łagodnie odwróciły głowę Matyldy w swoją stronę. Jęknęła cicho, a we mnie rozśpiewały się anioły ulgi. Czyli żyła, ale dlaczego zemdlała?
Pan mundurowy nie tracąc czasu przejął inicjatywę. Omacał moją koleżankę po szyi, co, byłam tego pewna, wzięłaby za molestowanie, gdyby tylko była przytomna, tak samo, jak fakt, że zaczął dobierać się do jej gałek ocznych.
- Co się dzieje? - do mojej przerażonej świadomości dotarł głos barmana, który najwyraźniej w końcu oderwał się od sprawdzania stanu kasy – dlaczego ta pani leży na ziemi?
- Na pewno nie dla przyjemności, szczególnie w tym syfie! - syknęłam - ślepy pan jest? Dziewczyna mdleje, a pan co? Miał pan dzwonić po karetkę, do cholery!
- Czy pani chce pomóc przyjaciółce, czy kłócić się z każdym w okolicy? Proszę się odsunąć i dać jej dostęp do powietrza! – zostałam bezceremonialnie złapana za ramię i pociągnięta w bok, ale zanim zdążyłam się zdziwić lub wkurzyć za takie zachowanie, policjant zwrócił się do barmana – a pan niech się faktycznie nie plącze pod nogami, tylko dzwoni po tę karetkę! Gdyby to było coś poważniejszego, człowiek by już dawno zszedł z tego świata, zanim by doczekał się pańskiej pomocy!
- Jestem tu właścicielem! Mam prawo...
- Człowieku! Dziewięć, dziewięć, dziewięć, ale migiem! Ta pani potrzebuje lekarza, nie widzi pan? A ty chłopczyku – zwrócił się do kelnera, który, już przebrany, po cichutku, jakby nie chciał się w żaden sposób rzucać w oczy, ani tym bardziej w uszy, zaczynał właśnie sprzątać szklanki po drinkach z naszego stolika i robił to tak delikatnie, jakby za punkt honoru powziął sobie to, żeby nawet o siebie nie brzęknęły – zostaw mi to natychmiast! Bo naprawdę uwierzę, że tak zależy ci na pracy tutaj.
Kelner posłuchał. Cholera, będąc na jego miejscu też bym usłuchała, słysząc ten ton. Aż dostałam dreszczy. Policjant zaś wyciągnął swoją komórkę i po chwili słychać było, jak wydaje rozkazy komuś po drugiej stronie linii - Tylko po cichu, dobra? Nie chcemy tu zbiegowiska. Od tyłu. Tak. Dobra. Dobra, poczekam.
Barman, który właśnie skończył (w końcu!) składać zgłoszenie na pogotowie, zdążył usłyszeć, jak policjant podaje tajemniczej osobie po drugiej stronie adres lokalu, gdzie się znajdowaliśmy. Jak można było się domyślić, nie zachwyciło go to.
- Panie, co pan? Jakie po cichu? Ja nie po to was tu wzywałem, tylko do tych wariatek – wskazał na mnie oskarżycielsko - co się okładały nawzajem, bo myślałem, że mi lokal rozwalą! Przecież nic nie zarobię, jak mi tu psy będą węszyć dniami i nocami! Klientów mi pan wystraszy!
- Na pana miejscu to bym się cieszył, jakbym miał w lokalu taką darmową atrakcję. Kobiece walki, tylko kisielu brakuje. A teraz informuję, że przejmujemy lokal, więc będzie pan chyba musiał się poświęcić dzisiejszego wieczoru. Chyba, że rozumie pan i wie, jak może wyglądać taki „psi nalot”. - policjant zrobił palcami cudzysłów przy „psim nalocie”, a barman zbladł jeszcze bardziej – Narobimy trochę smrodu. A ty, cwaniaczku, może dzięki temu zastanowisz się dwa razy, zanim wpuścisz tu następnym razem swoich kolesi i pozwolisz podawać to paskudztwo klientom. Ta nieprzytomna pani to taki klasyczny przykład na to, że ten nalot jest tu bardzo potrzebny. Wyjdź mi pan zza tego baru, bo coś mi się wydaje, że masz ochotę zrobić tam coś bardzo głupiego. A ja nie lubię ludzi, którzy robią głupie rzeczy. Stawać mi pod ścianą, ale już! Co do pani…
Policjant znów kucnął przy mnie i wskazał palcem na Matyldę, która, nadal nieprzytomna, leżała posapując cicho z głową na moich kolanach.
- Niech mi pani powie, pani przyjaciółka piła coś, lub jadła dzisiejszego wieczoru?
- Ja...nie pamiętam – wyjąkałam.
- Proszę się skupić!
- Chyba piła. Tak, piła margeritę. To jej ulubiony drink. I jeszcze jeden, taki zielony, nie pamiętam nazwy...
- Dobrze. Który to wasz stolik?
Nieco drżącą ręką wskazałam miejsce, gdzie spędziłyśmy z Matyldą sporą część dzisiejszego wieczoru.
- Powiedziałem, żeby nikt nie dotykał nawet tych szklanek! Pod ścianę, ale już!
Aż podskoczyłam, podobnie jak kelner, który próbował właśnie niepostrzeżenie zwinąć z naszego stolika stojące tam szkło. Po chwili gość stał pod ścianą, w towarzystwie barmana, na dodatek z rękami ku górze. Policjant widząc to, westchnął – taki młody i w takim gównie się już tapla...ale cóż, jego wybór.
- Jakim gównie?
- Nie czuje pani? Narkotyki. Musieli dosypać coś do drinka pani koleżanki, stąd jej obecny stan.
- O Boże!
- Spokojnie, w szpitalu zrobią jej detoks i powinna wrócić do pełnej urody. Na razie po prostu odleciała. Proszę ją zapytać, jak się ocknie, czy coś pamięta, podobno po tych działkach, które krążą obecnie w obiegu, ma się naprawdę szalone jazdy.
Sądząc po wcześniejszym zachowaniu Matyldy, w te szalone jazdy nie wątpiłam. Ale mimo wszystko pan policjant mógłby sobie trochę uważać na to, co mówi...
- To chyba nie jest dobry temat do żartów…
- Uraziłem panią? Serdecznie proszę o wybaczenie – policjant zdjął czapkę i złożył mi żartobliwy ukłon. Pod tą policyjną ozdobą ukazała się dosyć sympatyczna, uśmiechnięta twarz. Uświadomiłam sobie również, że posturę Terminatora zawdzięcza wypchanej czymś kamizelce kuloodpornej. Rany boskie, z takim ekwipunkiem na dwie okładające się kobiety go wysłali??? – niech się pani nie denerwuje. O, koleżanka już się budzi. W każdym razie chyba oddycha spokojniej. A co do sprawy tej damskiej walki, która była tu zgłoszona, to kto zaczął?
Cholera! A już miałam nadzieję, że zostanie mi to odpuszczone...
- Hmmm, chyba ja.
- Rozumiem - policjant zwrócił się do barmana, kulącego się pod ścianą - macie tu monitoring?
- Tak, ale dziś akurat wyłączony. W serwisie jest.
- Oczywiście, w serwisie…- policjant mruknął coś, czego, może na szczęście, nie dosłyszałam, choć mogłam się domyślić.
- No to musi mi pani dokładnie sama powiedzieć, co tu się stało. Co pani zrobiła, że aż doszło do rękoczynów?
- Potknęłam się i wpadłam na kelnera z tacą. Szklanki z tacy, wraz z zawartością, poleciały na...tamtą panią, która się tak awanturowała wcześniej. A ona wtedy rzuciła się na mnie.
- Czyli pani po prostu przez przypadek, jak sądzę, potrąciła kelnera z tacą, tak?
- Właśnie tak. Naprawdę niechcący. Obcas mi się omsknął…
Wolałam nie wspominać, że stało się to, gdy byłam pod alkoholowym wpływem. Jeszcze by pan policjant uznał to za okoliczność mnie obciążającą, a naprawdę miałam już wystarczająco wrażeń jak na jeden wieczór. Na szczęście nie drążył tematu, tylko spojrzenie mu opadło w dół, na moje biedne stopy, obute w diabelskie szpilki. Co z tego, że wyglądały nieziemsko seksownie? Co mi w ogóle strzeliło do głowy, żeby zakładać dziś takie buty i niepotrzebnie kusić tym samym los? No to skusiłam.
- Właśnie widzę. Wysoki ten obcas. Powinna pani nieco bardziej uważać, jak pani wkłada takie buty – zmarszczyłam czoło, słysząc w głosie policjanta zdecydowanie wesołą nutkę. Śmieje się ze mnie? Jeszcze tylko śmieszkującego policjanta mi brakowało, żeby dzisiejszy wieczór upłynął pod znakiem prawdziwej porażki - Poza tym nic panią nie boli? Te zadrapania na rękach i twarzy niezbyt ładnie wyglądają.
Nie udało mi się udzielić odpowiedzi, czy coś mnie boli, czy nie, bo kilka rzeczy stało się naraz. Przede wszystkim Matylda, której głowę trzymałam na swoich kolanach, zaczęła coraz głośniej zdradzać oznaki powrotu do świata żywych i przytomnych, i po chwili słychać ją było w całej sali. Po drugie, przed lokal zajechała z jękiem karetka pogotowia, a z zaplecza doszedł nas odgłos o sile wybuchu małej bomby i po chwili sala zapełniła się mundurowymi. Zamieszanie, jakie się wytworzyło, usiłował wykorzystać barman. Został spacyfikowany przez wesołego policjanta tak szybko, że nawet nie zdążyłam mrugnąć. Po chwili pan barman, na spółkę z nadgorliwym kelnerem, stali sobie grzecznie, obaj z rączkami przypiętymi kajdankami do kaloryfera. Ich wrzaski były ostatnią rzeczą, jaką słyszałam, kiedy razem z Matyldą wsiadałyśmy do karetki (to znaczy, ja wsiadłam o własnych siłach, Matyldę wniesiono na noszach). Oczywiście, z wiadomych powodów nie pomachałam ani barmanowi, ani kelnerowi na do widzenia.

- Co panie sobie myślały, włócząc się po takich miejscach i doprowadzając się do takiego stanu? - zapytał mnie lekarz w karetce, kiedy ruszyliśmy w stronę szpitala na Rydygiera – dobrze, że to skończyło się tylko zatruciem, a u pani tylko powierzchownymi otarciami, bo mogliśmy teraz wieźć wasze ciała w foliowych workach. I takie rzeczy się zdarzały…
Ciężko mi było znaleźć jakąś względnie normalną odpowiedź na proroczą wizję naszych ciał w workach, więc się nie odezwałam. Matylda posapywała cicho z maską tlenową na twarzy. Lekarz, nie doczekawszy się odpowiedzi z mojej strony, zapewne uznał nas za dwie ćpunki, niewarte jego starań, żeby je próbować nawrócić na drogę cnoty, przestał więc zwracać na nas uwagę i zagłębił się w rozmowie przez szybkę z kierowcą karetki.
A ja? No cóż, po wydarzeniach ostatniego tygodnia oraz dzisiejszych mogę tylko mieć nadzieję, że to już wierzchołek góry składającej się na mojego pecha życiowego. Jak tak dalej pójdzie, przepowiednia lekarza ziści się prędzej, niż on sam zdąży się zdziwić.

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz