Głośny, przeciągły sygnał klaksonu skutecznie wytrącił mnie z drzemki.
- Co do jasnej…?
Auto gwałtownie, zbyt gwałtownie, jak na mój skromny gust, skręciło ze środkowego na prawy pas, prowadzący na zjazd na przyautostradowy parking. Jak można było się spodziewać, prawa fizyki były nieubłagane i zadziałały bez pudła. Moja głowa, spoczywająca do tej pory spokojnie na małej podusi, opartej o szybę, zsunęła się z niej dosyć nagle. Sekundę później głowa znajdowała się już pomiędzy siedzeniami na dole, a moje stopy na górze, co nie było normalne. Nie przywykłam, pomimo moich różnych dziwactw, do podróżowania zwinięta w precelka, na dodatek do góry nogami. Klnąc w duchu, na czym świat stoi, a przede wszystkim na Ankę, sprawczynię, wygramoliłam się do pozycji siedzącej i walnęłam kierowcę w jej tleniony łeb. Chwilę po mnie to samo zrobiła Matylda, siedząca z przodu, choć teraz raczej siedzeniem bym tego również nie nazwała. Fotele w garbusie Anki miały to do siebie, że były dość płytkie. Siłą rzeczy Matylda przy tym gwałtownym skręcie nie tylko zaliczyła tyłkiem wycieraczkę, ale, sądząc jej jękach i po unoszącym się w samochodzie zapachu czegoś jadalnego, musiała również stracić przekąskę, która walała się teraz gdzieś pod jej stopami. Masując czoło, które nieco ucierpiało w starciu z czymś twardym, zerknęłam na straty i bingo. Ukochane skórki pomarańczy w czekoladzie stanowiły teraz niezbyt apetyczny widok, leżąc smętnie niczym kozie bobki na zakurzonej wycieraczce. I na pewno nie nadawały się do jedzenia, ku rozpaczy i wściekłości Matyldy.
Pisk opon za nami, połączony z ciągłym dźwiękiem klaksonu, zbliżał się coraz bardziej. Obejrzałam się. Jakieś sportowe auto sunęło tuż za nami, prawie siedząc nam na zderzaku.
- Anka, zwolnij! Co ty robisz, do cholery???
- Uczę tego idiotę za nami, jak się jeździ.
- Życie ci niemiłe, czy co? Tu już nie ma autostrady, masz ograniczenie do pięćdziesiątki!
- Mogę zwolnić, ale facet siedzi mi tak blisko na zderzaku, że zrobi mi kuku, jak tylko nacisnę na hamulec.
- No i co? On zapłaci! Zwolnij, mówię!
Boże drogi, ona nas zaraz pozabija! Matylda pisnęła, kiedy garbus wypadł z następnego zakrętu, popędził stanowczo za szybko przez całą długość na szczęście pustego parkingu, po czym wyhamował z piskiem opon na ostatnim dostępnym miejscu dla osobówek. Pozytywem sytuacji było to, że żyłyśmy. Temu damskiemu szogunowi jeszcze nie udało się nas pozabijać, choć było blisko. Negatywem była za to obecność tuż za nami tego sportowego samochodu, które, zahamowawszy gwałtownie kilka centymetrów od tylnego zderzaka Ankowego garbusa, wręcz kipiało negatywnymi emocjami. Podobnie, jak jego właściciel, który wyleciał jak z procy z samochodu, z wkurzeniem na twarzy nie zwiastującym nic dobrego.
- Oho – mruknęła Matylda widząc, jak wspomniany wkurzony właściciel sportowego wozu szarpnięciem otwiera drzwi garbusa od strony kierowcy i dyszy na Ankę, jakby chciał ją rozszarpać. Niemal widziałam te rozciapierzone palce, jak zaciskają się na szyi tego damskiego rajdowca i zaczęłam się poważnie o nią bać.
- Jak jeździsz, idiotko?
- Słucham?
- Słuchasz? No to zaraz usłyszysz! Co za cymbał dał się tak nabrać i uwierzył, że potrafisz prowadzić??? Jeszcze trochę i doprowadziłabyś do wypadku!
Reakcja Anki była, oczywiście, nie do przewidzenia. Nawet dla nas, które znałyśmy ją, że tak powiem, od podszewki. Obie z Matyldą wstrzymałyśmy oddech, niepewne, co nasza towarzyszka zamierza, bo arsenał jej możliwości był, co tu dużo mówić, przebogaty i mogło dojść do rzeczy, o których kolejne pokolenia będą mówić w charakterze legend. Jedno było pewne, przedstawienie powinno być konkretne. Nie zawiodłyśmy się.
Anka bowiem wysiadła w sposób, który mogę nazwać bardzo dystyngowanym, z samochodu i stanęła niemal nos w nos z pieklącym się właścicielem sportowego cuda. Już na wstępie zdobyła punkt, bo się okazało, że jej kilkucentymetrowe obcasy (fuj, niech ktoś mi powie, jak można prowadzić w takich butach?) wywindowały ją tak, że teraz górowała nad facetem o ponad pół głowy. To była raczej broda – nos...
- Dla pana wiadomości, nieładnie jest krzyczeć na bezbronną kobietę.
- Jakbyś nie zachowywała się jak pirat drogowy, to…
- I nie pamiętam, żebym kiedykolwiek przeszła z panem na ty. Ani, prawdę powiedziawszy, nie mam takiego zamiaru.
- Ty gówniaro z piekła rodem!!! Już ja ci pokażę, jak…!!!
- Gówniarą przestałam być już dobre kilka lat temu. Bardziej odpowiednie byłoby zwracać się do mnie per „pani”. Tak przynajmniej postępują ludzie kulturalni i dobrze wychowani w stosunku do nieznanych sobie osób. A jeśli panu coś nie pasuje w moim sposobie jazdy, to może zawołamy policję i niech ona rozsądzi, kto jest tu winien? O co mnie pan oskarży? O zbytnią prędkość? Jechał pan tyle samo. Ale to nie ja siedziałam komuś aż do tutaj na zderzaku.
- Bo zajechałaś mi drogę!
Usłyszałyśmy westchnienie Anki zwiastujące politowanie nad głupotą swojego rozmówcy.
- Niby kiedy? Pan robił sobie slalom gigant na autostradzie. Owszem, zjechałam na prawo, ale migałam kierunkiem wystarczająco długo żeby każdy idiota za mną zdążył to zobaczyć i odpowiednio zareagować. Ma pan jakieś problemy ze wzrokiem, że pan nie widzi takich rzeczy?
Facet zrobił się purpurowy na twarzy i moja obawa o Ankę nabrała prawdziwie realnych kształtów.
- Ty bezczelna, mała suko! Będzie mnie tu gówniara pouczać!
Aż sapnęłam, Matylda również. Za to Anka tylko podniosła brew.
- Matylda, dzwoń po policję. Masz tu telefon, dzwoń z mojego – powiedziała zdumiewająco spokojnie, jak na nią i zaistniałą sytuację, wyciągając z kieszeni wspomniany aparat i rzucając go na przednie siedzenie - Powiedz, że jakiś nawiedzony facet, mający kompleksy i wyładowujący się na innych, chciałby sobie z nimi porozmawiać. I niech szybko przyjadą, bo facetowi się bardzo spieszy. A ja też im opowiem parę fajnych rzeczy na jego temat…
- Już ja ci dam „nawiedzonego faceta”, bezczelna dziewucho! Policją mnie będzie tu straszyć!
- To i tak bardziej odpowiednie określenie, niż ta pańska „suka”. Matylda, dzwonisz?
Powyższa sytuacja zrobiła się nieco absurdalna, a mogła zrobić się jeszcze bardziej dziwaczna, jeśli zostaniemy zaszczyceni wizytą policji. Z racji moich ostatnich przeżyć nie pałałam chęcią do tego typu spotkań, ale jeśli ma to pomóc nieco uspokoić tego rozwścieczonego idiotę ciskającego się, prawdę powiedziawszy, nie za bardzo już wiedziałam, o co, to będę musiała to zdzierżyć.
Na szczęście właściciel sportowego wozu, widząc, jak Matylda wciska 997 na klawiaturze, chyba również dostrzegł powagę sytuacji i postanowił jednak nas opuścić. Zanim jednak wsiadł do samochodu, rzucił kilka określeń i to takich, że nie za bardzo się nadawały do powtórzenia w kulturalnym towarzystwie. I znów nazwał Ankę „suką”.
Widziałam, jak ręce mojej kumpeli zaciskają się na drzwiach garbusa tak mocno, że zbladły jej nawet paznokcie. Ale wytrzymała do końca. Zuch dziewczynka, pomyślałam, kiedy facet, bluzgając na cały świat i okolice, wsiadł w końcu do samochodu i odjechał z piskiem opon w siną dal. Kiedy zostałyśmy same, powtórzyłam to samo na głos.
- Poważnie, że są jeszcze tacy kretyni na tym świecie – mruknęła Matylda odkładając telefon Anki na deskę rozdzielczą. Na wyświetlaczu widać było wybrane cyfry 997, ale na szczęście nie zdążyła nacisnąć zielonej słuchawki. Ku mojej cichej radości – Anuśka, dobrze się czujesz? Odezwij się.
- Potrzebuję kawy.
Ok, odezwała się, ale jakoś nie zachwycił nas ten pełen rezygnacji ton. Anka, zatrzasnąwszy drzwi samochodu od swojej strony z dużo większą siłą, niż to było konieczne, pomaszerowała w stronę budynku stacji, nawet na nas nie czekając.
- Ja po czymś takim bardziej bym potrzebowała kielicha – mruknęłam patrząc na maszerującą Ankę, której plecy przypominały deskę do prasowania. Wyglądała jak zombie na szpilkach. Tak bardzo przerażająco. I tak bardzo smutnie, jak sobie uświadomiłam. No i dobry humor, z którym wyjechałyśmy z Krakowa, właśnie poszedł się paść – Może niech się faktycznie napije jakiegoś uspokajacza, najwyżej ja poprowadzę. Chyba, że Anka się uprze i nie da mi tknąć swojej świętej kierownicy.
- Co by mnie nie zdziwiło. Wiesz, że nienawidzi, jak ktoś inny jeździ jej samochodem, a ona musi siedzieć obok.
- No to ten jeden raz będzie się musiała poświęcić i to znieść. Jeśli ma to jej pomóc, osobiście wleję jej do gardła coś z prądem, byle tylko znów nie popadła w ten jej piekielny depresyjny stan! A było już tak dobrze...Że też przywiało tego starego dziada akurat dziś na drogę!
Pomysł wyjazdu na działkę wyszedł, ku mojemu i Matyldy zadowoleniu, od Anki. Nie tylko przez fakt, że wizja spędzenia kilku dni nad polskim morzem i nawdychania się jodu była dla nas aż tak atrakcyjna. Bardziej się cieszyłyśmy, że Anka, jak się zdawało, powróciła do życia ze świata ciężko cierpiących po stracie faceta. Znajdowała się w tym depresyjnym stanie już zdecydowanie za długo. Za to przez ostatnie kilka tygodni sprawowała się wręcz wzorowo, pokazując światu swoją dawną, szaloną twarz, ale, jak widać, to były daleko posunięte pozory. Albo ten nieokrzesany gbur, którego miałyśmy nieszczęście dzisiaj spotkać, wyzwolił w niej znów te uśpione pokłady negatywnej energii, która zawładnęła Anką po rozstaniu z Robertem. W każdym bądź razie obie z Matyldą zgadzałyśmy się w zupełności, że musimy coś zrobić, najlepiej natychmiast, zanim ta ciemna moc nie pochłonie znów naszej towarzyski i nie sprawi, że zamieni się znów w szlochającego żywego trupa. Tylko na razie skończyły nam się pomysły. Sądząc po obecnej minie i zachowaniu Anki, do życia może ją teraz przywrócić coś o wadze bomby nuklearnej, coś, co przywróciłoby jej, niewątpliwie boleśnie podeptane, poczucie własnej wartości...
- Przeklęty Robert, jakbym go teraz dorwała…
No dobra, wizja tortur niewiernego byłego może by również poprawiła Ance humor. Ale Roberta pod ręką nie miałyśmy, więc trzeba było wykorzystać dostępne środki.
Powlokłyśmy się w stronę wejścia do przyautostradowego baru, uprzednio zamknąwszy samochód. To również dało nam wizję Ankowej chandry – po raz pierwszy, odkąd ją znam, zostawiła komuś kluczyki do swojego wypieszczonego autka i nie zainteresowała się jego losem.
Perspektywa tego wyjazdu jawiła się za to w coraz bardziej pochmurnych barwach.
-Co tu tak pusto?
Wnętrze baru owionęło nas spokojem płynącym z pustych stolików, kiedy tylko otworzyłyśmy drzwi. Dziwne. Piątek, godziny południowe, a tu żywej duszy posilającej swoje ciało w podróży? Stop, przecież powinna tu być gdzieś przynajmniej jedna zbolała duszyczka. Rozejrzałyśmy się za Anką i bingo. Zdążyła już dostać swoją upragnioną kawę i teraz modliła się nad nią, siedząc przy oknie w najdalszej części baru. A raczej wpatrując się tęsknym wzrokiem w widok za szybą.
- Cholera! Popatrz na nią. Zbity pies wygląda weselej.
- Właśnie widzę. Ale przynajmniej nie ma tu nikogo, kto by się na nią gapił w tym momencie. Raczej by to nie pomogło – Matylda rozejrzała się dokoła po pustym wnętrzu – gdzie my w ogóle jesteśmy, tak poza tym? Patrzyłaś na znaki, jak tu jechałyśmy?
- Nie wiem, chyba gdzieś za Łodzią. W każdym bądź razie myślę, że połowę drogi mamy za sobą - w nozdrza uderzył mnie całkiem przyjemny aromat smażeliny. Takiej ociekającej nasyconymi tłuszczami, a za zjedzenie której każdy dietetyk walnąłby mnie w głowę licznikiem kalorii. I takiej pysznej. Przełknęłam ślinkę. Jak widać, nie tylko mnie zachwyciła perspektywa czegoś do jedzenia, bo Matylda zaciągnęła się tym zapachem z równą przyjemnością i jak po sznurku poleciała do baru.
- O rany, głodna się zrobiłam, a coś tu całkiem fajnie pachnie. Zatrzymajmy się tu chwilę i zjedzmy jakiś obiad, co? Póki nie nadjadą weekendowe tabuny. Myślę, że Anka też się zgodzi na dłuższą przerwę. Jak nic jej się przyda. Chodź, Lulka, nakarmimy ją. Może jak jej cukier się podniesie, to się ocknie...
Podeszłam również do baru, gdzie Matylda, z wypiekami na twarzy, zdążyła już dopaść menu i właśnie je zapamiętale studiowała. Z zaplecza wyszła młoda kelnerka i z uśmiechem zapytała, czego sobie życzymy.
- Dla mnie golonka.
- Zjesz całą? - zdziwiłam się, bo porcja na zdjęciu nie wyglądała na najmniejszą.
- Anka mi pomoże. Tak więc jedną, naprawdę dużą golonkę z całym zestawem surówek poproszę. I frytki do tego.
- A co do picia dla pani?
- Weź dla siebie też coś z prądem – powiedziałam - bo Anka się uprze, że sama pić nie będzie. Zamówcie mi też coś dobrego, zaraz wracam.
- A ty dokąd?
Pokazałam z męczeńskim wyrazem twarzy na swój telefon, który, jak zdążyłam zauważyć, odzywał się już nie po raz pierwszy dzisiejszego dnia. Numer, który się wyświetlał, też nieznajomy mi nie był. Wklepałam go sobie wczoraj, tak na wszelki wypadek, z wizytówki, którą policjant Mirek niemal w biegu rzucił mi na stolik, zanim nie ulotnił się z mojego mieszkania z wiadomych względów. Dziś już ten numer dzwonił piąty raz. Nie powiem, żebym tego nie oczekiwała. Za to, co odwaliłam, naprawdę należały mi się baty, albo solidny opiernicz od pana policjanta. Od samej siebie również, bo poranek przyniósł mi coś na kształt potężnych wyrzutów sumienia i świadomości, że zachowałam się naprawdę dziecinnie z tymi ziółkami.
Dlaczego ja zawsze najpierw coś robię, a dopiero później myślę? A potem cierpnę wpatrując się w wyświetlający się numer pana policjanta, nie zwiastujący nic dobrego?
Pan policjant powinien być na mnie wściekły jak cholera. I miał ku temu bardzo poważne podstawy.
Ale z drugiej strony, moja współpraca z nim dotyczyła firmy, nie tego, co się działo poza nią. I powinien, jeśli już koniecznie musiał, kontaktować się ze mną w godzinach pracy, a nie w wolny weekend. Nie miałam obowiązku odbierać jego telefonów na urlopie, prawda?
Tak, wiem, jestem najgorszym tchórzem, jakiego wydała ziemia, byłam tego doskonale świadoma. Jako, że tchórze postępują tchórzliwie, również ja nie byłam inna. Bezczelnie odrzuciłam połączenie, po czym jeszcze bardziej bezczelnie wyłączyłam telefon i schowałam go na samym dnie swojej torby, gdzie miał pozostać co najmniej do poniedziałku. Może przez ten czas pan policjant ochłonie i nie będzie na mnie taki zły. A kwestię naszej współpracy również mogę zacząć dopiero od początku przyszłego tygodnia, więc nie było potrzeby konsultować się wcześniej. Poza tym, i to był najbardziej istotny argument, byłam na wakacjach. Miałam wolne od pracy, wkurzających policjantów i wszystkiego, oczywiście, nie licząc kłopotów z przyjaciółką w depresji. I na tym miałam zamiar się skupić, na odpoczynku połączonym z poprawą nastawienia życiowego Anki. Nie przewidywałam innych zajęć podczas tego weekendu.
Matylda wychyliła się zza drzwi.
- Lulka, idziesz w końcu? Chcesz kurczaka, czy rybę?
- Idę! - odkrzyknęłam starając się zagłuszyć poczucie, że będę żałować tej pokręconej logiki, którą właśnie zastosowałam w swoim życiu. I tego wyłączenia telefonu również. Ignorując natrętny głosik, podążyłam do środka.
Anka, niech jej Bozia w dzieciach i pomysłach na nowe kampanie reklamowe wynagrodzi, dała się namówić na małe co nieco. Właściwie nie trzeba było ją jakoś bardzo motywować, drink, nie należący do skromnych, jeśli chodzi o objętość, opróżnił się raz dwa, podobnie jak talerz golonki, przypominający swoją powierzchnią mały obiekt latający, a na który Anka z Matyldą rzuciły się jak wygłodniałe hieny. Ja zadowoliłam się standardowym kurakiem. Najważniejsze jednak, że po zastosowaniu tego alkoholowego i golonkowego lekarstwa Anka nieco odżyła, a przynajmniej przestała przypominać to chodzące zombie, które mogłyśmy zaobserwować z Matyldą wcześniej. I łaskawie zgodziła się, żebym zasiadła za kierownicą jej samochodziku.
Natomiast rozluźnienie całkowite nastąpiło, kiedy dojechałyśmy na miejsce przeznaczenia. Wieś Klejnowo, leżąca niedaleko granicy polsko-rosyjskiej (może dlatego Anka nabyła tu teren tak tanio) przywitała nas tak, że z miejsca zapomniałam o jakichkolwiek problemach, które mnie ostatnio targały. Piękna, złota, polska jesień zawitała również tutaj, malując takie barwy na drzewach, że aż się chciało złapać plecak, zapakować go i polecieć z piskiem zachwytu do lasu. Pierwszy raz byłyśmy tu o tej porze, ale obiecałyśmy sobie, że na pewno nie ostatni. Nawet Anka stwierdziła, że była głupią miągwą, że nie przyjeżdżała tu wcześniej w miesiącach jesiennych, zamiast tego wybierając standardowo okresy wakacyjne, kiedy tłumy wczasowiczów obojga narodowości przewalały się tutaj zwartą falą. Teraz nie było widać ani jednego, malutkiego turysty, jak stwierdziłyśmy z radością. Całe Klejnowo nasze! O ciszy, o swobodo! Jeszcze trochę, a zaczęłybyśmy machać jak udzielne księżne, wjeżdżające na włości i witające poddanych. Problem w tym, że żadnych poddanych nie było na widoku. Cała wieś składała się z kilkudziesięciu numerów, rozsianych dosyć daleko od siebie, resztę stanowiły domki letniskowe, puste i pozabijane dechami o tej porze. Raj, istny raj dla duszy spragnionej spokojnego wypoczynku. Rany, ludzie naprawdę nie wiedzą, co tracą, rezygnując z przyjazdu tutaj jesienią.
- Skręć tutaj w lewo – powiedziała do mnie Anka, kiedy minęłyśmy pierwszy i chyba jedyny przystanek we wsi. Tuż za nim znajdował się również jedyny dostępny spożywczak, więc byłam pewna, że miałyśmy się udać na podstawowe zakupy żywieniowe, ale Anka kazała mi jechać dalej.
- Gdzie ty nas prowadzisz? Przecież stąd do twojego domku pewnie jeszcze ze dwa kilometry, jak nie więcej.
- Tak, wiem, ale musimy...coś tu zrobić.
- Niby co? Masz tu jakiś przemyt na oku?
- Hmmm, nie – zamarłam, kiedy zobaczyłam to rozbiegane spojrzenie Anki, tak dobrze mi znane i tak bardzo zapowiadające kłopoty. Matylda też je dostrzegła.
- Anka, gadaj! Stało się coś?
- Hmmm...zostawiłam, tak jakby, klucze do domku w Krakowie, a raczej będziemy ich potrzebować, prawda? Dlatego musimy odebrać zapasowe...
- Coś ty powiedziała? Jak to, zostawiłaś?
- W innej torebce zostały, przestańcie się czepiać…
- Przyjechałybyśmy tutaj i co, spałybyśmy na wycieraczce?
- Była taka, jakby, możliwość. Ale wiecie przecież, ile mam torebek, przepakowywanie wszystkiego za każdym razem... No co? - zawołała, kiedy z mojego i Matyldy gardła wydarł się jęk – nic się nie stało, damy radę! Zawsze zostawiam zapasowe klucze u Kazika, żeby w razie czego mógł posprawdzać, czy w domku woda nie cieknie, lub czy nic nie zginęło. Także bez łez, niewiasty. Wasze szanowne zadki nie zaznają rozkoszy wycieraczki. Lulka, zatrzymaj się przed tym żółtym domem, tam, na końcu drogi.
- Dalej i tak bym nie pojechała – mruknęłam – chyba, że w te chaszcze, ale wątpię, żeby ci się to spodobało. Idź prędko po te klucze, bo noc nas zastanie, a jeszcze musimy wstąpić do sklepu. Może was jeszcze nie ssie po tej golonce, ale ja bym już coś przegryzła.
Zahamowałam przed schludnym, pomalowanym na cytrynowo żółty kolor domkiem znajdującym się na prawdziwym krańcu. Tuż za nim, oddzielona niewysokim białym płotem, rozpościerała się plątanina miniaturowych, młodych drzewek, zarośniętych tak, że ciężko było rozpoznać, które gałęzie należą do której rośliny. Za chaszczami, ku mojej i Matyldy ekscytacji, zaczynał się las, który tak zachwycił nas wcześniej. Gdzieniegdzie przez korony można było ujrzeć błękit morza. Uchyliłam szybę i natychmiast dotarł do nas znajomy szum. Mówiłam już, że to raj? No to teraz to mówię.
Anka wygramoliła się z samochodu, zostawiając nas zapatrzone w jesienną kolorystykę i pognała do drzwi żółtego domku. Kątem oka zauważyłam, że zniknęła w wiatrołapie, i naprawdę miałam wielką nadzieję, że się pospieszy i nie będzie jakoś długo celebrowała przejęcia tych kluczy, bo naprawdę mnie ssało w żołądku. I musiałam do toalety. Zanim jednak zdążyłam zacisnąć zęby i nie myśleć o niczym płynnym, z żółtego domu doszedł nas wrzask. Głośny, donośny i niewątpliwie należący do Anki.
Wyleciałyśmy z samochodu jak z procy. Zanim dobiegłyśmy do furtki w płocie, wrzask umilkł jak ucięty nożem, a mnie włoski stanęły dęba ze strachu. Dlaczego, och, dlaczego moja wyobraźnia potrafi wyprodukować takie straszne wizje, zapytałabym samą siebie, gdyby był na to czas. Bo obraz, jaki pojawił mi się przed oczami, brocząca krwią Anka, a nad nią jakiś zwyrol z nożem, albo z pistoletem…
Może ten cały Kazik połakomił się na domek i działkę i tylko czekał, aż Anka tu przyjedzie po te klucze? Może zrobił z domku melinę i teraz próbuje zmusić Ankę, żeby przepisała na niego akt własności, czy jakikolwiek dokument mówiący o tym, że teraz on ma prawo zarządzać tym terenem? A my, jako świadkowie, zostaniemy potraktowani równie zastraszająco?
Wizja tego, co może nas czekać w żółciutkim domku, nie nastrajała optymistycznie. Jeszcze mniej optymistyczna wydawała się cisza panująca wewnątrz. Wpadłyśmy z Matyldą na schody, przy czym ja, jak zwykle, poślizgnęłam się na zakręcie i chwilę mnie zastopowało, zanim nie odzyskałam równowagi. Matylda pierwsza dopadła drzwi, jak się okazało, tylko przymkniętych, i wleciała do środka. Po chwili powietrze przeszył jej wrzask.
- Co pan jej robi! Zostaw ją, ty zboczeńcu! - a potem doszedł mnie odgłos tłuczonego szkła. Zacisnęłam zęby, bo podczas piruetu na schodach nieco wykręciło mi stopę nie w tę stronę, w którą trzeba i pokuśtykałam przez otwarte teraz na oścież drzwi, przez mały korytarzyk do sporego pokoju, gdzie rozgrywał się dramat.
I to nie byle jaki. Anka leżała na podłodze, tuż obok niej klęczał męski osobnik przyodziany li i jedynie w biały ręcznik kąpielowy, zawiązany tak, że za chwilę mogło dojść do spektakularnego odsłonięcia pewnych treści. Dokoła faceta i Anki, niczym krwawy deszcz, walały się szczątki jakiegoś szklanego naczynia, które niewątpliwie rozwaliła Matylda. Ta sama Matylda, która teraz stała niczym karząca ręka sprawiedliwości z rękami ku górze, na dodatek uzbrojonymi w kolejną reprodukcję szklaną, tym razem koloru zielonego.
- Lulka, dzwoń po policję! To jakiś gwałciciel!
- Opuść to zielone badziewie, Mati i przestań wrzeszczeć.
Ku naszej uldze, Anka poruszyła się i od razu syknęła, kiedy kawałki szkła pomiziały ją w odsłonięte partie ciała. A było ich trochę, to znaczy, tych partii. Mówiłam jej na początku drogi, że tylko wariatka ubiera się w bawełnianą mini na kilkugodzinną podróż, a ona się śmiała, no to teraz wyszło na moje.
- A pan niech trzyma ten ręcznik! I proszę się odsunąć, bo nie mogę wstać!
Facet, jedną ręką przytrzymując wspomniany kawałek bawełny, opasujący mu bioderka, drugą złapał pod ramię Ankę i jakoś bezkolizyjnie pomógł jej stanąć na własnych nogach. Podeszłam bliżej i przejęłam ją, odprowadzając poza zasięg faceta i Matyldy, która nadal stała jak statua wolności z tym przeklętym dzbankiem nad głową.
- Matylda – syknęłam – opuść to wreszcie!
Dzbanek, owszem, opadł, ale tylko na wysokość klatki piersiowej, nadal gotowy do obronnego rzutu, gdyby zaszła taka potrzeba. A Matylda nie spuszczała wzroku w roznegliżowanego pana, jakby tylko czekając, że zrobi coś, co będzie usprawiedliwiało takowy rzut.
Cóż, na moje oko facet nie wyglądał groźnie. Ale, znając moje kiepskie wyniki, jeśli chodzi o ocenę ludzkich charakterów, warto było jakoś zweryfikować ten pogląd.
- Pan Kazik? - zapytałam niepewnie.
- To nie Kazik, w życiu tego człowieka na oczy nie widziałam – powiedziała Anka – ale bardzo chętnie bym się dowiedziała, z kim miałam wątpliwą przyjemność spotkać się w takich dziwnych okolicznościach. Kim pan jest?
- O nie, drogie panie, to wy wparowałyście tutaj bez zaproszenia, jak sądzę, bo Kazik nic mi nie wspominał, że czeka mnie najazd trzech szalonych kobiet, przy czym jedna z nich będzie agresywna – wskazał na Matyldę, która nada dzierżyła szklaną broń w rękach.
- Zna pan Kazika?
- Oczywiście, że znam – prychnął facet – jak inaczej bym mógł tutaj mieszkać?
- Mógł się pan włamać…
- Tak, jak panie?
- Drzwi były otwarte! Nie włamałyśmy się!
- Dobrze pamiętam, że zamknąłem!
- Najwidoczniej kiepsko! Matylda, do cholery, odłóż już tę szklankę!
Jak można było się spodziewać, Matylda miała w nosie nasze prośby, groźby i inne takie. Zmierzyła faceta takim wzrokiem, że aż się cofnął.
- Skoro ten pan mówi, że tu mieszka, to co się stało z właścicielem? Niech tu przyjdzie ten pan Kazik i powie, czy to prawda, bo jeśli nie, to dzwonimy na policję!
- Już mówiłem, Kazika tutaj nie ma…
- Lulka, dzwoń na policję…
- Kazik leży w szpitalu w Gdańsku. I w obecnym stanie nie za bardzo może tu przyjść, żeby potwierdzić cokolwiek.
Po tych słowach zapadła dzwoniąca cisza. Nawet Matylda w końcu opuściła oręż. A mnie zrobiło się zimno. Witaj, pechu, dawno cię u mnie nie było, prawda? Teraz przeszedłeś jak choroba zakaźna na moich znajomych? Jak miło z twojej strony…
- Niemożliwe – Anka pierwsza odzyskała głos – dzwoniłam do niego w tamtym tygodniu, był okazem zdrowia. I nie wspominał nic, że wybiera się gdziekolwiek. Co mu się stało?
- Zawał. Leży od środy na OIOM-ie. Nie wiadomo, czy się z tego wykaraska, ale jego żona jest jeszcze pełna nadziei. Tak przynajmniej brzmiała, kiedy rozmawiała ze mną przez telefon. Dziś rano.
- A pan co? Przejął obowiązki gospodarza?
- Można to tak nazwać. A teraz może panie w końcu powiedzą, co ich sprowadza do cudzego domu, na dodatek bez zaproszenia. Chyba, że macie czas, to wolałbym wysłuchać tych wyjaśnień nieco bardziej ubrany. Chyba jak panie wchodziłyście, zostawiłyście otwarte drzwi. Strasznie ciągnie po nogach.
Faktycznie, dopiero teraz zauważyłam, że facet się lekko trzęsie. No cóż, kawałek bawełny na biodrach to nie najlepsze zabezpieczenie przed zimnem, a letnich temperatur też za oknem trudno było szukać. Gdyby sytuacja nie była aż tak absurdalna, zrobiłoby mi się gościa żal. Chyba właśnie wyszedł spod prysznica, sądząc po lekko jeszcze wilgotnych włosach, kiedy jego dom napadły trzy szalone kobiety, na dodatek jedna z nich zdradzała niepokojące zainteresowanie szklanymi pociskami, dostępnymi pod ręką i niewątpliwie niebezpiecznymi.
- Dobrze, niech się pan ubierze – Anka, jakby wszystko było cacy, usiadła na jednym z krzeseł stojących dokoła stołu znajdującego się w pokoju i machnęła ręką w kierunku faceta – ja również chciałabym usłyszeć pewne wyjaśnienia od pana. I zapytać o kilka rzeczy.
W pierwszej kolejności pewnie o to, czy pan Kazik nie zostawił aby przypadkiem kluczy do jej domku, czy też schował je, bądź, nie daj Boże, ma je ze sobą w Gdańsku. Albo jego żona. Wolałam się nawet nie zastanawiać, co się stanie, jeśli ta najgorsza z możliwych wizja stanie się faktem.
Facet wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia w celu uzupełnienia swojej garderoby, a nam nie pozostało nic więcej, tylko czekać. Na faceta, na wyjaśnienia, i w końcu na klucze. Oby wszystkie te opcje były dostępne tu na miejscu i, najlepiej, od ręki!
- Jednego nie rozumiem – odezwała się Matylda patrząc raz na Ankę, raz na drzwi, za którymi zniknął tajemniczy mieszkaniec żółtego domu – skoro ten facet tu mieszka i jest niewinny, to co robiliście na podłodze, kiedy tu weszłam?
- Potem wam powiem, teraz nie ma zbytnio na to czasu…
- Zrobił ci coś? Dlatego nie chcesz teraz o tym mówić? Zatłukę gnoja!
- Rany boskie, Matylda, weź na wstrzymanie! Nic mi nie zrobił! Po prostu się przestraszyłam, jak go zobaczyłam i zaczęłam wrzeszczeć jak opętana.
- Ok, ale nadal nie wiem, co robiliście na podłodze.
- On próbował mi pomóc, kiedy się potknęłam. O ten dywan, na którym teraz stoisz. Pomagał mi, rozumiesz? I przestań celować w niego tym szklanym badziewiem! Jedno już mam do odkupienia, nie uśmiecha mi się szukać drugiego do pary. Wygląda jak wczesny PRL…
Potknęła się, jasne. I co to za dziwny różowy kolor na licu, panno Anno? Niczym jabłuszko rumiane, dziewczę zakłopotane…
Dobra, nie będę szydzić. W końcu też bym przypominała pomidora, gdyby się okazało, że to mi przypadło w udziale zapoznanie się z kimkolwiek w tak niecodziennych okolicznościach. A to, że wyjaśnienie, jakie nam zostało udzielone na temat pozycji Anki i tajemniczego pana w ręczniku, w jakiej ich zastałyśmy, miało więcej dziur, niż najbardziej dojrzały ser szwajcarski, to coś, nad czym pochylimy się później. Anka nie miała w zwyczaju chomikować tego typu historii, więc pęknie na pewno.
Dalszą rozmowę przerwało pojawienie się tajemniczego lokatora domu. Trzeba przyznać, że w jeansach i jasnej, kraciastej koszuli z podwiniętymi rękami prezentował się całkiem całkiem, nawet jak na osobę, którą widywałyśmy dotąd w samym ręczniku. Jeansy i koszula podkreślały, co trzeba a kiedy udało mi się dojść w swoich oględzinach do twarzy, okazało się, że ta też do paskudniaka nie należy.
- Dobrze, niech pan mówi – Matylda wzięła faceta w obroty, zanim zdążyłyśmy ją powstrzymać – co pan tu robi?
- Mieszkam, mówiłem przecież…
- Za pozwoleniem pana Kazika i jego żony, tak? Proszę adres i numer telefonu do tego szpitala w Gdańsku. I pański dowód osobisty.
Facet usiłował nieśmiało protestować, ale kiedy zobaczył to stanowcze spojrzenie Matyldy, ustąpił. Jak widać, Matylda nawet po wstąpieniu w związek uczuciowy z przystojnym lekarzem, nadal nie wyzbyła się swoich lodowatych zdolności. Facet grzecznie udostępnił swoje dane, dane szpitala, nie poskąpił nawet informacji o hotelu, gdzie zatrzymała się żona pana Kazika. To do niej w pierwszej kolejności zadzwoniła Anka. Biedna kobieta, jak się okazało, pani Stasia, najpierw przez piętnaście minut opowiadała o wypadku, jaki spotkał jej męża i o jej kłopotach w chwili obecnej, a drugie piętnaście chwaliła tajemniczego pana, który, za jej i małżonka zgodą i błogosławieństwem, zamieszkiwał ich dom podczas ich nieobecności. Dobrze, facet był czysty, nie był żadnym mordercą, gwałcicielem, czy złodziejem. Jest to jakiś pozytyw, że nie natknęłyśmy się na jakiegoś degenerata społecznego. Gorzej, że pani Stanisława nie miała pojęcia, gdzie jej małżonek mógł zachomikować klucze do domku Anki, ba, nawet nie wiedziała, że takowe posiadał. To była ta mniej fajna strona rozmowy.
Kiedy Anka, pożegnawszy panią Stasię życzeniami powrotu do zdrowia dla męża, spojrzała na nas żałośnie, zrozumiałyśmy, że sytuacja zrobiła się poniekąd kłopotliwa.
Facet patrzył na nas wyczekująco, jakby życzył sobie pozbyć się nas jak najszybciej, czemu się wcale nie dziwiłam. Anka gryzła paznokcie rozglądając się dokoła, jakby chciała znaleźć gdzieś wskazówkę co do tego, gdzie mogą być ukryte feralne klucze. Ja w końcu zrobiłam użytek z wolnego krzesła, bo skręcona noga coraz bardziej zaczęła mi dokuczać. Tylko Matylda nie pozwoliła sobie na jakiekolwiek odprężenie i nadal sztyletowała pana wzrokiem. Na szczęście odłożyła wazon.
- Kim pan jest, skoro udało się panu tak szczelnie owinąć sobie wokół palca właścicieli? Na rolnika pan nie wygląda.
- Rany boskie, Matylda, przestań pana już tak maglować! Jakbyś się do tej pory nie zorientowała, to my tu jesteśmy teraz intruzami. Bardzo przepraszamy za zamieszanie…Poszłybyśmy sobie i zostawiły pana w spokoju, tylko te klucze…- Anka spojrzała tym swoim wzrokiem rozkosznego szczeniaczka – może pan gdzieś je widział, tu, w mieszkaniu? Taki mały pęczek z misiem pandą na breloku?
Miałyśmy pecha, facet nie widział. Co więcej, zapoznawszy się z naszą nieciekawą sytuacją, uprzejmie udostępnił domek na potrzeby poszukiwań. Tylko proszę mi powiedzieć, jak można szukać w obcym domu czegoś wielkości kluczy, no jak? Trzeba by zerknąć do najmniejszej mysiej dziury, prawda? Wyciągnąć każdą szufladkę, otworzyć każdą szafkę, każdą skrytkę. Jednym słowem, porządnie przetrząsnąć cudzą prywatność, co już na papierze wyglądało niezbyt ładnie, a co dopiero w rzeczywistości. Miałyśmy jakieś skrupuły. Tak więc po baaaardzo pobieżnym sprawdzeniu, oczywiście, przy obecności naszego nowego znajomego, kluczy nie znalazłyśmy. Znajomek, widząc nasze coraz bardziej tragiczne położenie, zaproponował jedyne chyba słuszne w tej sytuacji rozwiązanie – wyważyć drzwi do domku. Podobna opcja i mnie przyszła do głowy, ale wolałam się z nią nie wychylać. Znałam te drzwi. Niemal pancerne, bo Anka chciała mieć pewność, że nikt jej się do domku nie włamie. Jak coś takiego można będzie wyważyć, to ja nie wiem. I kto ma niby to zrobić? My?
Myśli faceta chyba biegły podobnym torem, jak moje, bo zmierzywszy naszą trójkę zrezygnowanym spojrzeniem, zapewne oceniającym nasze siły w starciu z pancernymi drzwiami, zaoferował pomoc.
Tak więc, w nieco podkopanych nastrojach wpakowałyśmy się do garbusa, w powiększonym towarzystwie faceta, Kacpra Brzozowskiego, jak się nam przedstawił, oraz skrzynki z narzędziami z warsztatu pana Kazika, która mogła się okazać bardzo pomocna.
Matylda, niepomna na zasady dobrego wychowania i nasze próby jej uspokojenia, nie przestała prowadzić drobiazgowego śledztwa na temat naszego towarzysza. Facet nie miał z nią szans. Wyśpiewał wszystko, jak na świętej spowiedzi i zanim zajechaliśmy na podjazd przed domkiem Anki, dowiedziałyśmy się, że pracuje jako leśnik w okolicznym nadleśnictwie, ma trzydzieści dwa lata i jest kawalerem, że Kazików zna, bo pochodzi z tych stron, że mieszka u nich, bo jego dom przechodzi teraz remont, że ma same siostry i…
- Dojechaliśmy – oznajmiłam, przerywając bezczelnie to przesłuchiwanie Matyldy. Nie to, że nie chciałam się czegoś dowiedzieć o facecie. Jednak wyciąganie z niego całego życiorysu po pięciu minutach znajomości to trochę za szybko i to też powiedziałam Matyldzie, kiedy Anka z nowopoznanym Kacprem wysiedli z samochodu i skierowali się w stronę domku. W ciszy, co sobie uświadomiłam, jako że jedyną tokującą osobą w okolicy była Matylda.
- Co ty, piszesz książkę o tym facecie, że tak go wypytujesz o każdą pierdołę? Jeszcze o numer buta go zapytaj i datę pierwszej komunii! - syknęłam łapiąc ją za rękę, zanim nie udało jej się czmychnąć poza mój zasięg – daj mu przynajmniej prawo do odmowy odpowiedzi! Może on nie ma ochoty spowiadać się z całego życia przed trójką nawiedzonych wariatek, które napadły go, i to tak jakby na jego terenie!
Ku mojemu zaskoczeniu Matylda zachichotała niczym nawiedzony gremlin.
- Co cię tak strasznie bawi? Mnie wcale nie jest do śmiechu!
- Nic nie zauważyłaś?
- Niby co?
Wskazujący palec Matyldy powędrował w stronę Anki i pana leśniczego. W zapadającym zmroku widać było ich postacie, stojące dość blisko siebie, co już było dosyć zastanawiające. Zamrugałam.
- Myślisz?
- Raczej jestem pewna. Podobnie jak tego, że Anka nas bezczelnie nabujała w kwestii tego, w jakiej pozycji ich nakryłyśmy. Tam musiało stać się coś więcej, tylko szogun nie chce się przyznać. Zauważ, jaka jest spokojna i cicha przy tym facecie, przecież jak nie ona. I jak zerka na niego spod oka.
- Jakoś mi się nie wydaje…
- Mówię ci, że coś jest na rzeczy. W każdym bądź razie, idealnie się składa. Miły, wakacyjny romansik to jest to, co Ance jest teraz bardzo potrzebne. A ten leśnik jest całkiem w porządku. Jak na faceta, oczywiście.
- Boże drogi – powiedziałam udając przerażenie – giń, przepadnij, siło nieczysta. Co zrobiłaś z moją Matyldą? Oddaj mi lodową księżniczkę!
- Sama mi kazałaś pozbyć się tej pozy. A Piotr mówi, że odkrywanie mojego ognistego charakteru bardzo mu odpowiada.
- W to nie wątpię, że mu odpowiada.
Matylda zaśmiała się.
- Jeszcze tylko tobie znajdziemy jakiegoś przystojniaka i można uznać jednak ten wyjazd za udany.
Jakkolwiek wizja Anki romansującej z leśnikiem nie była mi niemiła, a wręcz błogosławiłam to pełną gębą, to sama nie miałam zamiaru dać się wmanewrować w coś podobnego. Ochrzaniłam więc Matyldę, żeby nie gadała głupot, a przede wszystkim nawet się nie ważyła wykorzystywać mnie jako potencjalnego obiektu do podnoszenia swoich nowo nabytych umiejętności swatki i dołączyłyśmy do naszej pary. Pan leśnik zdążył już rozłożyć narzędzia ze skrzyneczki i teraz dłubał śrubokrętem w zamku, z Anką stojącą obok z rękami złożonymi jak do modlitwy i wpatrującą się w dłubaninę pana leśnika z zastanawiającym wyrazem twarzy. Ok, może i martwiła się, czy ten cholerny zamek da się jakoś otworzyć bez zbytnich nakładów siły i środków. Ale kiedy podeszłyśmy z Matyldą bliżej stało się jasne, że wzrok Anki częściej, niż na zamku, utkwiony był w twarzy Kacpra. A potem, byłam tego pewna, przyłapałam ją na wpatrywaniu się w jego tyłeczek. Mając powyższe dowody na względzie ośmieliłam się dopuścić do siebie myśl, że Matylda mogła mieć troszeczkę racji. Tak tyci tyci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz