sobota, 24 listopada 2018

Szpitalne randez-vous

Winda, zgrzytając, dowiozła mnie na piekielne czwarte piętro szpitala, gdzie miała nieszczęście wylądować Mati. Pierwszy od bardzo dawna pochmurny dzień obniżył nieco temperaturę na zewnątrz, ale jednocześnie zrobił z białego, sterylnego miejsca szare paskudztwo, które ukazało mi się, kiedy tylko drzwi windy się otworzyły. Aż się wzdrygnęłam. I przeraziłam tym, co za chwilę mogę zastać na miejscu. Matylda należała do estetów, przebywanie w tak ponurym otoczeniu nie mogło wpłynąć na nią pozytywnie. Tutaj esteta nie miał zbytnio co robić, ani czym się zachwycić. No cóż, pozostało mi tylko mieć nadzieję, że w zasięgu jej rąk nie będzie zbyt wielu łatwych do rzucania rzeczy. Biedna, pozostawiona w takim miejscu, po tak upokarzającej akcji – pomyślałam ze ściśniętym sercem. Wyrzuty sumienia, już ogromne, teraz zaczynały osiągać rozmiary Mount Everestu. Mogłam jednak powiadomić jej matkę. Co z tego, że Matylda nie żyła z nią zbytnio w zgodzie, i że mamusia bawiła obecnie na jakiejś greckiej wyspie ze swoim najnowszym przyjacielem? Córka w potrzebie! Chyba każda matka by się zmartwiła, że jej dziecko o mało nie padło ofiarą jakichś narkotykowych bossów, prawda? Nawet moja, co stwierdzam z niejaką przyjemnością, przybiegłaby w te pędy i zapłakała nad moim łożem boleści. Oczywiście zaraz potem otarłaby łzy i zdzieliłaby mnie po głowie, twierdząc, że to wszystko, oczywiście, moja wina, ale zawsze byłaby to odrobina współczucia.
Widocznie Matylda miała na ten temat odmienne zdanie, bo bardzo stanowczo przekazała mi swoją wolę w tej sprawie, a ja jej to nieopatrznie obiecałam, bo wkurzona Matylda to ktoś, komu się nie odmawia. W stanie podniesionego ciśnienia naprawdę wychodziła z niej bestia. A ja i tak znajdowałam się na jej czarnej liście, wolałam nie dolewać oliwy do ognia i nie drażnić jej bardziej. Więc brawo tchórzliwa ja.
Sala, gdzie zdrowiała moja cierpiąca przyjaciółka, znajdowała się na samym końcu korytarza. Minęłam stanowisko pielęgniarek, które obrzuciły mnie taksującym wzrokiem, jakby podejrzewały o jakieś niecne czyny. Jakże niesłusznie. Moje zamiary były jak najbardziej pokojowe. A że moje najszczersze zamiary nierzadko kończyły się katastrofą, to już zupełnie inna para kaloszy.
Jeszcze trzy kroki. Dwa. Jeden.
Odetchnęłam głęboko i, przykleiwszy do twarzy najbardziej promienny uśmiech, jaki miałam w repertuarze, pchnęłam drzwi, starając się jednocześnie tak wymanewrować, by nie upuścić paczki z darami żywieniowymi (mniam mniam, serniczek z wiśniami i czekoladą – ciężka artyleria, ale potrzebowałam poważnych argumentów, żeby Matyldę obłaskawić, a dokarmianie jej po szpitalnym żarciu wydawało mi się dość dobrym pomysłem. Swoją drogą, kto nie lubi sernika z czekoladą?) oraz paczki z rzeczami osobistymi, które przywiozłam z jej mieszkania i weszłam do środka.
Jeśli litościwa ziemia mogłaby kiedykolwiek rozstąpić się pode mną, to właśnie ta chwila nastała.
- Przepraszam…- wyjąkałam i zrobiłam w tył zwrot. Na jedynym łóżku stojącym w sali zakotłowało się i zanim zdążyłam zwiać i zamknąć za sobą drzwi, ujrzałam coś, czego wolałam nie widzieć. W ekspresowym tempie znalazłam się na drugim końcu korytarza, oparta o burą ścianę i ścigana podejrzliwymi spojrzeniami pielęgniarek, próbując wyrzucić z pamięci widok przyjaciółki w sytuacji co najmniej intymnej z jakimś przedstawicielem rodzaju męskiego.
Nie wierzę…
Kto jak kto, ale Matylda? Ten wróg publiczny mężczyzn numer jeden? (choć nie powiem, żeby w drugą stronę też to tak działało, zawsze się obok niej kręcili jacyś przystojniacy). Panna „nie mam ochoty wiązać się z kimś na stałe, bo faceci są do luftu ble ble ble”, trzymająca tych wspomnianych facetów na dystans tym swoim zachowaniem godnym lodowej królowej, a tu co się wyprawia?! Na dodatek ta wariatka zrobiła to w szpitalu, niemal na oczach całego personelu szpitalnego! O moich oczach nie wspomnę...
Ciągle w szoku, o mało nie dostałam zawału na widok pewnego pana, który, w nieco wymiętym kitlu lekarskim i w pośpiechu przygładzając włosy, właśnie otworzył drzwi i wyszedł z sali Matyldy, rzuciwszy malutkie spojrzenie na lewo i na prawo, a przy okazji również i na mnie. Chyba się lekko zaczerwienił.
Co było równie szokujące, ów facet, lekarz, sądząc po wdzianku, wart był naprawdę pełnej „dychy”. Jeśli tacy lekarze leczą w polskiej służbie zdrowia, to ja mogę przebywać w szpitalu o wiele częściej, niż we własnym domu i nawet te bure ściany nie będą dla mnie przeszkodą! Ciemne włosy, tak nonszalancko rozwichrzone i te niebieskie jak niebo tęczówki, którymi strzelał jak z karabinu...Nie, no, trafiłam do medycznego nieba! I poziom wkurzenia na Matyldę również nieco opadł. Jak widać, są pewne sytuacje, kiedy po prostu nie da się...hmmm...odmówić, nawet jeśli się jest lodową księżniczką.
Otarłam usta, bo na samą myśl o tym przystojnym przedstawicielu gatunku ludzkiego ślinka napłynęła mi do buzi. Aż się można oblizać. Mniam mniam. Serniczek wysiada przy takich słodkościach. Facet zerknął na mnie jeszcze raz tymi niebieskimi oczyskami, kiedy przechodził obok, a mi włoski stanęły dęba. Z zachwytu, oczywiście.
Współczesny cud męskiej urody skrył się w dyżurce, skąd po sekundzie zaczął dobiegać świergot pielęgniarek. Wcale mnie to nie dziwiło. Też bym świergotała, gdybym pracowała z kimś pokroju tego pana doktora. Niektórzy to mają jednak szczęście...
Spędziłam oparta o ścianę dobre kilka minut. Dopiero po tym czasie moje rozszalałe hormony zaczęły wracać do poziomu względnie normalnego. I wtedy też powróciło do mnie coś na kształt rozsądku i opanowania. Rany, nie sądziłam, że jestem aż tak bardzo wyposzczona, że widok przystojnego faceta potrafił z miejsca zmienić moje kolana w galaretę, o reszcie ciała nie wspominając. Świadomość mojego zawstydzającego stanu nie poprawiła mi nastroju. Naprawdę, zachowywanie się niczym napalona małolata nie było czymś, z czego można być dumnym w moim wieku. Nawet uwzględniając kilkumiesięczny rozbrat z szeroko rozumianymi stosunkami damsko – męskimi. Z drugiej strony to pierwszy raz, kiedy zwróciłam uwagę na innego faceta po rozstaniu z Konradem. A to jak najbardziej kwalifikowało się do miana sukcesu. Pierwszy raz spodobał mi się inny facet! Po czterech miesiącach od zerwania! Alleluja, zdrowiałam!
Pokręciłam głową, starając się wyprzeć ze świadomości fakt mojego przedłużającego się postu i wszelkich jego następstw, przypomniawszy sobie, że miałam tu misję do wypełnienia. Chwyciłam więc mocniej serniczek, wzięłam dwa głębokie wdechy i znów pchnęłam drzwi prowadzące na salę, gdzie zdrowiała Mati. Lepiej skupić się na przyjaciółce, i jej ostatnich perypetiach, bo coś czułam, że to będzie murowany hicior. Proces jej zdrowienia nie przebiegał na pewno stereotypowo. Zdrowienie, dobre sobie. Nie ma to jak medycyna naturalna...
Sala zasadniczo nie zmieniła swojego wystroju, gdy tam weszłam. Jedyną różnicą był fakt, że z pościeli szpitalnej wystawała teraz twarz koloru wiśni mojej kochanej kumpeli, zamiast...hmmmm...czegoś innego, co widziałam tam wcześniej.
Podeszłam bliżej łóżka, rzuciłam pudełko z serniczkiem na podręczny stolik, a torbę z rzeczami obok i usiadłam z gracją na twardym krześle szpitalnym. Poczucie winy, które mnie nękało odkąd Mati tu wylądowała, zniknęło jak sen złoty. A jedna rzecz była pewna jak dwa plus dwa równa się cztery. Tym razem Matylda ani słowem nie wspomni o jakimkolwiek dyskomforcie po naszym pamiętnym pobycie w klubie. Nie po tym, czego byłam świadkiem. Niemal zatarłam ręce z radosnego oczekiwania, jaką będę mieć frajdę, kiedy opowiem o tym wszystkim Ance. Z najbardziej pikantnymi szczegółami, jakie udało mi się dojrzeć. I jak się z tego uśmiejemy.
- No, kochana...
- Błagam, nic nie mów!
- Masz rację, to, co udało mi się zobaczyć, nie wymaga żadnego komentarza. Ten widok wart zresztą był co najmniej tysiąca słów. Mogę co najwyżej określić to, jak ja się czułam. Jedno słowo. Zawstydzenie. Nawet dwa. Totalne zawstydzenie. Mówi ci to coś?
O zachwycie wolałam na razie nie wspominać. Trzeba coś zostawić na później, pomyślałam śmiejąc się w duchu i patrząc, jak Matylda jęcząc chowa się w całości pod kołdrą. Widok jej w stanie upokorzenia, zazwyczaj takiej rozsądnej i opanowanej, nie licząc oczywiście czasu, kiedy bywała na haju, nieodmiennie będzie mnie bawił. Szkoda, że tak rzadko mam okazję ją podręczyć, kiedy wdeptuje w coś takiego. Z naszej trójki to ona była zawsze tą najbardziej poukładaną życiowo, i z pewnością, co mnie i Ankę niepomiernie irytowało, była tą najbardziej idealną. No cóż, niech dziś nie liczy na łaskę, bo mam zamiar wykorzystać chwilę i wycisnąć z niej wszystko, co można, jak cytrynkę do lemoniady. Pannie idealnej też coś takiego się od życia należy. Niech się choć raz poczuje tak jak my, biedne szaraki, z których nieraz los kpi w żywe oczy. Nigdy za wiele takiego doświadczenia życiowego.
- Wyłaź spod tej narzuty, bo się udusisz – powiedziałam życzliwie, mając nadzieję, że da się nabrać. Nad brzegiem kołdry zobaczyłam czubek jej głowy i zachichotałam w duchu. Naiwna. - No już, ściągaj to z głowy, raz, dwa. Nie będę się śmiać.
Po dłuższej chwili pojawiło się wściekle czerwone czoło. Udało mi się powstrzymać do czasu, kiedy zobaczyłam jej nos. Również czerwony jak pomidor.
- Miałaś się nie śmiać!
- Przepraszam – wyjąkałam, próbując się opanować – po prostu to jest silniejsze ode mnie. Na twarzy można ci usmażyć jajko. Co w zasadzie mnie nie dziwi. Bardziej mnie zastanawia, coś ty sobie myślała, moja panno, że pozwoliłaś, by sprawy zaszły tak daleko? I to jeszcze w szpitalu? Jakbyś nie wiedziała, to jest miejsce użyteczności publicznej, a nie pole do schadzek. Teraz już wiem, dlaczego pielęgniarki tak mi się przyglądały, kiedy tu szłam. Ciekawe, czy też miały sposobność zobaczyć to, co mi się udało…
Matylda jęknęła i schowała się znów pod poduszką. Nie zważając na jej protest, ściągnęłam jej to ustrojstwo z głowy.
- Rany, Matylda, zostawić cię na chwilę samą...Nie jęcz, tylko powiedz, coś ty tu zmalowała. Bo chyba choć tyle mi się należy, przynajmniej za to, co tu zobaczyłam. Boże, będę teraz mieć skrzywienie...I pewne koszmary! Nie to, że odmawiam ci prawa do rozkoszy łóżkowych, ale nie na moich oczach!
Pozbawiona możliwości schowania się (poduszka wylądowała poza jej zasięgiem), a także z wielkimi oporami, Matylda rozpoczęła relację.
No a ja jej wdzięcznie wysłuchałam. Jak to Mati rzygała dalej, jak patrzyła, kiedy przywieźliśmy ją tu po pamiętnej akcji w klubie, jak to tym rzygankiem zarobił przystojny pan doktor, który ją przyjmował na oddział (kurcze, jak ja mogłam go wtedy nie zauważyć? Musiałam być kompletnie niegarnięta, albo jeszcze pijana. I właśnie dlatego, że nie wykorzystuję takich okazji na bieżąco, pofarciło się mojej przyjaciółce), jak to Matylda szalała ze wstydu za powyższy wypadek (wcale się nie dziwię), jak to przystojniak przychodził do niej kilka razy dziennie podczas obchodów, a potem także poza nimi, a ona chowała się przed nim pod kołdrę (hehehehehe). Aż przy którejś z tych wizyt stało się, co się po prostu musiało stać i przystojniak się potknął o jej papucie, leżące sobie beztrosko na pewno nie tam, gdzie być powinny, szczęśliwie opadając prosto na szpitalne łoże boleści Matyldy. Przy okazji niewątpliwie musiał zatonąć w jej oczach, bo pewnie tylko one wystawały ponad krawędź kołdry. Za takie oczyska, jakie ma Mati, wiele kobiet dałoby się pokroić na talarki, więc reakcja lekarza była dość łatwa do przewidzenia. Niemal widziałam oczami wyobraźni to ogłupienie na jego przystojnej twarzyczce. A potem, jak można się było również spodziewać, poszło z górki. Finał zresztą miałam wątpliwą przyjemność oglądać osobiście.
- Lulka, ja naprawdę nie wierzę, że to zrobiłam – powiedziała po zakończeniu relacji z tej pasjonującej historii – Może to te leki, kurcze, nie wiem...Szprycują mnie tu całym arsenałem, więc to może przez to zachowuję się jak niestabilna seksualnie wariatka. Przecież ty wiesz, że nie jestem taką osobą! Rany boskie, zachowuję się jak moja matka! Ona też włazi do łóżka każdemu, kto ma przyrodzenie i... Myślisz, że pielęgniarki mogły naprawdę coś zauważyć? Boże, jaki wstyd…
Nic tak nie rozstrajało systemu nerwowego Matyldy, jak temat jej matki. Widząc ją w takim stanie, prawie na granicy płaczu, jednak pogratulowałam sobie, że nie zawiadomiłam tej kobiety o pobycie Matyldy w szpitalu. Wolałam nie zastanawiać się, co by było, gdyby to mamusia nakryła córkę w podobnie intymnej sytuacji. Niewątpliwie rodzicielka byłaby w siódmym niebie, że córka w końcu zaczyna przejawiać zainteresowanie sprawami damsko – męskimi, czym idzie w jej rodzicielskie ślady. A potem nie dałaby Matyldzie spokoju zarzucając ją dobrymi radami, oczywiście wynikającymi z jej przebogatego doświadczenia. Matylda tego serdecznie nienawidziła. Przez te tabuny mężczyzn przelewające się przez ich dom, a przede wszystkim, sypialnię jej matki, uciekła stamtąd przy pierwszej możliwej okazji, zaraz po maturze. Prawdę mówiąc wcale mnie nie dziwiło, że mając takie doświadczenia, unikała facetów jak ognia. Na palcach jednej ręki można policzyć tych szczęśliwców, którym udało się przebić jej lodową skorupę, w którą się stroiła, kiedy jakiś przedstawiciel rodzaju męskiego znajdował się w pobliżu. Jak widać jednak, przystojnemu panu doktorowi się udało i to w naprawdę rekordowym czasie. Powinni go oficjalnie uznać w księdze rekordów Guinessa, bo wart tego jak mało kto. Gratulacje, pani doktorze!
Ze względu na spokój ducha Matyldy zaniechałam kontynuowania tematu jej matki, nie mówiąc o wyciąganiu w tym momencie na światło dzienne negatywnych wspomnień z nią związanych, przynajmniej tych, o których wiedziałam. Matylda by się tylko jeszcze bardziej zdołowała, a tego wolałam jej oszczędzić. Zamiast tego, zaordynowałam jej mega porcję sernika, upewniwszy się wcześniej, czy może takie cuda jeść i skupiłam się na osobie pana doktora. Co jak co, ale na ten temat można było i trzeba powiedzieć dużo.
- Od dziś będę cię nazywać życiową szczęściarą – powiedziałam patrząc, jak Matylda wsuwa sernik. Jak widać, miłość nie odebrała jej apetytu. A prawda życiowa, że na chandrę najlepsze jest słodkie, po raz kolejny okazała się strzałem w dziesiątkę – spotkać kogoś takiego i przedstawić mu się jako jakaś haftująca ćpunka, a potem sprawić, że ktoś taki będzie za tobą szaleć...Kobieto, to jak wygranie losu na życiowej loterii. I to głównej nagrody! – pokręciłam głową z niedowierzaniem – a co do pielęgniarek, to chyba byłyby głuche, jakby nic nie słyszały. Może nie rozmawialiście zbyt wiele podczas tych lekarskich wizyt, ale jednak cisza tu na pewno nie panowała.
Matylda przerwała na chwilę wiosłowanie łyżeczką i spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Mogłabyś mnie choć trochę pocieszyć, a nie znów dobijać? Mówiłam ci, to stało się tylko raz! Wcześniej...rozmawialiśmy.
- Wasze rozmowy, jak je nazywasz, muszą być pewnie tematem numer jeden w tym przybytku. No dobra, już tak na mnie nie patrz. A pielęgniarkami się nie martw, nawet jeśli cokolwiek do nich doszło i usłyszały wasze...hmmm...konsultacje medyczne, to, bądź pewna, z całego serca ci zazdrościły. Ten lekarz wygląda tak, że dziwię się, jak one mogą pracować w jego obecności i nie potruć pacjentów. A ty byłabyś ostatnią kretynką, jakbyś nie skorzystała z takiej okazji. Jeśli ktokolwiek na tym świecie zasługuje na takiego przystojniaka, to tą osobą jesteś ty. Bo chyba mi nie powiesz, że po tym, co dziś widziałam i usłyszałam, masz zamiar znów przywdziać tę swoją lodową maskę i kazać facetowi spadać?
- Hmmm, raczej nie…
- To twoja najmądrzejsza życiowa decyzja – oświadczyłam stanowczo – i żeby ci nie przyszło do głowy jej nagle zmieniać. Poważnie Mati, życie samo pcha ci w ręce takiego farta, więc błagam, nie zmarnuj tego jakoś spektakularnie. Niech choć jedna z naszej trójki będzie szczęśliwa w związku z facetem. Rany boskie, jestem coraz bardziej zazdrosna. Dam sobie głowę uciąć, że Anka znów zacznie żreć słodycze, kiedy się o wszystkim dowie. Naprawdę masz więcej szczęścia jak wszystkiego innego, dziewczyno. Mało ci, że życie dało ci względną inteligencję, kasę, to jeszcze musiałaś złapać główny los na loterii lądując na detoksie?
No ludzie, poważnie…Czy tylko mi się wydaje, czy świat ostatnio odwrócił się do góry nogami? Anka, robiąca wszystko, żeby zatrzymać przy sobie faceta, musi się pogodzić z jego odejściem. Matylda, ta opanowana, zrównoważona dama, publicznie gorszy ludzi wdając się w romans ze swoim lekarzem. Ja...bez komentarza.
Cuda na kiju!
Wyszłam od Matyldy uspokojona o jej zdrowie, ale w stanie psychicznym pożałowania godnym. Nie to, że byłam zazdrosna o to, że znalazła sobie faceta. To popierałam rękami i nogami i nawet stanęłabym na głowie i zaklaskała uszami, gdyby to miało im pomóc w szczęśliwym pożyciu. No, może troszkę ta aparycja pana doktora zawróciła mi w głowie, ale to nikogo nie powinno dziwić. Facet był naprawdę pierwszorzędnej jakości, a takich nie spotyka się za często na tym podłym świecie. Bardziej doskwierała mi świadomość, że coś takiego, jak ta cała akcja w klubie oraz późniejszy pobyt w szpitalu na detoksie mógł skończyć się dla Matyldy tak pozytywnie.
I może kusiłam los takim stwierdzeniem, ale nie mogłam przeboleć w tym momencie, dlaczego u mnie nie zdarzają się takie pozytywne rzeczy. Patrząc na ostatnie miesiące mojego życia widać było aż nadto wyraźnie, że jest to nieuchronna równia pochyła. Na dodatek z perspektywą dalszego upadku w każdym, nawet najmniej spodziewanym momencie. Nasuwało się pytanie, kiedy w końcu i do mnie los się uśmiechnie. A może byłam takim beznadziejnym przypadkiem, że będę musiała do końca życia znosić podobne upadki, a na dodatek uśmiechać się przy tym, jakby mnie to w ogóle nie obchodziło? Oby nie, błagam, mój Aniele Stróżu! Chyba każdy człowiek ma jakiś limit porażek życiowych, przypisanych mu po urodzeniu, prawda? Rozmieszczonych na przestrzeni całego życia, tak? Więc co to za cholerna kumulacja w ostatnich miesiącach, ja się pytam?
Tego dnia szłam do domu zatopiona w bardzo niewesołych myślach.
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz